Twoje konto

GTranslate

Gruzja na luzie - jak było.

17 posts / 0 nowych
Ostatni wpis
Obrazek użytkownika m0cna
Poznający Kaukaz
Niedostępny
Ostatnio był(a): 3 lata 1 miesiąc temu
Dołączył: 10.08.2015 - 11:30
12 Grudzień, 2015 - 21:55

Gruzja na luzie - jak było.

Ponieważ przed podróżą do Gruzji bardzo dużo skorzystałam z tego forum, pomyślałam, że podzielę się wrażeniami. Może ktoś skorzysta z informacji, które zawrę w opisie. Do Gruzji wybrałyśmy się we trzy: Mama i jej przyjaciółka zwana od lat przeze mnie ciocią oraz ja. Dysponowałyśmy średnim budżetem – nie wchodziły w grę droższe hotele, ale też nie musiałyśmy jakoś radykalnie oszczędzać i stołowałyśmy się głównie w knajpach, a gdy uznałyśmy, że warto – brałyśmy taksówki. Zwiedzanie Gruzji miało być mało forsowne, z uszanowaniem statusu emeryckiego moich towarzyszek oraz uwzględnieniem różnorakich niedomagań fizycznych. Chcemy zachować równowagę między kosztami, a komfortem.

Cz. I - Tbilisi

Do Tbilisi lecimy LOTem. Cena biletu przyzwoita – 600 zł w obie strony. Samolot ląduje o 4.00 rano. Na lotnisku zaopatrujemy się w karty telefoniczne, a następnie dogadujemy się w sprawie taksówki do miasta. Pierwszy taksówkarz proponuje podwózkę za 50 lari. W końcu jednak jedziemy za 30 lari i jest to standardowa cena dowozu z lotniska do Tbilisi. Chociaż, z drugiej strony, ja akurat nie potrafię się targować.

Przed podróżą wytrwale studiowałam Forum Kaukazu. Bywalcy Gruzji twierdzą, że z noclegami nie ma tu problemów. Jednak chciałam mieć ten komfort, że nie będę się ciągać nad ranem po nieznanym mi mieście w poszukiwaniu miejsca do spania. Zarezerwowałam więc hostel przez internet. Z miejsca wykluczyłam guest house u Iriny i tym podobne miejscówki reklamowane na polskich forach. Widmo całonocnych imprez zdecydowanie zniechęca moje towarzyszki i mnie. Wolimy w nocy się wyspać i mieć siły na dzień. W Tbilisi stacjonujemy w hostelu Hirmas. Jak się okazuje, jest tu spokojnie, pokój czysty, a niedaleko znajduje się stacja metra Mardżianiszwili. W okolicy daje się wyczuć obecność łaźni siarkowych. Za dwie noce dla 3 osób zapłaciłyśmy 182 lari.


Most Chugureti o poranku.

Doba hotelowa zaczyna się o 12.00. Jest około 5:30 rano, ale sympatyczna dziewczyna na recepcji sadza nas na kanapie i częstuje kawą. Czekamy aż zacznie dnieć i godzinę później ruszamy na miasto. Wędrujemy w stronę rzeki, mostem Chugureti przechodzimy do parku 9 kwietnia, a potem ulicą Rustawelego do Placu Wolności. Ulice są jeszcze puste, zaskakuje zaś widok sprzątaczy skrzętnie zamiatających ulice. Wśród nich zatrudnienie znajdują osoby w mocno podeszłym wieku. To jeden ze smutniejszych widoków w Gruzji. Emerytury są głodowe i ludzie próbują dorabiać na wszelkie sposoby. Na Placu Wolności decydujemy się na śniadanie – chaczapuri i szklaneczka piwa. Może piwo z rana nie jest ogólnie przyjętym zwyczajem, jednak drzewiej w Polsce jadano na śniadanie zupę piwną. Można więc powiedzieć, że kultywujemy stare, polskie zwyczaje. Śniadanie spożywamy w towarzystwie bezdomnych kotów i psów, dzieląc się z nimi naszymi porcjami. Szwendamy się potem po okolicy schodząc w dół ku rzece. Nie robiłyśmy ścisłych planów zwiedzania. Chcemy poczuć rytm miasta, jego atmosferę, styl, zapachy… Nie spinamy się, by koniecznie zaliczyć wszystkie zabytki.


Wnętrze cerkwi Sioni

Chodząc po mieście szukamy kantoru, aby zakupić trochę lari. Najkorzystniejszy kurs znajdujemy o dziwo w banku. Miejscowa waluta, ze względu na brzmienie jej międzynarodowego skrótu GEL, bardzo szybko zaczyna w naszym słowniku funkcjonować jako „żelki”.


Balkoniki.

Mostem Metechi wracamy na naszą stronę rzeki i w samo południe wracamy do hostelu, aby się zameldować i zdrzemnąć po podróży. Wieczorem znów wybieramy się na stare miasto, jednak tym razem oswajamy metro. Kupujemy na stacji metra kartę magnetyczną za 2 „żelki”, którą doładowujemy. Jeden przejazd kosztuje 50 tetri. We trzy używamy jednej karty, przekazując ją sobie po przejściu przez bramki. Kończąc pobyt w Tbilisi można zwrócić kartę w okienku i odzyskać 2 lari.

