Twoje konto

GTranslate

Po poworcie z Armenii luty 2011

1 wpis / 0 nowych
Obrazek użytkownika miro132
Poznający Kaukaz
Niedostępny
Ostatnio był(a): 8 lat 5 miesięcy temu
Dołączył: 20.01.2011 - 00:58
27 luty, 2011 - 13:02

Po poworcie z Armenii luty 2011

Podróż do Erewania:
1 dzień
Marszutką z dworca autobusowego 30 lari za osobę. Dojechaliśmy taxi do dworca. Kierowca czekał aż nazbiera jak najwięcej osób. Dojazd do granicy około 1 h. Na granicy w pierwszej kolejności przechodzisz pieszo przez gruzińską kontrole paszportową. Kierowca podszedł i poprosił aby przepuścić osoby składające wniosek o vise. Kilkaset metrów za kontrolą paszportową jest bramka armeńska. Tam po lewej stronie zakupuje się vise. Kierowca autobusu już tam czekał i pomagał w rozmowie. Atmosfera normalna i przyjazna. Ne potrzeba zdjęcia, wypisuje się tylko wniosek. W miedzy czasie możesz skoczyć do banku zamienić pieniądze, kilkadziesiąt metrów za przejściem. Visa kosztuje 3000 ARD. Od granicy jechaliśmy 5 kolejnych godzin do Erewania. Później taxi do miejsca noclegu. Tutaj kilka nowości, lub nie pisanych informacji o noclegu na ulicy Sayat Nova 5/25. Mieszkanie duże, są do wybory pokoje…. W mieszkaniu przebywało młode małżeństwo około 30 lat z małym dzieckiem, którego to dziecka aktualnie nie było w domu. Jak się później dowiedzieliśmy było u babci. Mężczyzna to syn właścicielki. Mieszkanie brudne … łazienka nieposprzątana, brak deski klozetowej w ubikacji w łazience. Jest jeszcze oddzielna ubikacja. W łazience nad wanna brak okna, dziura w ścianie do kuchni, prawie na wysokości wzroku. Umywalka brudna. Mieszkanie wymaga generalnego remontu. Mężczyzna pali papierosy, jeden za drugim, gdzie dym roznosi się po całym domu. Do pozytywów należy zaliczyć bardzo uprzejme podejście, kulturę i znajomość rosyjskiego oraz angielskiego języka przez tegoż mężczyznę. Pokój w którym spaliśmy nie ma okien. Jest to, czy raczej był duży pokój, który aktualnie jest podzielony na dwa mniejsze oszklonymi drzwiami. Pierwszy „przechodni” w którym spaliśmy i drugi z oknami wychodzącymi na podwórko. W pokoju było trochę zimno, jednak gdy tylko o tym wspomnieliśmy, dostaliśmy grzejnik elektryczny. W sumie jedyne plusy mieszkania to cena 5000 za osobę za noc i lokalizacja w samym centrum miasta, wprost na p-ko opery. Jak się później okazało właścicielka wyjechała na urlop i wróciła w dzień przed naszym wyjazdem.
