Twoje konto

GTranslate

Gruzja w 9 dni; Cminda Sameba, Juta, Swanetia

4 wpisów / 0 nowych
Ostatni wpis
Obrazek użytkownika Marekm
Nowicjusz
Niedostępny
Ostatnio był(a): 2 lata 8 miesięcy temu
Dołączył: 10.08.2015 - 13:48
10 luty, 2016 - 21:25

Gruzja w 9 dni; Cminda Sameba, Juta, Swanetia

Cześć !

Chciałbym podzielić się z Wami relacją z zeszłorocznej wyprawy do Gruzji. Mam nadzieję, że nasze doświadczenia pomogą kolejnym czytelnikom w zaplanowaniu ich pobytu w Gruzji, bo naprawdę warto tam pojechać.
Przy planowaniu przyjęliśmy kilka założeń: głównym naszym celem był trekking, poza tym wyjazd miał być niedrogi, na około 10 dni we wrześniu (kiedy mniej pada). Chcieliśmy popróbować miejscowej kuchni, poznać ludzi, zobaczyć jak żyją. Dlatego żadnych noclegów nie rezerwowaliśmy. Praktycznie, wszędzie gdzie byliśmy, po pytaniu o możliwość noclegu, dostawaliśmy jakąś rekomendację, bądź byliśmy nań zaprowadzani. Poza tym chcieliśmy zobaczyć jakiś w miarę reprezentatywny kawałek Gruzji. Stąd wyszedł całkiem intensywny plan, który udało się nam zrealizować:

Dzień 0 – Wylecieliśmy 31 sierpnia wieczorem z Warszawy do Tbilisi w grupie czteroosobowej.

Dzień 1 – Tbilisi – Stepancminda – Cminda Sameba

Samolot wylądował chwilę po czwartej. Na lotnisku, tak jak wielu przyjezdnych wymieniliśmy przywiezioną walutę (EUR/USD) na miejscowe lari (GEL) (kurs około 1 PLN =1,63 GEL) oraz zakupiliśmy kartę telefoniczną. Lotnisko jest około 20 km od centrum, a pierwszy autobus (linii 37 - http://transiten.ttc.com.ge/) odjeżdża dopiero o 7:00, więc jak ktoś nie chce czekać, to pozostaje mu wzięcie taksówki za 30 lari. Nam udało się złapać podwózkę do centrum u świeżo poznanego Gruzina, którego zresztą na końcu wyprawy odwiedziliśmy w Kachetii. Aby nie tracić czasu po przylocie, jeszcze w Warszawie zamówiliśmy transport do Stepancmindy (namiary na Biesika tel. +995 579 544 031 znalazłem w innym wątku polecam, ma opla kombi, jeździ spokojnie, rozmawia po rosyjsku; koszt Tbilisi-Stepancminda - 150 lari, gdyby z lotniska +30 lari). Przed opuszczeniem Tbilisi jeszcze podjechaliśmy na dworzec kolejowy, aby kupić bilety do Zugdidi. Czteroosobowy przedział sypialny kosztował 84 lari. Aktualny rozkład kolei gruzińskich można znaleźć na stronie: http://www.railway.ge/?web=1&action=page&p_id=479&lang=eng;
Z Tbilisi wyjechaliśmy dopiero po 7:00 (musieliśmy poczekać na otwarcie kas). Jadąc Gruzińską Drogą Wojenną zatrzymaliśmy się przy:

  • Klasztorze w Jvari[/*]

  • twierdzy Ananuri[/*]

  • i na przełęczy Krzyżowej.[/*]

