Twoje konto

GTranslate

10.10-24.10.2012 Nasz pobyt w Gruzji

5 posts / 0 nowych
Ostatni wpis
Obrazek użytkownika Norma
Nowicjusz
Niedostępny
Ostatnio był(a): 7 lat 3 mies. temu
Dołączył: 31.10.2012 - 12:26
31 Październik, 2012 - 12:35

10.10-24.10.2012 Nasz pobyt w Gruzji

Witajcie.
Nie jestem stałym bywalcem tego forum ale jeśli pozwolicie, chciałbym podzielić się z Wami opisami naszej wyprawy.
W razie jakichkolwiek pytań proszę o kontakt na gg 2154742.

GRUZJA 10.10 - 24.10.2012

10.10
Wylot z Warszawy mieliśmy o godz. 22.30 do Tbilisi. Jesteśmy w Gruzji. Ja, mój ojciec, Łukasz z Kasią oraz ich ośmiomiesięczna córeczka Maja. Całość lotu nie przysporzyła nam żadnych problemów. Lot przebiegł bez żadnych niespodzianek. Dla małej Mai jedynie sam lot przestawił porę snu gdyż był dla niej nowością więc troszeczkę dała znać o sobie ale gdy tylko poczuła smak naturalnego pokarmu matki, od razu ucichła i cały lot przespała.
Przywitało nas ciepło tutejszej nocy. Wydawało nam się że jest kilkanaście stopni Celsjusza. Na miejscu miał czekać na nas umówiony wcześniej przez internet właściciel prywatnego guesthouse. Jednak go nie było. Twierdził potem, że był na lotnisku i czekał na nas, jednak się minęliśmy. Tym samym musieliśmy wziąć lotniskową taksówkę i za 30 lari dojechaliśmy do celu. To był pierwszy kontakt z tutejszymi taksówkarzami, więc owa cena była dla nas jak na pierwszy raz satysfakcjonująca. Później podczas całej podróży okazało się, że targowanie ceny przejazdu jest normalną praktyką. Na jednego dolara po naszym kursie średnim 3.15 pln na dzień przylotu dostaliśmy 1.65 tutejszego lari. Przez cały pobyt w Gruzji przeliczaliśmy sobie tutejsze 1 lari na polskie 2 złote, uśredniając sam przelicznik. Kurs ten jest prawie taki sam w bankach jak na mieście w kantorach.
Sam guesthouse to nic innego jak duże mieszkanie w starej kamienicy. Mieści się przy ulicy Ninoshvili 3. Dwa pokoje w których nocowaliśmy jakby z innej epoki, ale schludnie i jak na krótki nocleg wystarczające. Warunki podróżującym jak my backpackerom okazały się wystarczające, więc nie było większego rozczarowania. Osoby przywykłe lub lubiące wyższy poziom noclegu mogłyby kręcić nosem. Córka gospodyni chwaliła się że mogą przenocować naraz 20 osób. Okazało się potem że sąsiadki także przyjmowały w swoich domach turystów. Mili to ludzie i widać było na wstępie mocno życzliwi. O godzinie 6.30 tutejszego czasu (dwie godziny do przodu w stosunku do naszego czasu) udaliśmy się na kilka godzin zasłużonego snu.

11.10
Wstaliśmy po 10-tej tutejszego czasu czyli o 8-ej czasu polskiego. Po porannej toalecie wyszliśmy na miasto w poszukiwaniu czegoś do jedzenia i doznania pierwszego kontaktu z atmosferą nowego miejsca. Nasz guesthouse mieści się przy ulicy Ninoshvili w dzielnicy Marjanishvili, więc do najbliższej głównej ulicy w naszej dzielnicy opatrzonej w różnorodne sklepy mieliśmy jakieś 10 min spokojnym spacerkiem. Malutka Maja, 8 miesięczna córka Łukasza i Kasi, gaworzyła cały dzień jednak nie sprawiała żadnych problemów. Przez cały czas wycieczki była żywotna i wesoła oraz bardzo ciekawa każdego nowego miejsca oraz ludzi.
Na pierwsze śniadanie zjedliśmy lekki posiłek czyli pszenne placki sprzedawane z rozmaitym nadzieniem. Owe placki są gruzińską tradycyjną przekąską i można je kupić prawie na każdej ulicy. Ich cena w zależności od miejsca, wyrobu i nadzienia waha się od 0,70 lari do 2 lari za sztukę. Przez większą część dnia przeszliśmy dużą część miasta odwiedzając ważne miejsca i zabytki. Przeszliśmy się sławą ulicą Rustaveliego, podziwiając liczne budowle i gmachy mające wielkie znaczenie dla tradycji i historii Gruzji.
Po południu rozstaliśmy się z Kasią i Łukaszem, którzy ze względu na Maję wrócili do guesthouse. Z moim ojcem postanowiliśmy pójść do najstarszej, zachodniej części miasta i wspiąć się po licznych schodach wśród domostw na wzgórze Sololaki na którym stoi górujący pomnik Kartlis Deda. Ten monumentalny 20-metrowy posąg widoczny z daleka wykonany jest z aluminium i symbolizuje miasto Tbilisi i nazywany jest potocznie "Matką Gruzją". Postać kobiety, trzymającej w lewej ręce puchar wina, a w prawej miecz patrzy w kierunku miasta. Wspaniała panorama miasta roztaczająca się jakby bez żadnych granic, którą podziwialiśmy z tego wzniesienia dała nam pierwszy sygnał wspaniałych widoków nie tylko tego miejsca ale także czekających na nas w całej Gruzji.
Drogę powrotną przebyliśmy gondolami kolejki linowej łączącej owe wzgórze z przeciwległym brzegiem rzeki Kury, płynącej przez całe Tbilisi i dzielącej miasto na dwie części.
Potem udaliśmy się do największego monastyru w Gruzji i tej części świata zwanego Cminda Sameba. Owa wielka katedra znajduje się w starej dzielnicy Avlabari i góruje nad całą zabudową tamtej strony miasta. Katedra ta wzniesiona została w latach 1995-2004 i jest obecnie największym obiektem chrześcijańskim na całym Południowym Kaukazie.
Po całym dniu poznawania tutejszego miasta w tym budowli i atrakcji turystycznych zakupiliśmy gruzińskie piwko (są lekkie i mają przyjemny, delikatny smak) i w małym parku przy pięknym, ciepłym wieczorze rozprawialiśmy o naszym pierwszym gruzińskim dniu.

