Twoje konto

GTranslate

Relacja ze sprinterskiej wizyty w Gruzji

2 wpisów / 0 nowych
Ostatni wpis
Obrazek użytkownika rafgrzeg
Poznający Kaukaz
Niedostępny
Ostatnio był(a): 2 lata 8 miesięcy temu
Dołączył: 05.10.2016 - 21:46
22 Październik, 2016 - 18:16

Relacja ze sprinterskiej wizyty w Gruzji

Do wyjazdu do Gruzji przymierzałem się już od kilku lat. Inspirowany relacjami znalezionymi w internecie oraz skrajnie odmiennymi opiniami znajomych. Postanowiłem w 2016 roku dopiąć swego i zobaczyć choćby przez chwilę tę krainę.

Do tej pory coś zawsze stawało na przeszkodzie.

Gdy tylko w lutym 2016 roku pojawiły się tanie bilety lotnicze z Katowic do Kutaisi nie zastanawiałem się pięciu minut i je zakupiłem.... wyjazd w październiku. I powiem szczerze, że nawet na wyjazd do Hiszpanii w wakacje tak nie oczekiwałem, jak na październikowy, sprint po Gruzji.

Sprint, z tego powodu, że zaplanowany wylot był o godzinie 23.55 w piątek a powrót we wtorek o godzinie 7.00.

Czytając relacje w necie, ciężko wybrać, co zobaczyć w tak krótkim czasie. Wybór ogromny.

Ja postanowiłem, że zobaczymy morze, góry, byłą i obecną stolicę. I to wszystko w 3 pełne dni - do przejechania około 1100 km :)

I chociaż były chwile grozy i już żegnaliśmy się z rodziną i ze sobą wróciliśmy cali, zdrowi i zadowoleni.
Chwile grozy były w momencie powrotu z Kazbegi....ale o tym w dalszej części :)

Nastał ten dzień ... 14.10.2016

Dojazd na parking pod lotniskiem w Pyrzowicach (swoją drogą polecam dobry parking Paradise).

Szybka odprawa. I punktualny wylot.

Na miejscu w Kutaisi meldujemy się dużo przed planowanym czasem. Samolot leciał tylko 2.35 minut.

Przed wylotem zarezerwowałem bilet georgianbus.com do Batumi.

Na lotnisku trzeba odebrać papierowy bilecik i udać się do kierowcy.

Wszystko sprawnie i bezproblemowo.

Około 7.30 zameldowaliśmy się w Batumi w okolicach Wieży Alfabetu.

W Batumi oczywiście lało. Gdy na lotnisku rozmawialiśmy z Gruzińką odradzała wyjazd do Batumi w tym okresie z uwagi na deszcz. Ja jednak chciałem zobaczyć Morze Czarne.

Przeszliśmy przez miasto w otoczeniu kałuż i parasolek, znaleźliśmy kantor. Wymieniliśmy dolary po dosyć dobrym kursie - 238 lari za 100 dolarów. I udaliśmy się do Eka Guest House.

Ubiegam fakty - nie spaliśmy tam w nocy, jednak cena noclegu była tak śmiesznie niska, że warto było wynająć tam pokój choćby po to żeby się odświeżyć, zdrzemnąć i przechować bagaż.

Postanowiliśmy pierwsze kroki skierować do polecanej na TripAdvisor kawiarni Coffee Room przy numerze 13 Memed Abashidz.

Kawa super, ciastka super, wystrój super. Mnóstwo książek - jeśli ktoś zna gruziński to wspaniałe miejsce :)

Po dostarczeniu odpowiedniej dawki kalorii, morale wzrosły. Ruszyliśmy zatem pośród deszczu na obejrzenie kilku punktów tego czarnomorskiego kurortu.

Chacha Tower - położona tuż przy Morzu. W centralnej części Batumi. Wieża ma około 25 metrów i jest repliką wieży zegarowej, która stała w tym miejscu na początku 20 wieku. Obecna wieża jest swoistą fontanną i podobno raz w tygodniu o 19 leje się z niej czacza. Wszyscy tak mówią, ale nikt nie widział i nie spróbował... nam też to nie było dane.