W starym Tbilisi znajdujemy najpierw polską lodziarnię włoską. Znajduje się ona blisko placu Wolności na ulicy Afkhaziego. Polska – bo prowadzą ją Polacy, włoska, bo sprzedają lody włoskie. A później natrafiamy miłą knajpkę z ogródkiem. Obsługa ubrana w t-shirty z napisem „ŻUBRÓWKA” poleca nam potrawę katsuri. Na katsuri składa się mięso kurczaka, wołowina, ser, oliwki, pomidor, papryka. Wszystko to zapieczone, a na wierzchu posypane frytkami. Brzmi może dziwnie, ale jest tak smaczne, że ostatniego dnia idziemy tam na pożegnalny obiad. Knajpka nazywa się Aqua Pub i ulokowana jest na rogu ulic Afkhazi, Cintsandze i Vertskili. Jak kto lubi, może tam pozaciągać się sziszą.


Widok na miasto znad twierdzy Narkila.

Drugi nasz dzień w Gruzji to niedziela. Z rana idziemy na Mszę Świętą do kościoła Piotra i Pawła. Msza rano odprawiana jest częściowo po gruzińsku, częściowo po rosyjsku. Z części rosyjskojęzycznej dowiadujemy się, że najprzystojniejszy z ministrantów żegna się z parafianami, bowiem wstępuje do seminarium duchownego. Inne msze niedzielne odprawiane są po angielsku, łacinie, a o 18:00 po polsku. Po Mszy jedziemy na plac Wolności i kręcimy się w rejonie starego miasta. Chcemy wjechać kolejką linową do twierdzy Narkila, ale kolejka jest w konserwacji. Zostawiam więc Mamę z Ciocią na piwie i podchodzę do twierdzy na piechotę. Potem oglądamy łaźnie i znajdujący się obok wąwóz z wodospadem.


Wąwóz.

Planując wyjazd od Gruzji, zakładałam kąpiel w łaźni, jednak nie zdecydowałyśmy się skorzystać. Na koniec dnia jedziemy do Awlabari obejrzeć cerkiew Cminda Sameba. Ilekroć wchodzimy do któregokolwiek z Tbiliskich kościołów napotykamy dużo wiernych, trwające nabożeństwa i modlitwy. Tak było nie tylko w niedzielę ale i w inne dni. Ten widok cieszy, bo puste kościoły np. na zachodzie Europy, to jeden ze smutniejszych widoków.


Cminda Sameba.

cdn.

Obrazek użytkownika m0cna
Poznający Kaukaz
Niedostępny
Ostatnio był(a): 3 lata 1 miesiąc temu
Dołączył: 10.08.2015 - 11:30
13 Grudzień, 2015 - 13:42

Re: Gruzja na luzie - jak było.

Cz. II - Kazbegi

Chciałybyśmy wyjechać w góry rano. Ale zwyczajnie się nie da. Rano dla obsługi hostelu to jest godzina 10.00. O tej porze serwują śniadanie (którego swoją drogą w Hirmasie nie warto zamawiać, bo jest to typowe śniadanie europejskie w skromnej wersji – bułka, dżemik, jajko i kilka oliwek).


Zalew Żniwalski.

Panie prowadzące hostel organizują nam kierowcę, który już o 11.00 (rano – ech…) zabiera nas do Kazbegi. Kierowca ma na imię Dawid i zna dobrze drogę, bo pochodzi z wioski Sno leżącej niedaleko od Kazbegi. Przejazd kosztuje 160 żelków. Po drodze zatrzymujemy się nad zalewem Żniwalskim z widokiem na tamę, potem przy Ananuri, w Pasanauri, Gudauri, …


Gruzińska Droga Wojenna.

Kawałek drogi za przełęczą krzyżową widać na skale zabarwione na pomarańczowo nacieki wapienne. Dawid namawia nas, aby spróbować wypływającej stamtąd wody. Ujęcie znajduje się poniżej szosy. Woda jest przepyszna! Lepsza niż ta, której próbujemy na dalszym etapie podróży w Bordżomi. Po drodze do Kazbegi mijamy długaśną kolejkę tirów, które kilka dni spędzają na tym pustkowiu w oczekiwaniu na przejazd przez granicę. Wzdłuż szosy, w rowie walają się śmieci pozostawione przez kierowców ciężarówek.


Różowa góra.

Koło 14.00 jesteśmy na miejscu. Dawid dzwoni do znajomych i za chwilę ktoś nas zabiera do guest house u Omy. Dostajemy wielki, czysty, pokój z widokiem na Kazbek. 20 lari od osoby. U Omy zatrzymujemy się tylko na jeden nocleg i praktycznie nie widzimy gospodarzy ani innych gości. Wynajmujemy natomiast kierowcę z terenówką (50 lari), znajomego Omy, i jedziemy do słynnej cerkiewki Cminda Sameba. Po drodze, zatrzymujemy się przy barze położonym koło głównej szosy i zamawiamy chinkali, które mają być gotowe, gdy wrócimy z góry. Zdaniem miejscowych są tu najlepsze chinkali w miasteczku, co znajduje potwierdzenie w fakcie, że zamawiają je tutejsze gospodynie.

Terenówką dość szybko dostajemy się na górę. Panuje tam spory tłok. Nie podjęłyśmy się wejścia na piechotę, ze względu na słabszą kondycję, ale duży ruch samochodów jest również dobrym powodem by zrezygnować z pieszej wędrówki. Może inaczej jest na szlaku wiodącym stromym skrótem.