12.10
Kolejny dzień. Po zjedzeniu śniadania w formie ciepłego placka z mięsem i zimną kawą z shakera ruszyliśmy metrem z naszej dzielnicy Marjanishvili do Didube (główne miejsce wyjazdu wszystkich marszutek i innych środków komunikacji) by tam wsiąść do jakiegokolwiek busa jadącego do celu naszej dzisiejszej wyprawy, jakim była Mtskheta. I niezamierzona niespodzianka. Nie mając pojęcia jak poruszać się w „świecie” transportu komunikacyjnego, zapytałem kilku kierowców siedzących w jednym z busów o wskazanie nam transportu. Wszyscy zgodnie pokazali nam samochód jakim powinniśmy pojechać… Okazało się jednak że nie pojechaliśmy do Mtskhety tylko ów żółty bus obwiózł nas po całym Tbilisi jadąc w całkiem przeciwnym kierunku. Z droga powrotną były to jakieś dwie godziny wycieczki krajoznawczej po mieście by z powrotem wrócić do miejsca wyjazdu. Niby przez złą odpowiedź straciliśmy ten czas ale reasumując w owe dwie godziny zobaczyliśmy część dzielnic tego miasta do których byśmy i tak nie dotarli. Osobiście nie żałuję tego zdarzenia, gdyż jak na początek poznawczy naszego wypadu, była to dobra lekcja poglądowa warunków panujących w innych częściach stolicy Gruzji. Co ciekawe, ów bus z powrotem nie wracał już tą samą trasą co nas wielce zaskoczyło. Punkt wyjazdu i powrotu ten sam jednak droga w obie strony inna. Opłata za przejazd tutejsza komunikacja wynosi 0.80 lari. Tutaj wszyscy w stolicy poruszają się żółtymi busami z numerami za przednią szybą powszechnie nazywanymi marszutkami (tani bus przystosowany do przewozu 15-23 osób).
Gdy wróciliśmy z powrotem do dzielnicy Didube znaleźliśmy już dobrą marszutkę i w 20 min za 1 lari byliśmy na miejscu w mieście Mtskheta. Piękne niewielkie miasto, jakże różniące się od stolicy. Żadnej wysokiej zabudowy, większy porządek oraz wszechobecny spokój. Mtskheta była pierwszą stolicą starożytnej Gruzji i właśnie w tym miejscu w IV wieku naszej ery nastąpiło przyjęcie chrześcijaństwa. Miasto to i jego pobliskie zabytki od 1994 roku wpisane są na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Zwiedziliśmy tutejszy monastyr Sweti Cchoweli (każdy kościół w Gruzji zwany jest monastyrem). Otoczony jest pięknymi aczkolwiek starymi murami. Całość datowana jest na przełom X / XI wieku. Potem postanowiliśmy dostać się na jeden ze szczytów otaczających nas gór, na którym z oddali rysował się kolejny piękny monastyr. Na początku chcieliśmy pokonać tą odległość na piechotę jednak nam odradzono, gdyż tych kilka kilometrów musielibyśmy pokonać kompletnymi bezdrożami wspinając się stromo pod górę. Wzięliśmy tutejsze taxi i za 25 lari pojechaliśmy tych kilkanaście kilometrów na górę.
Cudowne widoki! Tego nie da się przekazać słowami. Ci co kochają góry, wiedzą co chciałbym przekazać. Sam monastyr Djvari, będący także pod egidą UNESCO, zbudowany został na przełomie VI / VII wieku. Kościół ten służył jako wzór przy budowie innych świątyń w późniejszych okresach na terenie całej Gruzji. Ale widoki po prostu zapierają dech w piersi. Okaże się potem że nie jest to wyjątek w tej materii ale na pewno miejsce to jest ważnym punktem na szlaku każdego turysty zwiedzającego ten rejon kraju.
Po powrocie do Mtskhety znaleźliśmy miejsce, z którego marszutki jechały z powrotem do dzielnicy Didube w Tbilisi. Przejazd w każdą stronę kosztuje 1 lari. Z dzielnicy Didube do naszego guesthouse mieliśmy ok. 5 km wedle wskazania ręcznego odbiornika GPS a że pogoda była ładna, postanowiliśmy pójść na piechotę by raz jeszcze z bliska przejść się ulicami Tbilisi.