Tuż obok stoi majestatyczny pomnik Alfabetu gruzińskiego. Dziwna, ale ciekawa budowla. Można wejść na górę za grosze. Wieża została wybudowana w 2012 roku i ma aż 130 metrów i jest dedykowana alfabetowi gruzińskiemu, z którego Gruzini są bardzo dumni (taki wniosek, bo elemety alfabetu są na każdej pamiątce z Gruzji).

Drogowskazy skutecznie wskazują kierunek.

Mijamy gigantyczne szklane budowle hoteli i biurowców. Zdania czy to ładne czy brzydkie są podzielone. Mnie się podobają i uważam że pasują do tego miejsca.

Na plaży tłumów brak. Parawanu nie musieliśmy rozbijać.

Piesek ze zdjęcia powyżej towarzyszył nam przez kilka godzin spacerów po Batumi. Co ciekawe po opuszczeniu busika towarzyszył nam inny pies - odprowadził nas pod Guesthouse. A potem pojawił się kolejny - właśnie ten.

Nie wiem jaka jest historia tych psów - chodzą sobie wolno, ale mają chip w uchu, no i są zadbane...


Idziemy dalej przez naprawdę ładną promenadę. Ciekawe co tu się dzieje gdy jest sezon i jest ciepło...

Teraz jesteśmy tylko my. Można napawać się ciszą...

Co ciekawe, temperatura powietrza około 12 stopni, deszcze... a temperatura morza grubo ponad 20...

Idąc promenadą mijamy coraz to dziwniejsze "pomniki". Jak dla mnie hitem są buty koszykarskie...

Promenada zachwyca ładem i porządkiem.
Czystość wręcz onieśmielająca.
A zaprojektowane alejki, roślinki w pobliskim parku budzą podziw...


Dalej przeszliśmy w okole Delfnarium.

Pokaz niestety był dopiero o godzinie 16.

Sam pokaz jest za grosze - 15 lari.

Największą atrakcją nad którą najmocniej się zastanawialiśmy była możliwość popływania z delfinami.

Pomimo kiepskiej pogody była taka możliwość. Zdecydował jednak koszt - może i niezbyt duży porównując tego typu atrakcje w innych częściach świata, ale jednak dość wysoki - 150 lari za osobę dorosła i 100 lari za dziecko... może innym razem.

Dalej szliśmy w kierunku Muzeum Archeologicznego. Po kilkuset metrach od promenady widoki nie były już tak zniewalające, ot domy, bloki, obrapane i często zaniedbane.

W sąsiedztwie oczywiście ładny nowy hotel.
Różnorodność w Batumi może zadziwiać. Nowoczesne budowle w połączeniu z pospolitym dziadostwem. Ale ma to swój jakiś klimat..
No i oczywiście na każdym rogu maleńki targ z kilkoma straganami, gdzie można kupić owoce, warzywa i ...kasztany

W Muzeuem Archeologicznym byliśmy chwilę. W sam raz by odpocząć od deszczu, który na szczęście ustawał z każdą minutą. Kolekcja niezbyt duża, ale ciekawa. Koszt biletu 3 lari.

Następnie odwiedziliśmy restaurację by coś przekąsić.

Wstąpiliśmy do takiej, gdzie było sporo miejscowych. Niestety nie Gruzinów :)

Okazało się to dopiero wtedy, gdy zwróciliśmy uwagę, że mężczyźni siedzą w jednej części restauracji a kobiety w drugiej części oraz gdy kelnerka spytana o piwo parsknęła śmiechem...

Tak... trafiliśmy do knajpy tureckiej, przy ul.Chavchadze w pobliżu Muzeum Archeologicznego.

Kebab był z prawdziwej baraniny :) Ceny symboliczne. Dwa obfite mięsne posiłki+cola+baklawa= 40 zł

Po posiłku, notabene bardzo dobrym. Chwila dla ducha i wstąpienie do Katedry Matki Bożej.

I po zakupieniu tradycyjnych gruzińskich chlebków udaliśmy się do naszego Guest House na chwilę (no może dłuższą) odpoczynku.

Batumi zyskuje nową odsłonę wieczorem. Wszystko bardzo ładnie oświetlone.

Deszcz na szczęście nie padał...



