Twoje konto

GTranslate

Kilka dni w Swanetii

6 posts / 0 nowych
Ostatni wpis
Obrazek użytkownika buba
Dżigit
Niedostępny
Ostatnio był(a): 5 miesięcy 3 dni temu
Dołączył: 14.12.2011 - 18:59
28 Październik, 2016 - 12:53

Kilka dni w Swanetii

Kolejnego dnia ruszamy do Swanetii. Droga w strone Mestii jest czesciowo asfaltowa (dalej w głąb doliny z betonowych plyt) ale widac ze przyroda zaczyna ją juz gdzieniegdzie podgryzac, tu osuwisko, tu wymyte, tu ¾ jezdni zasypane lawina kamieni. Cala dzisiejsza trase bedzie jechac slalomem miedzy kamieniami i odlupanymi ze zboczy skalami, z ktorych niektore sa wielkosci telewizora. Dokladnie widac, ze gdyby ta droge zostawic bez podprawiania to za 5 lat jej nie bedzie. Przyroda sobie poradzi i szary pas cywilizacji zostanie pozarty przez strumienie, wodospady, splywajace bloto i wedrujace piargi. Wiec ludzie walcza, wygryzaja w skale to co polecialo w przepasc aby dalej dwa auta mogly sie swobodnie mijac. Dosc czesto sa jakies objazdy np. obwalonych, remontowanych wlasnie tuneli.

Niedaleko Zugdidi, jeszcze w terenie w miare rowninnym zwraca uwage fajny asfalt! Taki gruboziarnisty i dropiaty! :) Jeszcze takiego nie widzialam!

Mijane po drodze wioski sa niewielkie, o luznej zabudowie, czesto jakby na wpol opuszczone. Tylko trzy razy po drodze widzielismy jakies ogloszenia wynajmu kwater dla turystow. Wiekszosc zabudowy lezy ponizej drogi, w dolinach spienionych potokow. Jak na jedyna droge do kurortu zadeptanego przez turystow- to nie jest tak zle! :) Dlugi czas jedzie sie tez wzdluz zbiornika.

Wiekszosc dnia leje, przez co co chwile mozna cieszyc oko imponujacymi wodospadami.

Na obiad zatrzymujemy sie przydroznej knajpie stojacej w cieniu opuszczonych blokow.

Zamawiamy tu chinkali. Po knajpie biega gromadka znudzonych dzieci, ktorych glownym zajeciem jest zagladanie nam do talerzy , gapienie sie jak wol na malowane wrota i komentowanie z chichotem naszych gestow czy zachowan. Jest tez kilka pan w srednim wieku, ktore za wszelka cene probuja nam zabrac kabaka i ją nosic zeby nam nie przeszkadzala w posilku. Niestety nie potrafia zrozumiec, ze dziecko sobie siedzi i nie przeszkadza oraz ze istnieje zwrot: “dziekuje, nie” ktory powinno sie uszanowac. Niestety na tym etapie jeszcze nie wiemy ze jest to regula w gruzinskich lokalach gastronomicznych, ze nie mozna zjesc spokojnie posilku z wlasnym dzieckiem na kolanach lub w wozku bo zaraz stado wszelakiej masci pracownikow i ich pociotkow rzuca sie i probuje to dziecko prawie sila zabierac. Acz tu- nawet jak na gruzinskie warunki jest bardzo zle. Slowa “natrętni”, "upierdliwi" jest najlagodniejszymi i najbardziej cenzuralnymi slowami jakie mi przychodzily na mysl. Biegajace wokol dzieci sa cale usmarowane czyms co wyglada jak zielony tusz. Ciezko ocenic czy bawily sie mazakiem czy jest to jakies lekarstwo ktorym maja zasmarowane ukąszenia lub wysypke. Dziwna regularnosc malunkow sugeruje raczej druga opcje wiec na wszelki wypadek staramy sie trzymac kabaka z dala od nich. Ogolnie pobyt w knajpie jest dosyc nerwowy bo czujemy sie jak krowa na pastwisku, ktora musi sie caly czas odganiac od natretnych much, ktore wracaja jak bumerang… Ostatecznie chyba zostawiamy polowe obiadu bo wszystko staje nam w gardle i zaczynamy marzyc o suchym chlebie zjadanym w srodku lasu- w samotnosci, ciszy i spokoju.