Zaletą wynajęcia auta z kierowcą jest możliwość posłuchania opowieści kierowcy, z czego oczywiście skorzystaliśmy. Biesik dowiózł nas do Stepancmindy prosto pod dom znajomego, gdzie na wejście dostaliśmy śniadanie. Standardowo za nocleg z obiadokolacją i śniadaniem w odwiedzanych „guesthousach” płaciliśmy 40 lari na osobę. Praktycznie wszędzie był prysznic z ciepłą wodą oraz za dodatkową opłatą (zwykle 5 lari) była możliwość zrobienia prania.
Gdybyśmy nie wynajęli auta, musielibyśmy z lotniska dojechać do centrum Tbilisi i dalej metrem do dworca Didube (warto zakupić kartę miejską za 2 lari i ją doładować, jeden przejazd 0,5 lari) gdzie pewnie dopiero między 8:00 a 9:00 złapalibyśmy pierwszą marszrutkę (odjeżdżają po zapełnieniu się; koszt 10 lari bez zwiedzania, a 15 lari z krótkim postojem w Ananuri i na przełęczy; czas przejazdu 3 – 4 h).
Pierwszego dnia mieliśmy w planie przejść się w kierunku Kazbeka i z powrotem. Wyszliśmy około 11:00. Droga do klasztoru Cminda Sameba zajmuje około 1-1,5 h w zależności od kondycji. Lepiej podchodzić ścieżką zamiast stokówką ze względu na duży ruch aut i kurz, który wzbijają (koszt wjazdu z centrum Stepancmindy to 40-50 lari za auto).

Widok klasztoru Cminda Sameba z górą Kazbek są dla mnie wizytówką Gruzji. Sam klasztor dane mi było odwiedzić w kwietniu, późnym wieczorem. Na zewnątrz było zimno i śnieżnie, a w środku cisza z szumem ognia z kozy i dwóch mnichów medytujących, przygotowujących się do prawosławnej Paschy. Jest to miejsce szczególne.

Od klasztoru podeszliśmy dalej trochę do góry (niecałe dwie godziny), aby mieć lepszy widok na otaczające góry, w tym Kazbek.

W dole Stepancminda.

Dzień 2 – Stepancminda – Juta – Tbilisi

Przed południem zaplanowaliśmy przejażdżkę rowerami do Juty, a po południu powrót do Tbilisi i dalej przejazd nocnym pociągiem w kierunku Swanetii.
W centrum Stepancmindy znaleźliśmy dwie wypożyczalnie. Bez problemu udało się dopasować rowery. Koszt wypożyczenia wyniósł 15 lari za rower na dzień.
Droga do Juty wiedzie przepiękną doliną Sno i ma około 20 km w jedną stronę.

W większości jedzie się po płaskim, tylko na ostatnim odcinku musieliśmy trochę rowery podprowadzić.

Sama Juta też ma swój niepowtarzalny urok. Chce się tam wrócić na dłużej.

Powrót był niespodziewanie szybki, z górki zjeżdżało się wyśmienicie. Dobrze, że mieliśmy dobre hamulce tarczowe. Do Stepancmindy wróciliśmy przed 14:00.

Przy śniadaniu zgodziliśmy się, że do Tbilisi odwiezie nas znajomy naszego gospodarza (tam każdy ma znajomych). Rzeczywiście o 15:00 podjechał pod nasz dom bus i po chwili wyruszyliśmy. Lecz dojechaliśmy jedynie do centrum i stanęliśmy. Zaczęło się poszukiwanie dodatkowych pasażerów. Nas była czwórka, a miejsc osiem. Udało się tylko znaleźć dwie dziewczyny, ale wyjechaliśmy ze Stepancmindy dopiero po godzinie oczekiwania, po wyrażeniu przez nas groźby opuszczenia pojazdu. Kierowca twierdził, że umówił się z innymi turystami na podróż i musiał na nich czekać. Gdybyśmy po prostu poszli do centrum, to odjechalibyśmy od razu. Morał: nie zawsze warto zawczasu umawiać się na podwózki.

Wyjechaliśmy z Tbilisi o 21:10. Podróż się dłużyła (ponad 9 godzin) i była męcząca z powodu upału. Gdy tylko pociąg stawał (a stawał wiele razy) to klimatyzacja się wyłączała. Więc co stacja musieliśmy prosić konduktora, aby ją włączał (a działała kiedy pociąg był w ruchu).