Na wieczorną kolację poszliśmy do polecanej na TripAdvisor oraz na forum fly4free restauracji Porta Franco. Gdzie chaczapuri pieczone jest w prawdziwym kamiennym piecu.

Faktycznie jedzenie bardzo dobre. Chaczapuri - genialne. Chciałem spróbować adżarskiego - z jajkiem. Kelner mówił, że zrozumiał o co mi chodzi po czym przyniósł z samym mięsem. Do tego wzięliśmy pielmieni (chinkali o dziwo nie mieli). Kelner spytał, czy ma być ze śmietaną bo tak najlepiej smakują. Powiedzieliśmy, że tak.. po czym przyniósł bez śmietany :) Ot Gruzja. Jednakże obsługa tak miła, że aż nie można się było denerwować. Luz...

Do tego świetne gruzińskie wino... Do tego świetne gruzińskie piwo... potem jeszcze zasmażany ser gruziński... Ot bajka...Ot Gruzja....
Oczywiście ceny symboliczne (chaczaupuri+pielmieni+ser smażony+5 piw+wino = 60 zł).
Po krótkim ponownym spacerze przez oświetlone Batumi poszliśmy do naszego pokoju po bagaże i po północy poszliśmy poszukać taksówki.

Jeszcze godzinę wcześniej na Skwerze Puszkina stało ich mnóstwo. Gdy przyszliśmy po północy stały tylko 3. Więc nasze negocjacje co do ceny za przejazd na dworzec kolejowy były skazane na porażkę. Za 7 lari gość w zdezelowanym aucie z Japonii podwiózł nas pod wejście.

Pomimo, że pociąg miał odjazd o 1.35 a my byliśmy o 0.35 pociąg już stał i czekał.
Przed nami 5,5 godziny podróży do Tbilisi.
Liczyłem na wagon sypialny. Był zwykły, ale fotele można było rozłożyć jak w klasie biznes. Prawie do pozycji poziomej.

Punktualnie o godzinie 7.00 przywitało nas Tbilisi...

cdn...

https://daaleko.blogspot.com/

Obrazek użytkownika rafgrzeg
Poznający Kaukaz
Niedostępny
Ostatnio był(a): 2 lata 8 miesięcy temu
Dołączył: 05.10.2016 - 21:46
22 Październik, 2016 - 18:32

Re: Relacja ze sprinterskiej wizyty w Gruzji

Dojechaliśmy do Tbilisi punktualnie.

Można regulować zegarki wg kolei gruzińskiej. Może ktoś z PKP tam pojedzie i spyta jak to się robi...
Niestety przegapiłem stację Didube.
Naszym celem na ten dzień było Kazbegi zwane Stepancminda (obecna oficjalna nazwa).
Wysiedliśmy na głównej stacji w Tbilisi - taki Dworzec Centralny.
Oczywiście stąd do Kazbegi nie można się było dostać. Obskoczyli nas taksówkarze. Za 5 lari chcieli nas podwieźć do Didube. Poszliśmy jednak pieszo...

Oczywiście przez targ, gdzie kupiliśmy genialne sery i jeszcze bardziej genialne wino w butelce plastikowej po wodzie. Jak się okazało wieczorem opakowanie to nic... najważniejsza jest zawartość, a ta była genialna.
Psy o 7 rano nie chciały nam towarzyszyć. Smacznie sobie spały.

Po dotarciu na Didube obskoczyli nas taksiarze. My szukaliśmy marszrutki. Z każdym naszym krokiem cena u taksiarzy malała. Zaczynała się od 200 lari. Przy 70 już zaczęliśmy się zastanawiać nad tą formą. Ostatecznie skończyło się na 50 lari za przejazd 150 km wygodną toyotą 4x4.

Dodatkowym plusem było to, że kierowca zatrzymał się 3 razy na trasie do Kazbegi.
Pierwszy przystanek to zamek Ananuri - świadek kilkunastu bitew.
Trzeba przyznać, że bardzo ładnie odnowiony.

W otoczeniu pięknych błękitnych wód zalewu żinwalskiego robi wrażenie.


Widoki z każdym kilometrem coraz bardziej rozpieszczały oczy.