Pogoda nam dopisała.

Widoki na górze są nieopisanie piękne, zwłaszcza, że pogoda nam sprzyja. Planując podróż bałam się, że może padać, a góry zostaną przesłonięte chmurami. Tymczasem świeci słońce, a powietrze jest krystalicznie przejrzyste. Wracamy na dół i kierowca zostawia nas pod barem. Chinkali są naprawdę smaczne. Popijamy je zimnym piwem Mtieli.


Widok spod knajpki z chinkali. Sam bar jest niepozorny - murowany baraczek.

Po obiedzie idziemy na kawę do kafejki naprzeciwko dworca marszrutek, a potem kupujemy wino i próbujemy wrócić na kwaterę. Okazuje się, że żadna z nas nie jest pewna drogi, a adresu nie znamy. Z trudem przypominamy sobie imię właścicielki. Ratuje nas tubylec, zdecydowanie wczorajszy, ale zorientowany w terenie. Przyprowadziwszy nas do Omy uśmiecha się czarująco do gospodyni i dostaje szklaneczkę czaczy.

A do naszego pokoju wprasza się mały, czarno-biały kociak, którego nie daje się odciągnąć od stołu. Wyproszony drzwiami wraca oknem miaucząc w niebogłosy. Dostał oczywiście daninę, choć jakoś na zagłodzonego nie wyglądał. Widać, dobrze sobie radzi z turystami.

Wstajemy o 7.00 rano. Rzut oka przez okno i z aparatem w ręku, za to w pidżamie wybiegam na ulicę uchwycić pomarańczowo-czerwony Kazbek budzący się w pierwszych promieniach słońca. O 8.00 jesteśmy już w marszrutce i oglądamy sceny ładowania kolejnych bagaży do już załadowanego samochodu. Ostatni pasażer siada na stołku pomiędzy siedzeniami. Podróż do Tbilisi kosztuje 10 lari.


Kazbek o poranku.

Obrazek użytkownika Maniek6
Poznający Kaukaz
Niedostępny
Ostatnio był(a): 3 lata 10 miesięcy temu
Dołączył: 29.03.2015 - 19:16
14 Grudzień, 2015 - 23:20

Re: Gruzja na luzie - jak było.

Super zdjęcia :)

Obrazek użytkownika m0cna
Poznający Kaukaz
Niedostępny
Ostatnio był(a): 3 lata 1 miesiąc temu
Dołączył: 10.08.2015 - 11:30
15 Grudzień, 2015 - 10:22

Re: Gruzja na luzie - jak było.

Dzięki :)
Bo też i kraj piękny.
Jak mi się uda, to wieczorem wrzucę ciąg dalszy.

Obrazek użytkownika m0cna
Poznający Kaukaz
Niedostępny
Ostatnio był(a): 3 lata 1 miesiąc temu
Dołączył: 10.08.2015 - 11:30
15 Grudzień, 2015 - 19:58

Re: Gruzja na luzie - jak było.

Cz. III - Signagi

Marszrutka z Kazbegi dowozi nas na największy Tbiliski dworzec Didube. Metrem dostajemy się na Samgori, skąd chcemy dotrzeć busikiem do Signagi (7 żelków). Ani razu nie miałyśmy problemu ze znalezieniem odpowiedniej marszrutki w gąszczu samochodów. Zawsze można liczyć na życzliwość Gruzinów, którzy nie tyle wskażą, gdzie iść, ale zaprowadzą i jeszcze skontaktują z kierowcą. Do odjazdu mamy godzinę, idziemy więc do ulicznego baru na piwo oraz zupkę ostri. Zupka jest smaczna, choć mięso w niej to bardzo różne kawałki, z chrząstkami, powięziami i płatami tłuszczu. Po posiłku dzwonię do Celiny. Celina ogłaszała się na forum Kaukazu oferując noclegi w Signagi. Obejrzałam bloga, który prowadzą razem z mężem i pomyślałam, że wyglądają na fajnych ludzi. Zdecydowałam się zarezerwować u nich noclegi.Brez problemu dogadujemy się przez maila. Cena jest atrakcyjna – 55 lari za nocleg dla 3 osób. Celina odbiera telefon i obiecuje wyjść po nas na dworzec.

W marszrutce do Signagi spotykamy Koreańczyka, który rano jechał z nami z Kazbegi i to właśnie on siedział na dostawionym stołku. Jedzie też Australijczyk, który próbuje swoim telefonem komórkowym nagrać sceny wyprzedzania na szosie. Twierdzi, że mu w domu nie uwierzą jak to wygląda. Faktycznie – momentami jedziemy wprost na czołowe, po czym okazuje się, że jakoś trzy samochody mieszczą się obok siebie na jednopasmówce. Australijczyk pracuje w wytwórni wina i przyjechał do Gruzji poznać tutejsze technologie, nawiązać kontakty i oczywiście popróbować kachetyjskich win.


Tiger, który zadomowił się u Celiny i Piotra.