13.10
Tego dnia wstaliśmy trochę wcześniej, gdyż po 8-ej byliśmy już na zewnątrz na ulicy przed naszym guesthousem. Opłaciliśmy pobyt po 20 lari za osobę czyli 60 lari od głowy za trzy doby pobytu i ruszyliśmy metrem ponownie jak wczoraj na dworzec Didube, gdyż stamtąd wyruszają marszutki do Kutaisi. Osobiście polecam miejsce naszych pierwszych noclegów w Gruzji. Mimo warunków typowo domowych o niewygórowanym standardzie, jest czysto, spokojnie a właściciele są bardzo mili. Pamiętać należy by prosić jeden z dwóch osobnych pokoi w razie chęci tam nocowania, gdyż są też tam łóżka stojące w dużym przejściowym pokoju przy kuchni i łazience. Gospodarze bardzo polubili maleńką Maję okazując jej wiele ciepła i sympatii. Ogólnie w Gruzji ludzie bardzo przychylnie reagują na małe dzieci, co wielokrotnie mieliśmy okazję zobaczyć. Było to nam nieznane pozytywne zachowanie obcych zupełnie ludzi wobec malutkiej Mai.
Gdy znaleźliśmy się już w miejscu wyjazdu z Tbilisi, bez problemu znaleźliśmy marszutkę jadącą do Kutaisi. Opłata 10 lari za drogę jest tutaj stawka normalną i rozsądną. Wedle słów kierowcy podróż ma trwać 3 godziny w tym z półgodzinnym postojem. Jesteśmy przygotowani na dłuższy czas podróży, gdyż tutaj czas oraz czynności ludzkie mają swoją wolniejszą wymowę popartą brakiem jakiegokolwiek pośpiechu. Nikt się nie spieszy, nie ma nerwowości oraz pogoni za czasem.
Podróż minęła nam przyjemnie. Droga wiedzie przez piękne góry. Widoki oszałamiające. Nasuwa mi się skojarzenie z Nepalem, którym byliśmy ponad rok wcześniej zachwyceni. Różnica w pięknej przyrodzie polega na tym, że prawie wszystkie tutejsze góry i wzniesienia pokryte są zielenią i niskim drzewostanem. Istny Zielony Nepal. Kolejne piękne doznania wzrokowe podczas naszej wycieczki
Dojechaliśmy do Kutaisi. To drugie co do wielkości miasto Gruzji. Tutejsi mieszkańcy mówią że to miasto inteligencji gruzińskiej. I faktycznie widać od razu różnice nie tylko w samej architekturze ale także na każdym kroku życia codziennego. Tbilisi to miasto wielu nacji i kultur narodów a Kutaisi uchodzi za miejsce zamieszkania prawie samych rdzennych Gruzinów.
Zajechaliśmy późnym popołudniem więc na tyle na ile było nam dane wieczorem obejrzeć małą część miasta, byliśmy mile zaskoczeni czystością oraz zauważalnymi różnicami widocznymi na ulicach. Samo zwiedzanie zostawiliśmy sobie na dzień jutrzejszy od samego rana.
Przed wyjazdem Łukasz znalazł w necie miejsce do noclegu. Po przyjeździe pojechaliśmy pod zapisany wcześniej adres przy ulicy Tsatskhvebi 12. Okazało się że czeka na nas miła niespodzianka. Nie tylko mieliśmy zarezerwowane pokoje ale cały dom w którym będziemy trzy doby jest do naszej dyspozycji. Właściciel Konstantin okazał się przemiłym i życzliwym człowiekiem. Ma 31 lat, żonę Polkę Annę i nie ma żadnego problemu by swobodnie rozmawiać z nim w języku polskim. Gdy logowaliśmy się w domu, owe miejsce opuszczało dwóch przemiłych rodaków. Opowiedzieli nam swoje przygody nie tylko w Gruzji ale byli także w Turcji i Iranie.
Po dłuższej chwili „rozpoznania” miejsca naszego noclegu, poszliśmy wszyscy odprowadzić do taksówki owych dwóch rodaków kończących swoją wycieczkę i wylatujących w nocy do kraju. Po drodze poszliśmy wszyscy na wspólny obiad. Konstantin pokazał nam niedaleko mieszczącą się restauracje, w której pierwszy raz poznaliśmy smak kilku tutejszych potraw takich jak: chaczapuri - gruziński placek pszenny z serem, chinkali - tutejsze pierogi z różnym nadzieniem, kababi - mięso mielone z rusztu, przyrządzone na wzór tureckiego kebaba . Osobiście polecam pierogi z mięsem. Nie wyglądają jak nasze pierogi a są to kawałki smacznego ciasta w środku z odrobina rosołu i kawałkiem mięsa, zaklejone w wzór chwyconej chusteczki za wszystkie cztery rogi. By zjeść takiego pierożka, należy najpierw delikatnie ugryźć kawałeczek, wyssać rosół a następnie zjeść całość pieroga pozostawiając owe sklejenie ciasta za które trzymamy.
Wieczorem po krótkim wspólnym z Konstantinem spacerze starówką miasta, rozpaliliśmy sobie ogień w kominku na dolnym piętrze „naszego” domu i do północy kosztując tutejsze wino, spędziliśmy czas na rozmowie. Miałem wewnętrzne przekonanie, że w Kutaisi będzie nam naprawdę dobrze i przyjemnie. I w tym rozmyślaniu, zasnąłem na dobre przy trzaskającym ogniu z kominka i sporej ilości przepysznego wina : )