2 dzień
Rano niestety niemile zaskoczenie. Nie ma cieplej wody. W domu ni żywego ducha, więc nie ma się nawet komu poskarżyć. Biorąc pod uwagę fakt ze jest zima i mróz na zewnątrz należy to zaliczyć do minusów tej przygody. Wieczorem młody gospodarz pytał nas o której wstajemy i powiedział że na 9 przygotują nam kawę i herbatę. Niestety ani jednego ani drugiego nie było… Może zaspali zapominając także o dopuszczeniu wody do pieca gazowego? Tak też było… Pukałem na drzwi ich pokoju dwukrotnie, ale nikt się nie odezwał, więc założyliśmy że nikogo nie ma. Jednak o godzinie 12 w południe gospodarze wstali z łóżka i możliwym było dopuszczenie wody do pieca. Gdyby nie było to tak skomplikowane jak się okazało to można to było zrobić samemu wcześniej. O 12 gospodarz spytał czy nam zrobić kawę czy herbatę, jednak o te 3 h za późno… W drugi dzień zwiedziliśmy muzeum Matenadaran. Nic specjalnego!!! Manuskrypty a i owszem są, ale wystawione tylko w jednej Sali i kilka w drugiej. Znaleźć można także coś polskiego –list w języku staropolskim. Brak jednak jakiejkolwiek informacji na jego temat. Następnie muzeum Paradżanowa. Warto… Znaleźć można także polski akcent, a mianowicie rzekomy portret Daniela Oblrychskiego. Jeśli ktokolwiek rozpoznałby naszego aktora na tym portrecie nie wiedząc kogo on przedstawia to gratulacje. Jest także podarowany przez Janusza Gazdę w 2010 roku hmmm… jak to nazwać, kawałek płótna z rysunkami i napisami w języku rosyjskim. Polecam zobaczyć dwa ładne małe kościółki św. Zorawor położony „ w środku osiedla” oraz kościół św. Sargis nad brzegiem rzeki Razdan. W obu kościołach natknęliśmy się na trwające ceremonie ślubne, co było miłym elementem ormiańskiej kultury. Błękitny Meczet… tu rozczarowanie. To najmniej okazały meczet jaki widziałem. Nie porównuję oczywiście do Błękitnego Meczetu w Istambule, ale jakikolwiek inny meczet, który odwiedziłem spokojnie może zaćmić ten w Erewaniu. Także wciśnięty między budynki, trudno go w sumie znaleźć co jest chyba wizytówką Erewania… swoisty ślad systemu komunistycznego.
Kilka słów na temat nędznego przewodnika „Gruzja i Armenia oraz Azerbejdżan. Magiczne Zakaukazie”. Wydawnictwa Bezdroża. Wstyd Panowie i Panie, wstyd i hańba dla całego zespołu przygotowującego. Tak jak Gruzja jeszcze, powiedzmy jest w miarę dobrze opracowana, z naciskiem na „w miarę”, tak Armenia a dokładnie Erewań beznadzieja!!! Jeszcze raz WSTYD! Przykłady… Mapa na stronach 184/185 woła o pomstę do nieba. Kto opracowywał tą mapkę? Czy on w ogóle był w Erewaniu? Niefortunnie próbowaliśmy z niej początkowo korzystać błądząc i szukając zaznaczonych na niej punktów. I tak klub studencki Jazzve jest faktycznie na ulicy Tumanyan 33 jednak na mapce jest zaznaczony o kilka przecznic niżej co w rzeczywistości jakieś 800 metrów dalej! Restauracja The Club jest zaznaczona w miejscu restauracji Italiano, a w rzeczywistości znajduje się jakieś 30 metrów bliżej (niedaleko) ale z drugiej strony budynku! Restauracja indyjska Tandoori obecnie nazywa się Karma. Również zaznaczona jest na mapce o jakieś 100 metrów za wysoko. Jeśli mapa ma skalę 1:200 to powinna być chyba dość szczegółowa co nie? Pomyłka 100 czy też 800 m, jak to było w przypadku klubu Jazzve, robi znaczącą różnicę. Ciekawość budzi fakt, że w drugim przewodniku z jakiego korzystaliśmy tj. Lonely Planet wydanego w maju 2008 roku, czyli o rok wcześniej niż przewodnik Bezdroży (wydanie III Kraków 2009), są poprawne nazwy oraz dokładniejsza mapa? Z przewodnikiem Bezdroży zjechałem całą Gruzję w ciągu mojego rocznego tam pobytu, odwiedzając niektóre miejsca kilkakrotnie. W ocenie od 1 do 10 dałbym mu 6… niektóre miejsca opisane są bardzo dokładnie, a inne które uznałbym za dość istotne tylko nadmienione. Armenia… Wstyd jeszcze raz, wstyd… Co do klubu Jazzve to polecamy – przekąski, napoje i szeroki wybór ciast.