W Signagi witają nas Celina i Piotr. Piotr bierze do samochodu nasze bagaże, my idziemy na piechotę do domu, bo jest blisko. Zresztą to niewielkie miasteczko. Zostawiamy bagaże w maleńkim, ale czyściutkim pokoiku i lądujemy w kuchni na powitalnej lampce wina i kieliszku czaczy. Wreszcie możemy wypytać na temat Gruzji o wszystko, co nam się zdążyło nasunąć w trakcie podróży. Jesteśmy też niezmiernie ciekawe co małżeństwo z Polski robi w Gruzji. Okazuje się, że wprowadzili się tu dopiero tej wiosny. Opowiadają dlaczego tu przyjechali i jak im się wiedzie.


Signagi przed wieczorem.

Wieczorem, po długich godzinach siedzenia w marszrutkach udajemy się na spacer po miasteczku. Z murów obronnych, które liczą sobie cztery kilometry, widać niknący w zapadającym mroku Kaukaz.


Kaukaz chowający się w mroku. W lewym dolnym rogu widać (ledwo) fragment muru biegnącego w dół zbocza.

Wieczorem idziemy do knajpy. Dania mięsne znów są trudne do zjedzenia, bo zawierają kawałki wszelakie: i mięsne i kościste i powięzi. Kwestię tę wyjaśniają nam potem Celina i Piotr. Otóż rzeźnik nie rozbiera mięsa, ale kroi jak leci. Potrawy są natomiast wspaniale doprawione, a całości dopełnia miejscowe wino.

Wracamy do domu i lądujemy na obszernym tarasie. Tu, przy stole spotykamy czteroosobową ekipę z Trójmiasta. Siedzą w Signagi już kolejny, ponadplanowy dzień, bo bardzo im się podoba. Dzielimy się wrażeniami, opowieściami i żartami. W końcu idziemy spać.

cdn.

Obrazek użytkownika hruby
Dżigit
Niedostępny
Ostatnio był(a): 8 miesięcy 3 tyg. temu
Dołączył: 05.01.2015 - 21:11
15 Grudzień, 2015 - 23:30

Re: Gruzja na luzie - jak było.

Ostatnie zdjęcie z Signagi obudziło wspomnienia.
Jak dwa lata temu zjechaliśmy na rowerach na równinę Kachetyjską i jechaliśmy w kierunku gór do Lagodekhi. :) Niezapomniane.

https://gruzjaponaszemu.wordpress.com/2015/04/15/od-warzy-przez-sighnaghi-w-kierunku-kaukazu-rowerem-po-gruzji-sighnaghi-in-the-caucasus-cycling-in-georgia/

Pozdrawiam

Grzegorz

https://gruzjaponaszemu.wordpress.com
https://grzesiuhruby.wordpress.com/
https://www.facebook.com/gruzjaponaszemu

Obrazek użytkownika m0cna
Poznający Kaukaz
Niedostępny
Ostatnio był(a): 3 lata 1 miesiąc temu
Dołączył: 10.08.2015 - 11:30
16 Grudzień, 2015 - 19:57

Re: Gruzja na luzie - jak było.

Quote:
hruby » Śr gru 16, 2015 12:30 am[/url]"]Ostatnie zdjęcie z Signagi obudziło wspomnienia.

Widać też postęp, na zdjęciu z Waszej wyprawy widnieje strzecha, na moim jest już blachodachówka ;-).

Obrazek użytkownika m0cna
Poznający Kaukaz
Niedostępny
Ostatnio był(a): 3 lata 1 miesiąc temu
Dołączył: 10.08.2015 - 11:30
16 Grudzień, 2015 - 20:22

Re: Gruzja na luzie - jak było.

Cz. IV - Dawid Garedżi

Ranek zaczynamy śniadaniem, które zdecydowałyśmy się zamówić u Celiny i Piotra (5 żelków od osoby). Śniadanie zdecydowanie przerasta nasze możliwości. Stół zastawiony jest po brzegi – świeży gruziński chleb, biały ser, wędliny, półmisek pomidorów i papryki, jajecznica na sklarowanym masełku, domowej roboty dżem z fig … uff.

Klasztor Dawid Garedżi był prezentowany na wszelkich forach jako absolutne „must see”. Mówimy naszym gospodarzom, że chciałybyśmy tam pojechać, a oni organizują nam samochód z kierowcą (po 30 lari od osoby). Wraz z nami jadą też młodzi ludzie – para z Izraela.


Słone jezioro na stepie.

Najpierw jedziemy drogą wiodącą do Tbilisi, potem jednak zbaczamy na południe. Im bardziej na południe tym bardziej opadają nam szczęki. Krajobraz przechodzi w stepowy. Mamy wrzesień, więc step przybrał rudo-żółty kolor. Rozciąga się na pagórkowatym terenie. Widząc kolorowe słone jezioro prosimy kierowcę, aby się zatrzymał. Na zewnątrz uderza nas mocny zapach ziół. Najbardziej aromatyczny jest tymianek. Jedziemy dalej i robi się coraz bardziej górzyście. W końcu widać zabudowania klasztoru, a ze stepowych traw wyłaniają się pasma różowo-czerwonych skał.


Step i skały.

Są ludzie, których fascynuje architektura, układ cegieł, więzi sklepień itd. Dla, mnie Dawid Garedżi to klasztor jakich wiele. Ale to co prezentuje rozpościerająca się wokół natura, zapiera dech w piersiach. Człowiek w naturalny sposób zaczyna kontemplować, a w duszy otwierają mu się nieznane dotąd zakamarki. Nie dziwię się, że syryjski mnich Dawid Garedżi opuścił pełne dworzan Tbilisi i osiadł właśnie tutaj.