Dzień 3 – Mestia – jez. Koruldi

Pociąg do Zugdidi dojechał zgodnie z planem na 6:25. Bezpośrednio pod dworcem na turystów czekały już busy do Mestii. Sama droga do Mestii trwała około 3 godzin i nas kosztowała po 20 lari za osobę. Byliśmy trochę zaspani i niestety nie dogadaliśmy się z kierowcą, aby po drodze zjechać i zobaczyć zaporę na Ingurii – szkoda, trzeba będzie wrócić tam kolejnym razem.
Tak jak napisałem, nigdzie nie robiliśmy rezerwacji noclegów choć mieliśmy adresy polecanych gospodarzy. W Mestii chcieliśmy zanocować u Keti Margiani, lecz nie udało się, miała komplet. Zamieszkaliśmy zatem obok, nie inaczej a u jej znajomych (koszt po 45 lari).

Tego dnia niezbyt wyspani zdecydowaliśmy się na trekking na jeziorka Koruldi. Trasa pod górę wiodła w większości drogą, po której minęło nas kilka samochodów z turystami żądnymi widoków. Ponieważ na górę można dojechać 4x4, więc na górze na miejscu widokowym koło krzyża niestety nie było pusto.

Do jeziorek jednak nie doszliśmy. Trochę wcześniej się rozsiedliśmy żeby pokontemplować widoki, w tym charakterystyczną Usbę.

W dole widać platformę, z której roztacza się piękny widok na Mestię i góry wokół.

W dół zaczęliśmy schodzić ścieżką prowadzącą granią (na który, żeby nie wracać drogą którą przyszliśmy). Po 200 m ścieżka znikła. Zejście przypominało schodzenie z Lackowej, od drzewa do drzewa, tylko było trochę stromiej. Dobrze, że nie było mokro.

Dzień 4 – Mestia – Ushguli – lodowiec pod Scharą

Dzień rozpoczęliśmy śniadaniem zaserwowanym nam w ogrodzie. W planie mieliśmy przejazd do Ushguli i trekking pod Scharę. Znalezienie transportu nie sprawiło żadnego kłopotu. Zanim dotarliśmy do centrum Mestii wpadliśmy na młodzieńca o imieniu Goga (tel. +995 598 771 846), który wybierał się do Ushguli z pocztą i jakimiś paczkami. Po dokooptowaniu jeszcze kolejnych trzech turystów ruszyliśmy. Podróż zabrała nam niewiele ponad dwie godziny i kosztowała po 30 lari za osobę. Droga, wbrew różnym opiniom przeczytanym na necie, nie wywoływała trwogi. Goga prowadził szybko i bezpiecznie, polecamy. Większe emocje mieliśmy jeżdżąc marszrutkami.
Zgodnie ze zwyczajem, poprosiliśmy o pomoc w znalezieniu noclegu. W efekcie w Ushguli czekał na nas starszy kulturalny i elegancko ubrany pan o imieniu Timur, który nas zaprowadził na kwaterę (Ratiani Odiszar, tel. +995 591 816 830 lub +995 591 810 454).

Rodziny u których mieszkaliśmy zwykle były wielopokoleniowe. Miło było na nich patrzeć i z nimi rozmawiać. Wieczorem wspomniany dziadek dowiedziawszy się, że jesteśmy z Polski obdarował nas karafką przedniej czaczy. Podczas kolacji kilka razy do nas zachodził, aby sprawdzić czy czacza nam smakuje i aby wznieść właściwy toast, zgodnie z miejscowymi zwyczajami. Zostaliśmy też zaproszeni na Jego 85 urodziny w styczniu, na które niestety nie udało nam się dotrzeć.
Trekking pod Scharę okazał się bardzo przyjemnym spacerem.