14.10
Po wieczornej niemałej ilość tutejszego wina i lokalnego pszenicznego piwa, wstaliśmy ok. 10-tej gdy słońce było już wysoko na niebie. Mając do dyspozycji cały dom, zrobiliśmy wspólne pranie oraz śniadanie. Zjedliśmy w końcu pyszną jajecznicę z gorącą herbatą i ruszyliśmy całą ekipą na zwiedzanie miasta. Najpierw poszliśmy spacerkiem do znajdującego się 10 minut obok naszego domu monastyru Bagrati. Piękne miejsce. Roztaczająca się poniżej panorama całego miasta i okalających je gór, wywarła na nas niezapomniane wrażenie. Postanowiliśmy że jutro południu wrócimy tu by usiąść swobodnie na zboczu tego wzgórza i sycić się tak pięknym widokiem przy wspaniałej wręcz pogodzie. Sam monastyr Bagrati zbudowany został w X/XI wieku. Chrześcijaństwo na ziemiach Gruzji zaczęło swoją historię już w II/III wieku naszej ery i stąd tak duża liczba wszelakich zabytków z okresu gdy na terenie Polski wyznawano jeszcze wielobóstwo. Potężna budowla zbudowana z piaskowca, robi duże wrażenie. Ruiny murów otaczających kościół, świadczą o ważności tego miejsca w historii tego regionu. Schodząc z góry, przeszliśmy rzekę Rioni, by obejrzeć jeszcze jeden mniejszy monastyr oraz synagogę żydowską.
Potem rozstaliśmy się z Kasią i Łukaszem i wykorzystując dalszą część dnia, wyruszyłem z ojcem marszutką za 1 lari do miejscowości Gelati. Znajduje się tam kolejny sławny w całej Gruzji monastyr z XI wieku. Kompleks religijny znajduje się na jednym z najwyższych wzniesień w okolicy. Ze wszystkich odwiedzonych do tej pory kościołów prawosławnych, ten zrobił na mnie największe wrażenie. Wnętrze kościoła jest w całej swej okazałości dowodem wyjątkowej sztuki pokrywania ścian malowidłami z tamtego okresu. Wszystkie ściany i sklepienia pokryte są freskami i manuskryptami z XII- XVII wieku. Miejsce to ma w sobie dużo mistycyzmu i czuć tam ducha wiary z przeszłości. W 1994 roku monastyr Gelati, razem z oglądaną wcześniej katedrą Bagrati został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Po dobrej godzinie zwiedzania wróciliśmy marszutką do Kutaisi.
Wieczorem ja i Łukasz spotkaliśmy się z Konstantinem na kilka piwem w popularnej w Gruzji sieciowej restauracji Mirzaani. Osobiście polecam ten lokal. Ważą własne piwo i panuje w środku miły klimat. Posiadają także dobrą kuchnię z tradycyjnymi potrawami.