Góry stawały się coraz wyższe.

Pogoda coraz lepsza. A temperatura coraz niższa.

Piękne niebieskie niebo nie wskazywało kłopotów, które miały nastąpić w kolejnym dniu.
Punktem kulminacyjnym Gruzińskiej Drogi Wojennej - jedynej drogi łączącej Rosję z Gruzją, jest przełęcz Krzyżowa.

Najwyższy punkt na drodze położony jest na wysokości 2379 m n.p.m

Majestatycznie...

Po drodze mijaliśmy około 10 km kolejkę ciężarówek czekających na dojazd do granicy z Rosją (była niedziela).
Trasa dzisiaj przebiegała bez problemowo. Oczywiście po drodze na drodze były mnóstwo zwierząt...
Konie, osły, owce, krowy...

Wyprzedzanie na trzeciego, na czwartego...

Klaksony...

O dziwo kierowca nie palił w samochodzie... wykorzystywaliśmy na to postoje...

Po dojechaniu i zapłaceniu 50 lari rozpoczęliśmy szukanie Maji Sujashvili.

Kobiety polecanej na wielu polskich forach.

Szukaliśmy dosyć kilkanaście minut. Wszyscy znali, wszyscy tłumaczyli jak dojść, ale nie mogliśmy znaleźć. Dopiero sama Maja słysząc język polski wyszła nam na przeciw.

Musicie uważać bo korzystając z dużej popularności Maji w Polsce, w Kazbegi podszywa się pod nią wiele innych Mai :)

Maja ma stronę na Facebooku

https://www.facebook.com/profile.php?id=100007525424482&ref=ts&fref=ts

Jest z nią bardzo dobry i szybki kontakt.

Dodam, że nocleg u Mai kosztuje 25 lari za osobę. Śniadanie 10 lari. Obiad 15 lari.

Dom z zewnątrz wygląda... średnio. Ale dom to ludzie, a Maja jest genialną osobą...
Jest bardzo czysto. Pościel pachnąca. Wifi działa świetnie. Jedynie co, teraz już wiem że Mai trzeba przypominać cały czas o posiłkach. Ja przez FB pisałem jej, że chcemy obiad i śniadanie. Niestety Maja zapomniała o tym... trudno. Zjedliśmy resztki po innych gościach z Polski :)

Po krótkim ogarnięciu się i zapoznaniu się z inną parą z Polski ruszyliśmy z nimi w góry.

Niestety było już dosyć późno. Pierwotnie myślałem, że uda się dojść do Stacji Meteo. Jednak już teraz wiedziałem, że nie będzie to możliwe.

Wyszliśmy w 4 osoby do "centrum" Kazbegi. Szybko złapaliśmy gościa z terenówką i nie tracąc czasu na mało atrakcyjne podejście pod Cminda Sameba, czyli majestatycznego monastyru prawosławnego położonego u stóp Kazbegu.

Po kilkunastu minutach dojechaliśmy terenówą pod Kościółek.

Zapłaciliśmy za 4 osoby 40 lari.


Kościółek znajduje się na wysokości 2170 m n.p.m
Cel wielu wypraw czyli Kazbek ma wysokość 5033 m npm

Sam monastyr, jak monastyr. Bardzo maleńki i w sumie nieciekawy. Jednak w tych otoczeniach przyrody robi tak ogromne wrażenie, że chciałoby się na niego patrzeć i podziwiać bez końca... W środku jeden mnich, który pilnuje porządku. M.in tego, żeby żadna kobieta nie weszła do środka w spodniach oraz żeby nie robić zdjęć w środku.



Z naszymi nowo poznanymi znajomymi Martą i Michałem postanowiliśmy, że pójdziemy chwilę szlakiem na Kazbek. Była już dosyć późna pora (13.00) więc postanowiliśmy, że pójdziemy około 1,5h w jedną stronę a następnie zawrócimy.

W zasadzie doszliśmy do nikąd... ale i tak było fajnie :)

Po drodze mijamy ostrzeżenie, że Kazbek, nie lubi singli...

Kilka kroków dalej mijamy tablicę pamiątkową. 4 Polaków zginęło schodząc z Kazbeka. Jak widać Kazbek nie lubi nie tylko singli...