Klasztor Dawid Garedżi.

W oddali, na przeciwległym wzgórzu, po azerskiej stronie widać wieżę wiertniczą. Choć to Azerbejdżan jest kojarzony ze złożami ropy to również i w Kachetii napotykamy na niewielkie wieże wydobywcze, obok których stoją walcowate zbiorniki. Można je na przykład dostrzec z szosy pomiędzy Tbilisi a Signagi.


Wieża wiertnicza.

Przeszło godzinę czekamy pod klasztorem na naszych towarzyszy podróży, którzy poszli na wzgórze nad klasztorem ku granicy z Azerbejdżanem. Jest upalnie, około 30C i zaczynamy się denerwować. W końcu turyści z Izraela wracają, nie świta im jednak w głowach, że należałoby przeprosić sporo starsze od nich kobiety, że musiały tak długo czekać. Powstrzymuję Mamę przed puszczeniem „pedagogicznego smrodka”, ale jakiś czas później żałuję, bo młodzi ludzie wysiadają przesiąść się na autobus do Tbilisi, odwracają się tyłem i odchodzą bez żadnego „do widzenia”. Należał się młokosom porządny „opier”, jak nic.


Widoki spod klasztoru.

Wieczorem lądujemy na tarasie u Celiny i Piotra i dzielimy się wrażeniami.

Obrazek użytkownika m0cna
Poznający Kaukaz
Niedostępny
Ostatnio był(a): 3 lata 1 miesiąc temu
Dołączył: 10.08.2015 - 11:30
17 Grudzień, 2015 - 18:39

Re: Gruzja na luzie - jak było.

Cz. V - Winnice Kachetii

Następnego dnia idziemy z rana na miejscowy cmentarz. Namówili nas na to nasi gospodarze. Cmentarz rozciąga się na północnym skraju miasta. Dotarcie do jego końca wynagradza najpiękniejszym, zdaniem Piotra, widokiem na masyw Kaukazu. Tego dnia jest jednak w powietrzu dużo wilgoci i ograniczona widoczność, mimo słońca, nie pozwala podziwiać szczytów gór.


Cmentarz w Signagi.

Mimo to, wyprawa na cmentarz okazuje się ciekawa. Grobowce dostosowane są do spotkań rodzinnych i ucztowania. Kwatery otoczono niskimi płotkami, a na nagrobkach widnieją wizerunki zmarłych odtworzone ze zdjęć. Wrażenia i atmosfera bardzo odmienne od tych na naszych, nostalgicznych i jednocześnie kolorowych od kwiatów cmentarzach.

Po spacerze pod przewodnictwem Piotra dokonujemy zakupów, które chcemy zawieźć do Polski. W sklepie spożywczym nabywamy czaczę. Sprzedawca wychodzi na chwilę do pobliskiego mieszkania i wraca z kanistrem trunku. Nalewa ile sobie życzymy do plastikowych butelek po napojach. Z kolei na hali targowej degustujemy i w efekcie kupujemy domowej roboty koniak. Też nalany do plastikowej buteleczki. Zaopatrujemy się też w adżikę i swańską sól. Na koniec idziemy do knajpy, gdzie ponownie z wielkiego kanistra, właściciel nalewa nam do butelek wino Saperawi.


Dolina Alazani.

Po zakupach, razem z grupą z Trójmiasta ładujemy się do wynajętego samochodu i jedziemy zwiedzać Kachetię. Na pierwszy ogień idzie twierdza Gremi – zamek, wieża i kościół. Wielkie schody wiodące na wieżę wygrywają walkę z kolanami Mamy. W dalszej części podróży unikamy więc w miarę możliwości wszelkich stopni. Kolejny punkt programu to klasztor Nekresi. Wjeżdżamy wyżej i wyżej podziwiając z góry dolinę Alazani. Obchodzimy zabudowania klasztorne. Mnie najbardziej fascynuje wywieszony na tablicy pod klasztorem plakat prezentujący ikonę ze sceną sądu ostatecznego, z wszystkowidzącym okiem pośrodku. Jakieś to takie mocno niepokojące.


Wnętrze klasztoru Nekresi jest bardzo zniszczone, choć jak widać trwają (niemrawe) prace konserwatorskie.

No i wreszcie clou programu – jedziemy do Kwareli i zwiedzamy wytwórnię win. Piękne, obszerne piwnice wypełnione są potężnymi kadziami na wino, długimi rzędami beczek i półkami, na których leżą i czekają na swój czas butelki z winem. Na koniec zwiedzania bierzemy udział w degustacji. Ze znawstwem, niczym wytrawne kiperki, kręcimy kieliszkami, wdychamy bukiet, potem z namaszczeniem wciągamy mały łyczek i po woli wypuszczamy powietrze nosem, by poczuć na podniebieniu wykończenie. Część gości wypluwa degustowane wino do specjalnych pojemników. Nasze pojemniki jednak jakoś pozostają suche…


Takie to winne piwniczki.

Na koniec jeszcze zajeżdżamy do muzeum wina, w którym nagromadzono sporo eksponatów, niekoniecznie związanych z winem. Pod ścianą stoją stare radioodbiorniki i telewizory. Jest też stos walizek, takich, jakie pamiętam, że były w naszej szafie, gdy byłam dzieckiem. Na ścianach wiszą instrumenty muzyczne.