Mijamy tez miejsce ktore jest chyba przelomem rzeki Enguri. Dzis przy wysokim stanie wody jest to cos przerazajacego. Nie przypomina to niczego co mielismy okazje kiedykolwiek wczesniej widziec. Brunatny, spieniony, huczacy zywiol. Ryk jest taki ze musimy do siebie krzyczec. Nurt co chwile rozbryzguje sie o kamienie tworzac gejzery kilkumetrowej wysokosci, nieraz ochlapujac nas, mimo ze jestesmy na wysokim brzegu, bardzo daleko od lustra wody. Stojac na brzegu czuc jak grunt drzy pod nogami. Ciekawe czy ktos potrafilby przeplynac to kajakiem? Ot taki rafting dla zaawansowanych :) Chyba tak musialy wygladac slynne dnieprowskie porohy, a zwlaszcza Nienasytec! Tylko ze tam rzeka duzo wieksza.. Zdjecia oszalalej rzeki Enguri nie oddaja w polowie grozy i klimatu tego miejsca- sa tylko plaskim, nieruchomym obrazem, pozbawionym dynamiki, dzwieku, wibracji ziemi, zapachu i wilgotnego chlodu unoszacego sie wszedzie wokol.

To co widzimy w dole jest ciekawym, pieknym i dla nas egzotycznym zjawiskiem. Ale o dziwo tylko skodusia stoi w przydroznej zatoczce. Mija nas sznur samochodow, z czego pewnie polowa to turysci. Nikt sie nie zatrzymuje, nie robi zdjec, nie filmuje. Pruja przed siebie jakby z klapkami na oczach. Nie bylo w przewodniku? GPS nie pokazuje - skrec w prawo? Albo po prostu- bo trzeba sie dostac do Mestii jak najszybciej? Pytalismy potem ilus ludzi o ta rzeke, wrazenia z nia zwiazane. Patrzyli na nas jak na ufo- jaka rzeka? Byla tam jakas rzeka? Kilka razy w tych okoloswaneckich okolicach bedziemy miec dziwne wrazenie ogladania miejsc pustych, dzikich i rzadko odwiedzanych- mimo ze stanowia fragment “kanału” ktory codziennie przebywaja setki i tysiace turystow z calego swiata. Dziwne jest takie poczucie samotnosci w tlumie.

Dalej jakby pogoda sie poprawia, zaczyna byc widac coraz wiecej gor. Jednolita opona chmur zaczyna pękac, snują sie po szczytach i przeleczach pasma mgly. Gdzieniegdzie pojawiaja sie przeblyski slonca, widac wiszacego juz dosyc nisko.

Zaczyna sie robic wieczor wiec rozgladamy sie za noclegiem. Nie wyglada to na tej trasie zbyt rokujaco. Co chwile na boki odchodza wprawdzie sympatyczne skrety wiejskich lub lesnych drog, ale niestety juz po 5 metrach widac ze nie nadaja sie dla skodusi. Jak nawierzchnia jest nienajgorsza to znowu jest ostre przewyzszenie, ktoremu moze juz nie sprostac lekko zmaraszony i zmeczony zyciem silnik. W rejonie Beczo zagladamy do jakiegos hostelu. Wnetrze jakies takie stylizowane na super nowoczesne, wyglada troche jak nowy dworzec PKP w Krakowie. W holu, za suto zastawionym stolem siedzi grupka zachodnich turystow i idiotycznie rechocze, gdy probuje zadac obsludze jakies pytania. Obsluga tez sprawia wrazenie jakby robila łaske- "jak juz jestescie to zostancie na jedna noc, to przygotujemy wam jakis pokoj juz jak tak trzeba"... i jakies glupie usmieszki do siebie i mruganie oczami. Na wiesc ze jest nas trojka i mamy ze soba niemowle cala sala wybucha wrecz histerycznym smiechem. Co jest k…? Nacpali sie? Co to za chore miejsce? W skodusi na wszelki wypadek zagladam w lusterko- czy nie mam geby umazanej sadza albo dorysowanych markerem kocich wąsow.. Nie mam..