3 dzień
Pojechaliśmy do Echmiadzina. Z ulicy Mashtots na wysokości Błękitnego Meczetu można złapać marszutkę. My załapaliśmy się na grupowe „taxi” tzn. kierowca zbierał ludzi i ostatecznie w 4 osoby płacąc po 300 za osobę wyruszyliśmy po 10 minutach od przyjścia. Cena porównywalna do marszutki, z tego co się zorientowaliśmy w drodze powrotnej to kosztuje 250 za osobę. W Echmiadzinie są 3 kościoły i katedra. W kościołach oddalonych średnio o 1 km załapaliśmy się w każdym na mszę bądź jej fragment. Podobnie w katedrze. Wokół katedry dużo prac remontowych, jak i widać że dobudowują pewne elementy takie jak jakąś wieżę przy bramie wejściowej. Wewnątrz samej katedry można też zobaczyć muzeum. Polecam. Bilety kupuje się w sklepie na p-ko katedry. W drodze powrotnej z Echmiadzina stanęliśmy w Zwartnoc, gdzie znajdują się wpisane na listę UNESCO ruiny twierdzy. W zimie nie robiło to większego wrażenia, może w porze letniej… Od bramy wejściowej do samych ruin wiedzie kilkuset metrowy chodnik, w którego 2/3 wysokości po prawej stronie znajduje się cmentarz. Warto zobaczyć malowane postacie zmarłych, jakby ich zdjęcia. Popołudniu odwiedziliśmy jeszcze wernisaż na ulicy Arami (na mapie przewodnika Bezdroży zaznaczony po przeciwnej stronie ulicy). Wernisaż przypomina stary polski targ „u ruskich”, gdzie można było kupić wszystko od starych części mechanicznych począwszy, a skończywszy na narodowych produktach. Kolacja w restauracji Kaukaz na ul. Khanrapetutyan 82. Polecamy ją szczególnie z uwagi na panujący w niej klimat, zwłaszcza w piwnicy. Można tam zasmakować regionalnych potraw z całego Kaukazu w rewelacyjnie niskich cenach (dwudaniowy posiłek z napojem 3000 tj. 27 PLN)…
4 dzień
Garni, Geghard, Erebuni
Na wstępie uwaga (ponownie) co do przewodnika Bezdroży. Myśleliśmy, że to jednorazowe zdarzenie, ale pojawiło się zarówno w przypadku Zwartnoc wczoraj, jak i dzisiaj w przypadku obu zabytków tj. Garni i Erebuni. Czytając opisy tych zabytków trudno znaleźć jasne i zrozumiałe stwierdzenie, że te zabytki to RUINY! Tak jak w Zwartnoc ostały się przynajmniej kolumny, tak w przypadku Garni z ruin odbudowano jedynie świątynie pogańska ku czci Boga Słońca około 30 lat temu, natomiast w przypadku Erebuni są same ruiny, pozostałości murów. Czytając natomiast opisy, przed przyjazdem w te miejsca, dostaje się obraz wspaniałych zabytków, które trudno wykreślić ze swojej mapy zwiedzania! Celowy zabieg?
Szczegóły dnia. Z ulicy Mashtots marszutką 51 w miejsce gdzie przesiedliśmy się na inną marszutkę. Numeru jednak nie pamiętam. Kierowca nas pokierował i od razu złapaliśmy kolejną pytając kierowcę czy jedzie do Garni. Zaznaczyć trzeba że ludzi miejscowi są bardzo życzliwi, pomocni i z chęcią zawsze rozmawiają. Nie ma zatem problemu aby wskazali drogę i gdzie najlepiej wysiąść. Trasa do Garni owocuje w piękne widoki, które nam przysłaniały niestety częsta mgła. W Garni dojechaliśmy do ostatniego przystanku gdzie dojeżdżała marszutka. Jeden z pasażerów z którym rozmawiałem wyszedł i załatwiał nam taxi. W zasadzie nadmienić trzeba że na kilka samochodów które tam stały świadcząc usługi przewozowe żadne nie był oznakowany jako taxi. To zwykłe samochody osobowe, których kierowcy dorabiają sobie. Tak więc uprzejmy Pan powiedział, do kierowcy że to turyści z Polski, Polacy to przyjaciele i sami dobrzy ludzie. Ugadaliśmy się za 700 do Gaghard. Po 15 minutach byliśmy na miejscu. Nie było żadnych turystów. Wrażenia? Piękne miejsce! Jeśli o mnie chodzi to najpiękniejsze i najciekawsze, jakie do tej pory