Muzeum wina. Ogóreczki w spirytusie, takie, prawie korniszonki :>.

Wieczorem idziemy do knajpy na chinkali. Bardzo mi smakują. Mają miękkie ciasto, pyszne mięso i aromatyczny bulion w środku. Mama z Ciocią są znacznie bardziej sceptyczne co do chinkali. Po kolacji tradycyjnie już lądujemy na tarasie i Celiny i Piotra. To nasz ostatni wieczór w Signagi, bo rano wyruszamy w podróż do Bordżomi.


Muzeum wina. Tak wyglądają kwewri osadzone w piwnicznej posadzce.

cdn.

Obrazek użytkownika m0cna
Poznający Kaukaz
Niedostępny
Ostatnio był(a): 3 lata 1 miesiąc temu
Dołączył: 10.08.2015 - 11:30
18 Grudzień, 2015 - 17:15

Re: Gruzja na luzie - jak było.

Cz. VI - Bordżomi

Przejazd do Bordżomi zabiera nam znaczną część dnia. Najpierw docieramy do Tbilisi na dworzec Samgori. Przedostajemy się na Didube i znajdujemy marszrutkę do Bordżomi. Większość drogi wiedzie autostradą na Batumi. W Kaszuri marszrutka skręca na południe i wjeżdża pomiędzy wzniesienia Małego Kaukazu. Niemal całą drogę towarzyszy nam rzeka Mtkwari.


Mtkwari przepływająca przez Mały Kaukaz.

W Bordżomi musimy znaleźć nocleg. Jeszcze w Polsce wynotowałam sobie kilka adresów i teraz dzwonię na pierwszy z nich – do Roberta. Robert wyjaśnia jak do niego dojechać taksówką spod dworca i czeka na nas na ulicy przed domem. Oferuje nam obszerny pokój z aneksem kuchennym. Pyta skąd mamy jego telefon i uradowany, że go znalazłyśmy opuszcza nam cenę do 15 lari od osoby. Miejscówka jest bardzo dobra. Blisko stąd do głównej atrakcji Bordżomi – parku zdrojowego. Rozpakowujemy się i wychodzimy zapoznać się z miasteczkiem.

Przy głównej szosie, natrafiamy na informację turystyczną, gdzie bardzo sympatyczny, młody człowiek z entuzjazmem opisuje nam wszystkie okoliczne atrakcje, oferuje wycieczkę do Wardzi, z której jednak ze względu na nadwerężone kolana Mamy nie korzystamy, a na koniec obdarowuje nas płytą z muzyką gruzińską.

Po obejściu znacznej części miasteczka decydujemy się na kawiarnio-restaurację niedaleko naszego domu. Zamawiam tam chaczapuri adżaruli. Ma wrzecionowaty kształt, a na jego wierzchu pływa w maśle jajko sadzone. Pycha! Najlepsza wersja chaczapuri, jakiej próbowałam.

Po obiedzie idziemy na spacer do parku zdrojowego. Podobnie jak wiele chodzących tu osób, mamy ze sobą pustą butelkę. Nalewamy do niej wody mineralnej z głównego ujęcia… Jest ciepła i ma silny mineralno-siarkowy smak. Zapewne jest zdrowa, ale do smaku trzeba być głęboko przekonanym. Na terenie parku są też ujęcia z zimną wodą, o bardziej neutralnym smaku. Wracamy już po ciemku kupując po drodze wino i orzeszki. Plan na następny dzień to przejażdżka kolejką wąskotorową do Bakuriani, z podziwianiem widoków i degustacją wina.


Elektriczka.

Kolejka do Bakuriani odjeżdża o dwóch porach – 7.15 i 10.55. Wybieramy tą drugą opcję. Nie jest jednak łatwo trafić na stację. Idziemy główną szosą wzdłuż rzeki, z jej biegiem. Po około 1,5 km przechodzimy przez most, za którym znajdujemy peron. Stoi przy nim śmieszna lokomotywka z dwoma wagonami. Wybieramy drugą klasę. Wagon ma otwierane okna a na końcu platformę, na którą można wychodzić. No i jedziemy nim razem z miejscowymi. Przejazd kosztuje 2 żelki i trwa 2 godziny, choć Bakuriani oddalone jest tylko o 30 km.


Zbocza zdewastowane rosyjskimi bombami.

Z początku wahamy się, czy wypada otworzyć butelkę z winem. W końcu jednak wyciągam korek i polewam, co inni pasażerowie przyjmują z uśmiechem, a nawet unoszą w górę kciuk widząc trzy pancie z winem. Podróż odbywa się na dużym luzie. Pasażerowie w większości się znają, elektriczka toczy się powoli, a razem z ną toczą się rozmowy. Dowiadujemy się, że kilka lat temu Rosjanie bombardowali te tereny. Faktycznie na zboczach gór widać połacie wypalonego lasu. W pewnym momencie ciuchcia staje w środku lasu, a motorniczy wysiada z plastikową butelką i schodzi w dół zbocza. W ślad za nim wybiega większość pasażerów. Okazuje się, że kilka metrów w dole znajduje się ujęcie wody mineralnej. Któryś z pasażerów nalewa jej nam do szklaneczek dla spróbowania. Na trasie elektryczki znajduje się most zaprojektowany przez samego Gustawa Eiffla. Nasi towarzysze podróży nie pozwalają nam go przegapić. Większość czasu w podróży spędzam na platformie na końcu wagonu filmując widoki po drodze.