15.10
O godzinie 9-tej przyjechał po nas kolega Konstantina Igor i jako „wynajęty” przez nas kierowca mercedesa vito na ten dzień, zawiózł wszystkich w kilka wartych odwiedzenia miejsc. Pierwszym miejscem był ponownie monastyr Gelati , gdyż Kasia z Łukaszem dnia wczorajszego nie widzieli tego zabytku. Jako że miejsce bardzo mi się spodobało, tak więc ucieszyłem się że znów się tam znajdę. Cały czas jaki byłem na terenie monastyru spędziłem wewnątrz na szczegółowym przyglądaniu się wszystkim malowidłom ściennych. Nigdy nie widziałem równie ciekawych co tak doskonale zachowanych obrazów przedstawiających różne sceny biblijne a także rzesze świętych. Magia tego miejsca jest niesamowita i nawet jako osoba niewierząca miałem poczucie wielkiego znaczenia duchowego tego miejsca.
Następnie w drodze powrotnej stanęliśmy przy drodze prowadzącej do kolejnego świętego miejsca historii prawosławnej wiary. Po prawie dwóch kilometrach pieszej wędrówki wśród zawierających dech w piersiach widoków, dotarliśmy do monastyru Mocameta. Okazało się że dziś czyli 15.10 jest kościelnym świętem narodowym Gruzji i z tego to powodu ten niewielki, pięknie położony monastyr zapełniony był po brzegi ludźmi. Samych duchownych było z kilkudziesięciu a wiernych w setkach. Jedni odchodzili a w ich miejsce przychodzili następni.
Po powrocie na piechotę do naszego mercedesa, udaliśmy się do Sataplii. Miejsce to jest stałym rezerwatem chronionym i zwiedzanie tego rozległego terenu odbywa się pod nadzorem przewodnika, który idzie z grupą w cenie zakupionych biletów. Bilet kosztuje 6 lari ale warto wydać te pieniądze. Każdy turysta powinien tam się znaleźć będąc w pobliżu. Obejrzeć tam można ślady dinozaurów zachowane w skalę sprzed dziesiątek milionów lat. Zbudowany budynek nad tymi śladami doskonale nie tylko zabezpiecza ten dowód przeszłości na życie prehistorycznych gadów na tych terenach ale także ukazuje widzowi ów obraz kolorową barwą świateł.
Później po przejściu wśród drzew i skał specjalnie wytyczoną trasą, trafiliśmy do 300 metrowej jaskini pełnej stalaktytów i stalagmitów. I znów kolorowa barwa światła, wspaniałe ukazuje podziemne cuda natury. Narastanie stalaktytów następuje w tempie 1 centymetra w 400 letnim przedziale czasowym. Owa słona jaskinia jest naprawdę piękna i stwarza niesamowite wrażenie.
Po wyjściu udaliśmy się na skaliste wzniesienie, na którym ustawiona jest specjalna platforma widokowa. Jej konstrukcja zbudowana jest na krawędzi skalnej skarpy a podłoże po którym należy się przemieszczać w specjalnych filcowych kapciach nakładanych na obuwie, zrobione jest z przezroczystego grubego hartowanego szkła. Osoby z lękiem wysokości na pewno mogą mieć problemy z wejściem na platformę widokową : ) Umiejscowienie owego punktu widokowego nie jest przypadkowe. Ukazującą się przepiękna panorama całej okolicy i poniższego skalnego kanionu, po raz kolejny wprawiły nas stan swoistego uwielbienia dla gruzińskiej przyrody oraz górzystego ukształtowania terenu. Wspaniały widok. Chciałoby się tam spędzić pół dnia i bez końca sycić się niesamowitym widokiem. Pogoda nam dopisała, gdyż było ponad 25 stopni, tym samym przejrzystość powietrza była doskonała.
Po powrocie do Kutaisi i rozliczeniu się z Igorem (za kilka godzin uzgodniliśmy stawkę 80 lari od wszystkich) poszliśmy do restauracji, do której przychodzą Gruzini całymi rodzinami na bardzo dobre jedzenie. Osobiście polecam tutejszego kababa i oczywiście ichne pierogi, które nazywają się chinkali.
Koniec dnia przesiedzieliśmy wspólnie na kocu przy tutejszym piwku na terenie monastyru Bagrati, podziwiając nie tylko zachód słońca nad panoramą Kutaisi ale nadejście wieczora rozświetlanego światłami miasta. 

16.10
Dziś ruszamy do Batumi. Wstaliśmy wcześnie rano, posprzątaliśmy cały dom by zostawić go takim jakim zastaliśmy. Rozliczyliśmy się z Konstantinem płacąc uzgodnione wcześniej 20 lari za dobę od osoby. Pożegnaliśmy się serdecznie i pojechaliśmy taksówką na miejsce z którego ruszają marszutki do Batumi. Znajduje się ono przy McDonaldzie w Kutaisi.
Jesteśmy bardzo zadowoleni z pobytu w tym mieście. Spokojniejsze i cichsze miasto niż Tbilisi. Czystsze i sprawiające dużo korzystniejsze na nas wrażenie. Sporo atrakcji i dobre jedzenie. Dom w którym mieszkaliśmy, polecamy z pełną odpowiedzialnością. Nie mogliśmy trafić lepiej. Telefon bezpośredni do Konstantina to +995593548507.
Marszutka do Batumi kosztuje 10 lari. Drogę przeszliśmy normalnie, bez przygód. Malutka Maja wzbudza wszędzie ciekawość i serdeczność, tak też w autobusie miała przybrane dodatkowo dwie mamy : ) Ogólnie nigdzie do tej pory, nawet w Polsce nie spotkałem takiej życzliwości dla małych dzieci jak właśnie tutaj w Gruzji.
Po przyjeździe znaleźliśmy od razu adres który Łukasz znalazł wcześniej w necie. Okazało się że znów mieliśmy szczęście. W cenie 20 lari od osoby dostaliśmy lokum w formie małego mieszkania. Jeden duży przejściowy pokój wraz z dwoma wejściami do małych oddzielnych pokoików. Całość oczywiście z łazienką i ręcznikami w cenie. Dla nas było to idealne rozwiązanie. Hotelik ten przy ulicy Kostava 24, prowadzi bardzo miła rodzina. Czuć rodzinną atmosferę. Przywitano nas mile i życzliwie. Polacy wszędzie w Gruzji mają naprawdę dobrą opinię i są zawsze serdecznie witani.
Po złożeniu plecaków w pokojach, ruszyliśmy na wieczorny spacer nadmorskim bulwarem. Szliśmy i szliśmy a końca tego wspaniałe utrzymanego i wieczorem ładnie rozświetlanego deptaku nie było końca. W końcu zawróciliśmy idąc z powrotem miastem gdyż czas już był wrócić na spoczynek do hotelu. Przeszliśmy deptakiem prawie 5 km w jedną stronę i po zapadnięciu zmroku nie doszliśmy do końca. Miłym zaskoczeniem dla nas okazał się okres w jakim przyjechaliśmy do tego nadmorskiego kurortu. Październik jest tutaj posezonowym okresem pozbawionym kompletnie turystycznego zgiełku.