Dzień 5 – Ushguli – Latpari

Tego dnia czekała nas wędrówka z plecakami. Mieliśmy wejść i przejść się pasmem Swaneckim do przełęczy Latpari, potem ewentualnie zejść w kierunku na Mami. Na samym początku trasy, tuż za Ushguli dołączył do nas na dwa dni serdeczny przyjaciel, który jak się potem okazało upodobał sobie nasze kabanosy. Zwierzę było zadbane, ułożone i nie było widać, żeby mu się źle powodziło.

Widokowo, był to jeden z najładniejszych dni naszej wyprawy. Z Gór Swaneckich perspektywa pasma granicznego z pięciotysięcznikami i dolinami pod nimi wyglądała pięknie i imponująco.

Wędrówki po górach Kaukazu pozwalają odczuć potęgę i majestat gór. W trakcie wędrówki, tego dnia spotkaliśmy jedynie parę z Singapuru. Poza tym cisza, lekki wiatr i słońce.

W dole widoczne Ushguli.

Nie mieliśmy ochoty zbyt szybko schodzić na dół, więc zanocowaliśmy nieopodal przełęczy Latpari.
Dobrze w trakcie podejścia wziąć wodę, bo z przełęczy daleko jest do pierwszego czynnego źródła. Wieczorem pogoda zaczęła się zmieniać. Z trzech stron zaczęły dochodzić do nas odgłosy burzy, trzech burz. Słychać było pioruny, w dali rozbłyski. Szczęśliwie dla nas burze zatrzymały się za górami. Nam namiot zmoczył jedynie lekki deszcz.


Dzień 6 – Latpari – Chvelpi – Lentekhi – Kutaisi – Martvili

Temperatura w nocy spadła prawie do zera. Ranek powitał nas rześkim słońcem. Po burzach nie było śladu.

Na śniadanie mieliśmy wyśmienite kaszki z musli zalewane wrzątkiem z wulkana (patyki zebraliśmy dnia poprzedniego w trakcie podejścia). Polecamy ten czajnik (http://www.survivalkettle.pl/produkty/). Litr wody gotuje się w nim w ciągu 4 minut.

Przez przełęcz Latpari od zeszłego roku przechodzi droga z Kala do Chvelpi (zbudowana została chyba przy okazji budowy linii energetycznej). Widząc tę drogę zmieniliśmy plany i postanowiliśmy zejść do Chvelpi.

Po około 2/3 drogi zabrała nas przejeżdżająca Toyota 4x4. Po negocjacjach koszt podwiezienia do Lentekhi wynegocjowaliśmy na 50 lari.

W Lentekhi o 16:00 złapaliśmy rejsową marszrutkę do Kutaisi (za 9 lari/osoba; 3 godziny) i dalej do Martvili wynajętym busem za 55 lari (trochę ponad godzinę).


Dzień 7 – Martvili – Tbilisi

W Martvili celem naszym było zobaczenie kanionu.

Dwudziestominutowe przepłynięcie pontonem kosztowało 60 lari. W samym kanionie panował orzeźwiający chłód (na zewnątrz solidny upał). Woda była zimna, ale dało radę popływać (temperatura podobnie jak w Bałtyku).

Miejscowi polecali nam również odwiedzenie wąwozu Gachedili, lecz nie mieliśmy już czasu. Czekał nas powrót do Tbilisi. Do Kutaisi wróciliśmy prywatnym samochodem za 30 lari i dalej do Tbilisi busem za 20 lari za osobę. Rozkład jazdy autobusów z Kutaisi: http://visitkutaisi.com/pl/travel-kit/transport.

W Tbilisi zanocowaliśmy w kwaterze prywatnej przy Placu Wolności (za 25 lari za osobę, ul. Iveria 3) z klimatyzacją i pianinem. Na obiadokolację wybraliśmy się do kultowej „Rachy” (polecamy tanio, smacznie i klimatycznie – ul. Lermontowa 6). Zażyliśmy też sauny (banie), a następnie zwiedziliśmy kawałek Tbilisi porą nocną.