Dalej i dalej, dolinką parku zdrojowego wprost ku baseniom :).

W Bakuriani o tej porze roku nie ma nic. Nie ma nawet baru, w którym można by zaczekać na marszrutkę wracającą do Bordżomi. W Bordżomi wstępujemy do domu i bierzemy stroje kąpielowe. Naszym celem są baseny z wodą siarkową w parku zdrojowym. Droga do basenów wiedzie wąską dolinką wzdłuż potoku. Przypomina mi ona dolinki tatrzańskie. Do przejścia jest trochę ponad cztery km. Woda w basenach wynagradza trud wędrówki. Jest ciepła i świeża – wypływa wprost ze źródeł. W basenie zagadują do nas dwie kobiety, siostry, które przyjechały z Kazachstanu na wypoczynek w sanatorium.


Baseny siarkowe.

Z basenów wracamy już o zmroku i wstępujemy na kolację do restauracyjki na terenie parku zdrojowego. Choć to koniec września jest ciepły wieczór, szumi potok, z głośników sączy się muzyka, wśród drzew latają nietoperze, a my totalnie zrelaksowane, sączymy gruzińskie piwko.

Z rana robimy jeszcze jeden wypad do parku zdrojowego, który bardzo nam się podoba. Tym razem wjeżdżamy kolejką linową na wzgórze nad parkiem (drożej niż elektriczka, bo 3 lari). Widać stąd pięknie cały kurort i park. Udaje mi się odnaleźć miejsce, z którego do parku opada wodospad. Z duszą na ramieniu zsuwam się nad samą krawędź i filmuję wodę spadającą kilkadziesiąt metrów w dół.


Bordżomi widziane znad parku zdrojowego.

Koło południa Robert odwozi nas na dworzec marszrutek, z którego wrócimy do Tbilisi.

Obrazek użytkownika m0cna
Poznający Kaukaz
Niedostępny
Ostatnio był(a): 3 lata 1 miesiąc temu
Dołączył: 10.08.2015 - 11:30
19 Grudzień, 2015 - 17:23

Re: Gruzja na luzie - jak było.

Cz. VII - Mccheta

W Tbilisi lądujemy popołudniem. Ponownie meldujemy się w hostelu Hirmas, a że znów jest niedziela (jak ten czas leci!) zdążamy na 18.00 na mszę u Piotra i Pawła. Natrafiamy tam na pielgrzymkę z Polski. Pielgrzymi nas zagadują myśląc, że tu mieszkamy, a po wyjaśnieniach dziwią się, że nie boimy się tak same podróżować. Ja z kolei się dziwię, że oni się dziwią. Wieczorem spacerujemy ulicą Agmaszenebeliego. Pełno tu ludzi. Szczególnie dużo, jak mi się wydaje, Turków. W końcu lądujemy w knajpie na kolacji i piwie.


Mccheta z katedrą Sweti Cchoweli.

W poniedziałek pakujemy bagaże, bo w nocy, a właściwie rano następnego dnia odlatujemy do Warszawy. Zostawiamy walizki w hostelu i jedziemy na Didube. W planach mamy marszrutkę do Mcchety, dajemy się jednak namówić na wzięcie taksówki (50 lari tam i z powrotem). Dzięki temu możemy odwiedzić również klasztor Dżwari wzniesiony wysoko nad ujściem Aragwi do Mtkwari.


Klasztor Dżwari.

Zaobserwowałyśmy, że Gruzińscy kierowcy robią znak krzyża przejeżdżając w pobliżu tej cerkwi. Na miejscu jest dużo pielgrzymów i turystów. Oglądamy cerkiew i delektujemy się widokiem na doliny obu rzek i położoną nad nimi Mcchetę.


Widok spod klasztory Dżwari.

Potem zjeżdżamy do Mcchety. Głównym punktem programu jest katedra Sweti Cchoweli. Zachodzimy najpierw do znajdującej się obok katedry informacji turystycznej. Z broszurki poznajemy legendę o płaszczu Chrystusa przywiezionym tu przez Żydów i spoczywającym ponoć pod kolumną w katedrze. Oglądamy kolumnę, ikony, relikwie oraz grobowce gruzińskich władców. Gdy wychodzimy na zewnątrz, pod tym, jakby nie było najdonioślejszym historycznym i religijnym miejscem Gruzji, przechadza się leniwie kolorowy kogut. Robimy spacer po miasteczku, odwiedzamy jeszcze kościółek Świętej Nino i wracamy do Tbilisi.


Słup w katedrze Sweti Cchoweli, pod którym ma znajdować się płaszcz Chrystusa.

Obrazek użytkownika hruby
Dżigit
Niedostępny
Ostatnio był(a): 8 miesięcy 3 tyg. temu
Dołączył: 05.01.2015 - 21:11
19 Grudzień, 2015 - 20:35

Re: Gruzja na luzie - jak było.


Baseny siarkowe.