17.10-18.10
Dwa te dni spędziliśmy w Batumi na zwyczajowym lenistwie i odpoczynku. Rano po zjedzeniu śniadania ruszyliśmy na plażę by zażywać wspaniałego słońca i przyjemniej ciszy delikatnie przerywanej morskimi falami. Tutejsze plażę są kamieniste. W dosłownym tego znaczeniu, na plaży tuż przy linii brzegowej znajduje się przestronny pas samych kamiennych otoczaków różnej wielkości, wygładzonych przez wodę bez ostrych krawędzi. Chodzenie na boso jest możliwe jednakże po chwili „masażu” trzeba wręcz założyć z powrotem cokolwiek na stopy. Dla mnie osobiście taka kamienista plaża jest równie ciekawą i na pewno czystszą formą leżakowania niż piaskowe podłoże. Zostawiam to kwestii indywidualnego podejścia do tematu. Mnie tutejsza plaża bardzo odpowiadała z czego skrzętnie korzystałem.
Po południu, po obfitych obiedzie składającym się z tradycyjnych potraw gruzińskich ruszyliśmy na miasto w dowolnych kierunkach bez jakiegoś konkretnego celu. Batumi jako miasto nie posiada wielu historycznych zabytków godnych obejrzenia. Prócz murów leżącego nieopodal starożytnego miasta Gonio i ogrodu botanicznego założonego dokładnie 100 lat temu nic godnego uwagi historycznej nie ma w pobliżu. Samo miasto jest nie tylko ładnym ale na naprawdę europejskim poziomie kurortem nadmorskim to oferuje turyście możliwość swobodnego i naprawdę spokojnego wypoczynku przy prawie zawsze gwarantowanej pogodzie i rozsądnych cenach. Chodząc po mieście widzieliśmy oferty sprzedaży mieszań tuż nad morzem w granicach ok. 700 dolarów za m2.
Batumi jak dla mnie jest przykładem nie tylko w kwestii urbanistyki i podejścia do turysty ale także w sferze dbałości o estetykę i oświetlenia wieczorem najciekawszych miejsc turystycznych.

19.10
Dzień dzisiejszy zacząłem jak poprzednie. Wstałem przed 11-tą tutejszego czasu i po porannej toalecie po raz kolejny i zarazem ostatni w tej wyprawie, znalazłem się na kamienistej plaży. Woda Morza Czarnego jest bardziej słona niż woda naszego Morza Bałtyckiego ale znacznie mnie niż Morza Śródziemnego. Kąpiel w Morzu Czarnym sprawia przyjemność i nawet delikatne zachłyśniecie się wodą nie jest wymiotnym problemem. Słońce opala na ciekawszy brąz niż egipskie słońce. To opinia własna : )
Po południu kolejna wizyta w tutejszej jadłodajni, oferującej tradycyjne gruzińskie dania. Tym razem zupa z cielęciny zwana charczo (pyszna!) i tutejszy kabab plus zimne piwo z kija dały pełne zadowolenie poczuciu sytości.
Po posiłku tutejszą taksówką za 10 lari pojechaliśmy z moim ojcem do sławnego w całej Gruzji wspomnianego wcześniej ogrodu botanicznego. Ogród został założony oficjalnie dokładnie 100 lat wcześniej. Wcześniej było to miejsce kuracyjne Tatarów, zajmujących te tereny. Ów ogród zachwyca różnorodnością roślin i drzewostanu ale także widokami całej zatoki z Morza Czarnego. Idąc po alejkach ogrodu ma się wrażenie że spaceruje się pośród natury wielu kontynentów i doznaje podziwu dla różnorodności roślinności. To ewidentnie miejsce dla ludzi ceniących spokój oraz doznania flory różnych zakątków świata w jednym miejscu. Polecam dłuższy wypad w to miejsce dla osób ceniących swoiste zielone odosobnienie. 
Po powrocie marszutką nr 31 do centrum Batumi, poszliśmy ponownie do "naszej jadłodajni" na zupę z ziemniakami i mięsem oraz tradycyjny kabab.
Wieczorem usiedliśmy wszyscy na jednej z licznych ławeczek okalających zespół fontann nazywanych tutaj potocznie „śpiewającymi fontannami”. Myśleliśmy że będąc właśnie w tym okresie czyli po sezonie turystycznym, owe śpiewające fontanny nie dają już swego wodnego koncertu i ominie nas ważna atrakcja tego miasta. A tu kolejna miła niespodzianka! O godzinie 20-tej nagle w głośnikach zabrzmiała muzyka a woda w fontannach zaczęła w rytm danego utworu unosić się i opadać w sposób harmonijnie zaplanowany. Niesamowite doznania!!! W głośnikach brzmiały przeróżne utwory. I standardy muzyki poważnej, znane standardy muzyki popularnej a także nasz polski akcent w postaci piosenki zespołu Filipinki pt. "Batumi ". Gdy odchodziłem spod owych fontann tuż po 22-ej, muzyka cały czas grała a fontanny nieprzerwanie unosiły wodę w rytm lecącej melodii. Cudowny widok!! Miałem wrażenie że ów spektakl wodny przy dźwiękach akompaniamentu muzycznego odbywa się tylko dla mnie. Wyjątkowe i osobliwe doznanie. Ach, ta muzyka klasyczna i dźwięk opadającej wody….