Droga pięła się coraz to wyżej.

Pogoda zmieniała się z każdą sekundą.

Chmury spowiły góry.

Mgła przysłaniała widok.

Z nieba zaczynał powoli lecieć drobniutki śnieg.

Tylko psy nie wzruszenie leżały.

Gdy tylko nas zwietrzyły oczywiście doczepiły się do nas. Przeszły jeszcze z nami kilkanaście minut w górę. Poczym wróciły również z nami w dół.

Szczerze przyznam, że powietrze stawało się coraz bardziej gęste. GPS pokazywał, że byliśmy na 2600 nie wiem czy to prawda, i trochę nie wydaje mi się żeby tak było...

Zawracamy.

Droga w dół na tym etapie łatwa i przyjemna.

Doszliśmy do spowitego w mgle monastyru.

Droga w dół od Kościoła jest trudna. Stromo, ślisko....

Ale udało się dojść do Gergeti a następnie do Kazbegi.


Uzupełniliśmy zapasy chleba, wina i piwa w pięknym markecie...

Po czym udaliśmy się do Mai domu.
U Mai spotkaliśmy świetnych Polaków. Oprócz już wcześniej spotkanej pary, z którą byliśmy w górach. U Maji nocowała trójka przesympatycznych Polaków z Jasła.

Genialni ludzie.

Rozmowy Polaków przy gruzińskich specjałach trwały do późna...

Nic nie wskazywało na to, co będzie się działo następnego dnia.

Poranek przywitał nas solidną porcją śniegu. Tak na oko z 15 cm. Do tego temperatura około -5 stopni. I mamy przepis na nieprzejezdne drogi...

W zasadzie nie powinno to dziwić zważając na fakt że jesteśmy prawie 2000 m npm a tydzień wcześniej spadł śnieg w Zakopanem... ale jednak dziwiło.

Maja zadzwoniła do gościa - mieliśmy mieć marszrutkę o godzinie 10. Oczywiście marszrutka stała. Jednak gość powiedział, że z nim nie pojedziemy. Zabrał miejscowych a nam powiedział, że za chwilę będzie inna marszrutka, że on już dzwonił, żeby tamten kierowca nas zabrał.

Do 11.30 nic nie pojawiło się. Pogoda z każdą chwilą stawała się coraz gorsza. Temperatura spadała. Śniegu przybywało. Droga pokryła się lodem...

Ceny taksówek wzrosły do 200 lari (i co ciekawe nie spadały).

My musieliśmy się wydostać z Kazbegi... jacyś Anglicy załatwili gościa z terenówką za 200 lari. Po chwili rozmowy z kierowcą cena dla naszej dwójki spadła do 60 lari (wy druzja z Polszy!). Anglicy zapłacili resztę...

Pożegnaliśmy się z naszymi znajomy z Polski, którzy postanowili czekać na marszrutkę... nie wiem czy wyjechali w tym dniu z Kazbegi.

Droga była masakryczna. Lód na drodze. Auta bez łańcuchów stawały w poprzek. Tiry zablokowały drogę. Auta wpadały do rzeki.

Policja zablokowała drogę tuż przed przełączą. Nie wpuszczane były przynajmniej w teorii aut bez łańcuchów. Nasz samochód nie miał łańcuchów ale był 4x4 i jechaliśmy śmiało. Wjazd na przełęcz był trudny, ale dla naszej terenówki prawie niezauważalny.

Jednak zjazd z przełęczy to masakra. Zapięte wszystkie koła na nic się zdawały. Kilka razy otarliśmy się o lny zabezpieczające drogę przed spadnięciem w przepaść.

Z samej przełęczy zjeżdżaliśmy około godzinę.

Po drodze mijając ogromne stado owiec...

Około 15 dojechaliśmy.

Spoceni z wrażeń...

Udało się, żyjemy...

Z Didube pojechaliśmy marszrutką do Mcchety.

Z Tbilisi Didube, dokąd przywiózł nasz wybawca, pojechaliśmy marszrutką do Mcchety.

Koszt 1 lari - bilet trzeba zakupić w kasie biletowej i przy wyjściu dać kierowcy.