Ja tam teraz ładnie zrobili. Dwa lata temu wyglądało to tak:

https://gruzjaponaszemu.wordpress.com
https://grzesiuhruby.wordpress.com/
https://www.facebook.com/gruzjaponaszemu

Obrazek użytkownika Kamilo
Tamada
Niedostępny
Ostatnio był(a): 2 lata 6 miesięcy temu
Dołączył: 05.03.2013 - 09:37
21 Grudzień, 2015 - 14:05

Re: Gruzja na luzie - jak było.

hruby mnie też zaskoczył obecny wygląd basenów. Ostatnio byłem tam dwa lata temu w styczniu i było tak:

Galeria zdjęć: 

Sakartvelo on my mind! საქართველო ჩემს გულში
Zapraszam do polubienia: www.facebook.com/sakartveloonmymind

Obrazek użytkownika m0cna
Poznający Kaukaz
Niedostępny
Ostatnio był(a): 3 lata 1 miesiąc temu
Dołączył: 10.08.2015 - 11:30
22 Grudzień, 2015 - 19:20

Re: Gruzja na luzie - jak było.

Kamilo,

Zimą to tam musi być świetnie. Gorzej wyjść z wody i iść do lasu, żeby się przebrać...

Obrazek użytkownika m0cna
Poznający Kaukaz
Niedostępny
Ostatnio był(a): 3 lata 1 miesiąc temu
Dołączył: 10.08.2015 - 11:30
22 Grudzień, 2015 - 20:14

Re: Gruzja na luzie - jak było.

Cz. VIII ostatnia - Pożegnanie z Tbilisi i Gruzją.

Pożegnalny obiad postanawiamy zjeść w knajpce poznanej pierwszego dnia. Do półmiska katsuri zamawiamy białe Alaverdi, a za ogrodzeniem zaczynają się gromadzić miejscowe koty…


Białe Alaverdi, a w tle danie katsuri.

Wychodząc natykamy się na Australijczyka, który jechał z nami marszrutką do Signagi. Dzielimy się wzajemnie wrażeniami i wypytujemy go o dalsze plany. Aussie jedzie jeszcze do Czech i do Francji. Zachwalamy mu wina Mołdawskie, choć w Mołdawii nie byłyśmy.


Tbilisi w budowie.

Schodzimy na dół ku rzece i odkrywamy, że funkcjonuje już kolejka linowa. Kupujemy bilety (1 lari) i lądujemy pod pomnikiem Kartlis Deda – Matki Gruzji. Delektujemy się panoramą Tbilisi tonącego w ciepłych promieniach zachodzącego słońca. Zarządzam powrót do placu Wolności na piechotę, szosą wijącą się w dół po zboczu wzgórza. Pomysł może był średni, bo pobocze jest wąskie, a ruch samochodowy duży. Ale po drodze odkrywamy ujęcia źródlanej wody, co stanowi pewną atrakcję. W dodatku do celu docieramy stosunkowo szybko. Przy wejściu do metra oglądamy jeszcze uliczny pokaz tańca gruzińskiego. Wracamy w rejon naszego hostelu i spędzamy w knajpach czas do 21.00. Do hostelu przyjeżdża po nas Dawid i odwozi na lotnisko. Musimy tu jakoś dotrwać do 4.55 rano. W końcu unosząc się w kierunku Polski żegnamy Gruzińską ziemię.


Kartlis Deda.

Większość planu udało nam się zrealizować. Wypadły z niego łaźnie w Tbilisi, bo zabrakło nam odwagi. Wypadła dolina Truso, bo zdaniem naszego kierowcy Dawida, do pojechania tam potrzeba jest terenówka. Lepiej było zaplanować dwa noclegi w Kazbegi i mieć jeden cały dzień na zapoznanie się z okolicą. Nie zobaczyłyśmy Upliscyche, bo musiałybyśmy zostawić Mamę ze względu na jej kolana. A jak się jest razem, to razem. Z perspektywy czasu wiem, że Kachetię lepiej było zaplanować na koniec, bo tam robiłyśmy zakupy do Polski i potem woziłyśmy butelki ze sobą.

Zostało mnóstwo do zobaczenia. Tuszetia, Swanetia, okolice Kutaisi (wspaniałe są te wodne wąwozy), Adżaria. Może jeszcze kiedyś przydarzy okazja.

Obrazek użytkownika Redakcja kaukaz.pl
Dżigit
Niedostępny
Ostatnio był(a): 11 miesięcy 2 tyg. temu
Dołączył: 25.07.2007 - 19:59
23 Grudzień, 2015 - 16:17

Re: Gruzja na luzie - jak było.

Przyłączam się do wyrazów uznania dla relacji m0cnej. Ciekawe opisy, sporo informacji i świetne zdjęcia! ...i właśnie w tym ostatnim aspekcie podpytać chciałem jakim aparatem i jakimi szkłami uwieczniałaś Gruzję? To pliki uzyskane z formatu raw czy jpg prosto z aparatu?

Pozdrawiam,

Redakcja kaukaz.pl

Obrazek użytkownika m0cna
Poznający Kaukaz
Niedostępny
Ostatnio był(a): 3 lata 1 miesiąc temu
Dołączył: 10.08.2015 - 11:30
26 Grudzień, 2015 - 16:38

Re: Gruzja na luzie - jak było.

Cieszę się, że podobała się relacja i zdjęcia.

Zdjęcia robię Canonem 60D. Używam dwóch obiektywów. Jeden to Tamron 17-50 F/2.8 a drugi to Canon 70-200 F/4 L. Zdjęcia od razu zapisuję do jpg.

Pozdrawiam i życzę wesołych świąt, wszak jeszcze trwają.