opisałem. Umówiliśmy się z kierowcą że puścimy mu sygnał na telefon i po nas przyjedzie. Po 15 mn od sygnału przyjechał do Geghard i zawiózł nas do Garni pod świątynie za kolejne 1500. Tam mimo, że nie wynajęliśmy przewodnika, jakiś pracownik cały czas za nami chodził i słuchał jak czytamy przewodnik, dodając swoje uwagi. Szukał okazji do zarobienia więc zostawiliśmy mu na koniec małe co nieco. Z Garni złapaliśmy marszutkę do Erewania, skąd kolejną do Erebuni. W Erebuni odwiedziliśmy ww. ruiny, umiejscowione na szycie wzgórza. Pracownicy nie byli raczej przygotowani na przyjmowanie turystów, ponieważ bramką była zamknięta na klucz. Wejście otworzył nam strażnik, który zainkasował 1000 od osoby nie dając biletu. Ponownie byliśmy jedynymi turystami (zima robi swoje). Z Erebuni marszutką nr 68 dostaliśmy się na Plac Rebubliki, skąd dalej pieszo do restauracji na obiad. Po obiedzie spacer Caskadami i widok na oświetlone nocą miasto. Następnie kawa i ciastko w cafeterii Centralna… Pycha desery i kawy…
5 dzień
Muzeum Zagłady- warto wiedzieć, zobaczyć i pamiętać, liczby mówią same za siebie a świąt o tym milczy… Wstęp bezpłatny. Niby marszutki nie dojeżdżają, dlatego też wzięliśmy taxi z centrum za 1000. W drodze powrotnej jednak widzieliśmy marszutki i pytaliśmy miejscowego, który mówił że jadą. Kiedy staliśmy aby jakąś złapać załapaliśmy się na stopa… i uprzejmy pan zawiózł nas na plac Republiki… Dalej Muzeum Historii i Ormiańska Galeria Narodowa. Czytałem że muzeum historii nic ciekawego ale mam przeciwną opinię… Bardzo ciekawe, mimo że jak ktoś wspominał nie ma praktycznie w ogóle opisów w języku angielskim ani rosyjskim. Można zobaczyć wiele ciekawych rzeczy od broni zaczynając, poprzez wykopaliska monet, naczyń. M.in. najstarszy but na świecie datowany przez Universytet Oxford na 3600 – 3500 r.p.n.e. Ciekawy łuk ze strzałami z XVI-XV w.p.n.e. oraz powóz czterokołowy z tego samego okresu. Co do Ormiańska Galeria Narodowa to Pani nie wiedziały czy mają jakieś dzieło Rembranta, o czym pisało w przewodniku Bezdroży, czy nie… i wspólnie z nami chodziły po salach (8 pięter) go szukając…
6 dzień
Powrót. Taxi z Sayat Nova do dworca głównego skąd odjeżdżają marszutki do Tbilisi. Kierowca taxi na wstępie powiedział, że 1000 za przejazd. Potem nagle skręcił nie w ta ulice co trzeba i jeszcze raz mnie pyta (3 raz) na jaki dworzec chcemy jechać? Kiedy mówię, że na autobusowy to mi odpowiedział że myślał, że na kolejowy a teraz musi jechać dłuższą trasą. Po drodze próbował nas przekonać abyśmy z nim pojechali do granicy z Gruzją. Proponował cenę 32000/33000… W sumie nie najdrożej!!! Zostaliśmy jednak przy pomyśle marszutki. Na dworcu stała marszutka doTbilisi, która wg. zapewnień kierowcy miała odjechać za 10 min, ostatecznie pojechała po 30. Cena biletu 7000 za osobę. Nie było dużo ludzi, podróż 4 h i kierowca dowiózł nas prawie do samego centrum Tbilisi (był z Tbilisi). Wyjechaliśmy o 11 a o 15 byliśmy na granicy. Potem jeszcze 30 min do centrum. Warto nadmienić, że na dworcu w Erewaniu stały także „taksówki” samochody osobowe z napisem na tabliczce Tbilisi. Można było się zabrać z kimś i podzielić koszty. W tym czasie jednak nie było innych turystów, a do tego dla nas marszutka wygodniejsza. W Tbilisi dwie noce spaliśmy w nowo otwartym hotelu Formula I (300 metrów od Polskiej Ambasady) za 50 euro za noc. Pokój dwuosobowy z wyjściem na taras i z łazienką na korytarzu ale tylko do naszego użytku. To jedyny taki pokój na ostatnim piętrze. Na pierwszym piętrze są chyba 4 pokoje i mają wspólną łazienkę.