Jedzie się około 15 minut.

Wszyscy w busiku pokazali nam gdzie mamy wysiąść, kazali się zatrzymać kierowcy w najlepszym miejscu do zwiedzenia kościołu...

Po posileniu się w pobliskiej piekarni przepysznymi bułeczkami a'la pizza oraz a'la hotdog (jednak nie mającymi w smaku nic wspólnego z oryginałami). Nota bene genialne w smaku.

Na początek poszliśmy do Katedry Sweti Cchoweli.

Obecnie mówi się, że Mccheta, niegdysiejsza stolica Iberii, jest religijną stolicą Gruzji.

Miejsce, gdzie powstała Katedra to wg legendy miejsce święte, które wybrała Św. Nino, która spowodowała, że Gruzja była drugim państwem na świecie, które przyjęło chrześcijaństwo.




Na poniższym zdjęciu widzimy inny monastyr znajdujący się w pobliżu. Monastyr Dżwari.

Za jedyne 10 lari taksówkarze chętnie zawiozą was tam...

W Katedrze tej przez wiele wieków chowano władców Gruzji.

Dalej poszliśmy do drugiego ważnego punktu na mapie Mcchety. Monastyru Samtawro.

Jest to jeden z najstarszych monastyrów w Gruzji.

Jest on ściśle powiązany ze Św. Nino.

Podobno pierwsze wzmianki o klasztorze w tym miejscu pochodzą z IV wieku.

Obecnie klasztor w maleńkich budynkach zamieszkują mniszki.

W środku nie można robić zdjęć.
Do Tbilisi wróciliśmy tak jak przyjechaliśmy. Marszrutka - 1 lari. I po 15 minutach jesteśmy na Didube.
Tam wskakujemy w metro.
Trzeba kupić kartę na metro - koszt zwrotny 2 lari. 1 przejazd metrem 0,5 lari.
Kartę można oddać kiedy się chce. My zostawiliśmy swoje. Bo zamierzamy do Gruzji wrócić :)

Samochody w Gruzji to oddzielny temat.

Kierownice po obojętnie jakiej stronie. Zderzaki to zbędna sprawa.

My wyjściu z metra poszliśmy do Sobory Trójcy Świętej.
Budowla robi wrażenie.

Sam budynek jest bardzo młodą budowlą - powstawała w latach 1995 - 2004.

Co ciekawe jest to największa świątynia prawosławna na świecie. I największy budynek sakralny w Gruzji.

Wylot z Kutaisi mieliśmy o 6.00.
O 23.00 mieliśmy marszrutkę GeorgianBus.com z Placu Puszkina.

Była godzina 17
Powolnym krokiem udaliśmy się w stronę starego miasta Tbilisi.

W oddali widoczna - Matka Gruzja.




Wolno pochodziliśmy po oświetlonym Tbilisi, zjedliśmy kolację przy akompaniamencie gruzińskich muzyków i udaliśmy się na Plac Puszkina, gdzie czekał na nas georgianbus.

Lotnisko w Kutaisi pokazało się nam po około 4 godzinach jazdy.
Lotnisko maleńkie nie było nawet gdzie usiaść.
Dopiero gdy wezwali do odprawy podróżnych udających się do Budapesztu, to trochę się przerzedziło.

Po 3.30 minutach zameldowaliśmy się na lotnisku w Pyrzowicach...

Podsumowanie:

Sprinterskie tempo zwiedzania Gruzji dało jedynie posmakować klimatu Gruzji.
Cudowne zabytki.
Całkiem fajny kurort Batumi a w nim ciekawe kamieniste plaże i cudowna promenada.
Przepiękne acz zaskakujące góry. Majestatyczne i groźne, jak się okazało.
Bardzo ładne, zadbane Tbilisi i Mccheta.
Znakomite jedzenie. Przepyszne wino i piwo.
Tanio.
Gościnni ludzie. Bardzo mili i towarzyscy. Uwielbiający Polaków (z wzajemnością).

Na pewno tam wrócimy. W bliższej lub dalszej przyszłości, ale wrócimy.

Tym razem na dłużej...

Dziękuję za uwagę :)
Koniec

https://daaleko.blogspot.com/