20.10
Nadszedł koniec naprawdę przyjemnego wypoczynku i czas ruszyć dalej. Postanowiliśmy że pojedziemy do Gori. Ok. 10-tej ruszyliśmy na miejsce wyjazdu marszutek w kierunku Tbilisi. Gori leży na trasie do stolicy, więc i marszutki wyjeżdżają średnio co pół godziny. 18 lari od osoby i jesteśmy w drodze.
Osobiście żałuję że opuszczamy Batumi. Miasto wywarło na mnie naprawdę sympatyczne wrażenie pomimo braku jakiś ważnych zabytków czy też okresu poza sezonem turystycznym.
Po przebyciu ponad 200 km w dość znośnych warunkach, dotarliśmy do celu. Marszutka co prawda nie wjeżdża do centrum Gori i staje tuż przy głównej drodze ale w miejscu wysiadki, stoją niezawodne taksówki którymi podróżowanie jest stosunkowo tanie i szybkie. Nie mając w Gori żadnego wcześniej upatrzonego adresu, zdaliśmy się na owego taksówkarza który zawiózł nas do jakiegoś prywatnego zabudowania. Po obejrzeniu wnętrza i ustaleniu ceny 25 lari od osoby dom ten okazał się kolejnym miłym i udanym lokum podczas naszej podróży.
Po wstępnym rozlokowaniu się, ruszyliśmy na miasto. Pierwsze wrażenie jakie nas ogarnęło to widoczna różnica pomiędzy poprzednimi trzema odwiedzonymi wcześniej miastami a obecnym. Mniejszy ruch uliczny, inna zabudowa czy też wrażenie jakieś pustki. Później ten nasz troszkę sceptyczny nastrój zmienił się na plus jednakże owa różnica w mniejszym lub większym stopniu była widoczna do końca naszego pobytu w samym Gori.
Pierwsze kroki tego kończącego się już dnia skierowaliśmy do "sławnego" muzeum upamiętniającego jednego z największych zbrodniarzy w historii świata czyli do miejsca pamięci o Józefie Stalinie. Urodził się on właśnie w Gori w domu tuż przy samym muzeum i stąd swoista pamięć o nim w tym miejscu. Znamienne jest to że większość Gruzinów a na pewno prawie wszyscy mieszkańcy Gori uznają Stalina za bohatera i wielkiego wodza. Stalin nie represjonował prawie w ogóle swojego narodu i stąd taka pozytywnaa pamięć samych Gruzinow o nim, ale nie zmienia to faktu iż był tyranem i katem innych narodów XX wieku.
Wejście do samego muzeum "godne" i już sam wstęp wartości 10 lari wydaje się nam zawyżony. W środku małe rozczarowanie. Spodziewaliśmy się wielu pamiątek czy też osobistych rzeczy samego Stalina. Największą część całości muzeum stanowią reprodukcje fotografii i wszelkiego rodzaju kopie dokumentów oraz dowodów życia samego wodza. Jest trochę prasy i książek z tamtych czasów. Osobiście liczyłem na więcej osobistych rzeczy tyrana ale jedynie wyposażenie wnętrza jego gabinetu godne jest uwagi. Na zewnątrz stoi jeden z wagonów jego pancernych pociągu jakim podróżował. Na przeciwko głównego wejścia do muzeum, stoi dom rodzinny Stalina w którym przyszedł na świat. Nad owym budynkiem i w około niego wybudowano konstrukcję z betonu na wzór baldachimu, celem zabezpieczenia go przed warunkami atmosferycznymi.
Po wyjściu udaliśmy się pieszo do końca szerokiej alei noszącej nazwę także Józefa Stalina by w drodze powrotnej zajść do tutejszej karczmy na tradycyjne chnkali oraz kababa.

21.10
Następnego dnia po zjedzeniu własnoręcznie przygotowanego śniadania w dostępnej dla lokatorów dużej jadalni, składającego się z jajecznicy i wszelkich dodatków ruszyliśmy do niesamowitego miejsca o nazwie Upliscyche. Poprzedniego wieczoru umówiony taksówkarz zawiózł nas tam, czekał aż zwiedzimy całość terenu i przywiózł z powrotem za rozsądna cenę 20 lari. Nie będąc nigdy w podobnym miejscu nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Wiedzieliśmy tylko z internetowych informacji że w tej miejscowości w pobliskich górach znajduje się starożytne miasto założone jeszcze przed czasami nowożytnymi.
Byliśmy pod wrażeniem tej jednej z najstarszych struktur mieszkalnych w skałach na terenach Gruzji i liczącej grubo ponad 2500 lat. Wraz z chrystianizacją tego regionu na początku IV wieku, Upliscyche zaczęło tracić na znaczeniu na korzyść nowych dynamicznie rozwijających się ośrodków chrześcijańskich takich jak Mccheta czy Tbilisi. Podczas muzułmańskiego najazdu na Tbilisi w VIII. i IX stuleciu Upliscyche funkcjonowało jako główna forteca. Mongolskie najazdy w XIV wieku ostatecznie zdetronizowały miasto, które praktycznie zostało opuszczone, a odżywało jedynie jako tymczasowe schronienie podczas ataków na Gruzję. U podnóża gór przy płynącej szerokim korytem rzeki, znajdują się ruiny już nowożytnych zabudowań z okresu gdy skalne miasto zostało opuszczone. 
Struktura skalna tego miejsca sprawia niesamowite wrażenie. Ludzie całymi pokoleniami mieszkali w tych skałach, prowadząc swoje rodzinne i społeczne życie. Do tego był to ważny ośrodek miejski Gruzji w tamtych czasach. Czuje się w tym miejscu historię tego okresu.
Po powrocie do Gori i zjedzeniu porządnego obiadu z dobrym gruzińskim piwkiem, udaliśmy się pieszo na pobliski bazar. Można na nim zakupić wszystko czego dusza zapragnie. Różnorodność warzyw i owoców, liczne stoiska z żywnością i produktami przemysłowymi. Śmialismy się, że gdyby wkroczył tu polski Sanepid od razu zamknąłby cały bazar ze względu na kompletny brak poszanowania podstawowych warunków higieny wedle naszego obecnego standardu.
Potem weszliśmy na górujace nad miastem ruiny zamku warownego z XII wieku naszej ery. Piękny widok, zresztą jak wszystkie w Gruzji. Dobrem narodowym Gruzji jest na pewno przyroda i niesamowite ukształtowanie terenu. Wieczorne piwko przy tutejszej telewizji zakończyło kolejny dzień.