Dzień 8,9 – Tbilisi – Kvareli– Nekresi – Tbilisi

Ostatnie półtora dnia spędziliśmy w Kvareli w Kachetii u Nika i Ani (Nika poznaliśmy na lotnisku). Przyjęli nas rodzinnie, bardzo serdecznie. Wieczorem była uczta, nie wiem czy była to supra, ale wino (toasty, śpiewy), szaszłyki, sałatki były i to w ilości nie do przejedzenia i wypicia. Ania zrobiła przepyszne pierożki chinkali.
Drugiego dnia zwiedziliśmy okolice Kvareli. Wykąpaliśmy się w miejscowym kurorcie, odwiedziliśmy pobliski klasztor Nekresi. Na koniec dnia, a w zasadzie w nocy Nika odwiózł nas na samolot do Tbilisi.

Dzień 10 – Powrót do Warszawy (PLL LOT 4:55 - 6:35)

Podsumowanie

Było pięknie … .
Wyprawa kosztowała nas w sumie niecałe 1.600 zł (w tym bilety lotnicze po 600 zł).
W trakcie wyprawy korzystaliśmy z map Geolandu oraz mapy Georgian Caucasus firmy terraQuest.
Językiem, w którym się porozumiewaliśmy był rosyjski. Przed wyprawą wzięliśmy też kilka lekcji gruzińskiego. Znajomość kilku podstawowych zwrotów i alfabetu gruzińskiego przydała się. Wywoływała też szeroki uśmiech na twarzach Gruzinów, kiedy próbowaliśmy nasze umiejętności wykorzystać. Jeżeli ktoś byłby zainteresowany lekcjami, to chciałbym polecić Joannę (Warszawa, tel: 663 759 517; mail: eval(unescape('%64%6f%63%75%6d%65%6e%74%2e%77%72%69%74%65%28%27%3c%61%20%68%72%65%66%3d%22%6d%61%69%6c%74%6f%3a%6a%6f%61%6e%6e%61%40%6a%65%7a%79%6b%69%6b%61%75%6b%61%7a%75%2e%70%6c%22%20%63%6c%61%73%73%3d%22%62%62%2d%65%6d%61%69%6c%22%3e%6a%6f%61%6e%6e%61%40%6a%65%7a%79%6b%69%6b%61%75%6b%61%7a%75%2e%70%6c%3c%2f%61%3e%27%29%3b'))).
Co do jedzenia w Gruzji, to trzeba powiedzieć, że wszystko było smaczne (w przyprawach króluje kolendra).
W relacji wykorzystałem zdjęcia z naszej wyprawy autorstwa Mariusza i Maćka.
A do Gruzji na pewno jeszcze wrócimy.

Pozdrawiam, კარგად იყავით,

Marek

Obrazek użytkownika Ansc
Poznający Kaukaz
Niedostępny
Ostatnio był(a): 3 lata 7 miesięcy temu
Dołączył: 10.02.2016 - 09:27
11 luty, 2016 - 11:49

Re: Gruzja w 9 dni; Cminda Sameba, Juta, Swanetia

Piękna fotorelacja.

Obrazek użytkownika Nanako
Amator Kaukazu
Niedostępny
Ostatnio był(a): 3 lata 10 miesięcy temu
Dołączył: 28.08.2015 - 14:36
25 Maj, 2016 - 23:53

Re: Gruzja w 9 dni; Cminda Sameba, Juta, Swanetia

Sporo jeźdżenia podobnie jak u nas było :-) Ale było warto :-)

Obrazek użytkownika kaska_4951
Amator Kaukazu
Niedostępny
Ostatnio był(a): 2 lata 1 miesiąc temu
Dołączył: 03.05.2015 - 18:47
31 Październik, 2016 - 19:37

Re: Gruzja w 9 dni; Cminda Sameba, Juta, Swanetia

Piękne zdjęcia :)