22.10
Za niecałe dwa dni mamy wylot z tego niezwykłego miejsca jakim jest Gruzja. Opuszczamy Gori. Przed południem taksówka zawozi nas na płac odjazdu tutejszych marszutek jadących do Tbilisi. Pomału czas myśleć o powrocie. Po wcześniej wykonanym telefonie o ponownym przybyciu, jedziemy do miejsca naszych pierwszych noclegów czyli na ulice Ninoshvili 3. Tam będziemy nocować do czasu wylotu do Polski. Czas spędzimy na poznawaniu innych miejsc i ulic stolicy Gruzji.
Po południu postanowiłem dostać się na szczyt wzniesienia na którym góruje tutejsza wieża telewizyjna. Znalazłem drogę i ruszyłem. Gdybym wiedział jaki czeka mnie ten pieszy szlak i ile czeka mnie schodów do pokonania, pewnie zastanowiłbym się głębiej czy na pewno chce iść pieszo tą drogą :-) Szedłem spokojnym rytmem by osiągnąć docelowy szczyt. Ponad 2200 metrów drogi po setkach niekończących się schodów wiodących na górę robi wrażenie. Jak na koniec całości wypadu po Gruzji, zafundowałem sobie spory wysiłek i fizyczny trening. Ale opłaciło się i wejście na samą górę przyniosło satysfakcję. Poza tym nie ma innej pieszej drogi na górę Mtatsminda na szczycie której znajduje się wieża telewizyjna oraz stały park rozrywki z licznymi atrakcjami. Wejście na ową wieżę jest niemożliwe, gdyż jest to zamknięty. Liczne wycieczki i spora ilość rodzin z dziećmi świadczą o popularności tego miejsca. Skorzystałem ze znajdującego się tam wielkiego koła widokowego. Polecam każdemu gdyż przejażdżka pozwala w pełni docenić wspaniały widok miasta z jeszcze większej wysokości. Zjazd do centrum odbyłem tutejszym autobusem nr 90, odjeżdżającym spod głównego wejścia do parku. Dzień zakończyłem kolacja w postaci smacznego tutejszego kebaba (nie mylić z kababem, gdyż są to dwie różne potrawy).

23.10-24.10
Dzień ten poświęciliśmy na ostatnie symboliczne zakupy i ostatnią możliwość przespacerowania się gwarnymi ulicami Tbilisi. Udaliśmy się na tutejszy targ staroci i aleję na której wystawiają swoje prace tutejsi malarze i artyści różnego rzemiosła. Po południu spakowaliśmy się i trochę odpoczęliśmy przed podróżą powrotną do kraju. W nocy pojechaliśmy na lotnisko taksówką by tym samym zakończyć udaną wycieczkę po kilku miastach Gruzji….

Obrazek użytkownika buba
Dżigit
Niedostępny
Ostatnio był(a): 2 mies. 1 tydzień temu
Dołączył: 14.12.2011 - 18:59
31 Październik, 2012 - 23:03

Re: 10.10-24.10.2012 Nasz pobyt w Gruzji

a zdjecia gdzie???? domagam sie zdjec!!! :mrgreen:

jabolowaballada.blogspot.com

Obrazek użytkownika Norma
Nowicjusz
Niedostępny
Ostatnio był(a): 7 lat 3 mies. temu
Dołączył: 31.10.2012 - 12:26
31 Październik, 2012 - 23:18

Re: 10.10-24.10.2012 Nasz pobyt w Gruzji

Kwestia techniczna i będzie kilka zdjęć. Sam zrobiłem ponad 700 i mój kolega również coś koło tego.

Obrazek użytkownika lucia
Amator Kaukazu
Niedostępny
Ostatnio był(a): 7 lat 3 mies. temu
Dołączył: 20.08.2012 - 14:40
4 Listopad, 2012 - 20:24

Re: 10.10-24.10.2012 Nasz pobyt w Gruzji

piekna relacja!!!

Obrazek użytkownika kasiakrakow
Nowicjusz
Niedostępny
Ostatnio był(a): 7 lat 3 mies. temu
Dołączył: 14.08.2012 - 10:39
15 Listopad, 2012 - 12:45

Re: 10.10-24.10.2012 Nasz pobyt w Gruzji

Naprawdę fajnie się czyta:)