Gdzies dalej właże w kolejna miejsce sugerujaca z napisu ze jest to schronienie dla zbłąkanych turystow. Ogromny, kilkakrotnie załamany korytarz zajmuje chyba ¾ domu. Oprocz korytarza jest niewielki pokoj zajety przez pietrowe lozka, miedzy ktorymi ugania z wrzaskiem kilkoro malych dzieci. Dorosli wyparowali- acz rzad okolo 20 sztuk obuwia stojacego pod sciana sugeruje ze musieli wyparowac boso.

Juz przed sama Mestia zastaje nas zmrok. Zagladam do kolejnego hostelu. Wchodzi sie tam przez ciemna brame w murze. Dalej jest jakby dziedziniec otoczony przez rozne domki i przybudowki. Klimat dosc sympatyczny, kojarzacy sie z komuna hipisowska lub chatka studencka z dawnych lat. Na schodach siedza jacys smagli ludzie w kolorowych powloczystych szatach i łuskaja bób. Jakis albinos w bialych dredach do pasa i mętnym spojrzeniu gra na gitarze smętna, mocno wpadajaco w ucho piesn. Wszedzie stoja bębny, drewniane trąby, kolorowo malowane grzechotki, ktos wyplata cos z lisci palmowych. Wchodze na pietro, zagladam do kuchni gdzie trwa wlasnie kolektywne szykowanie jakiejs strawy ze zboza mielonego napredce w mlynku. Moje pojawienie sie i snucie po pokojach nie zwraca niczyjej uwagi. Jakbym byla niewidzialna. Nikt nie reaguje jak podnosze i ogladam sprzety czy chwile bujam sie na hustawce wiszacej w drzwiach. Glupia jestem ze zostawilam aparat w skodusi.. Miejsce jest potwornie zatloczone- w kazdym kącie czy kamerliku na miotły zalega jakis materac lub karimata a na nim ktos spi, czyta, smsuje lub patrzy w sufit. Albo ostatecznie lezy pies, kot lub plecak. Zaczepiam dwie osoby pytajac o gospodarza. Bardzo chca mi pomoc, ale odpowiedzialnej osoby nie udaje sie nigdzie odnalezc. Zaczepione osoby zajmuja sie wiec wlasnymi sprawami. Ktos sugeruje- olej gospodarza, wez sie gdzies po prostu poloz. Tylko gdzie? Miejsce przypomina chatke lub gorskie schrosnisko w dlugi weekend majowy lub sylwestra.

Wracam w mrok.. Zagaduje grupke mezczyzn stojacych na ciemnej ulicy. Jeden z nich dzwoni do swojej krewnej ktora tez prowadzi schronisko. Wskazane miejsce dla odmiany jest puste, ciche i pelne atmosfery starego domu. Przemykamy przez wilgotny korytarz. Tu chyba kazdą chalupe okala gruby mur a podworko jest dziedzincem otoczonym kamiennymi budynkami. Z kuchni pada na podworze stop swiatla i zapach pieczonego chleba. Gdzies powiewa pranie. Prowadza nas przez ogromna oszklona werande do pokoju przegrodzonego na pol kotara. Na regale stoja jakies rodzinne zdjecia i stare ksiazki. Podlogi skrzypia pod kazdym krokiem. W calym domu za towarzyszy mamy jedynie korniki rozpoczynajace w scianach pozna kolacje. Cala rodzina urzeduje w kuchni i chyba drugim domku. Fajnie tu! W nocy znow zaczyna lac, a okolice spowija mgla tak gesta ze idac w nocy do kibelka prawie wpadam na skodusie bo swiatlo latarki rozmywa mi sie 10 cm przed twarza. Mam nadzieje ze zobaczymy tu jakies gory….

cdn

jabolowaballada.blogspot.com

Obrazek użytkownika buba
Dżigit
Niedostępny
Ostatnio był(a): 5 miesięcy 3 dni temu
Dołączył: 14.12.2011 - 18:59
29 Październik, 2016 - 13:26

Re: Kilka dni w Swanetii

Rano o dziwo swieci slonce a po mgle nie ma sladu. Mamy wiec okazje obejrzec nasze miejsce noclegowe. Trawiasto betonowy dziedziniec otaczaja dwa domy, mur i przybudowka mieszczaca kuchnie i kibelek. Oprocz gospodyni i jej corki po obejsciu kreci sie jeszcze dziadek patrzacy wilkiem, pies ktory sie do kazdego łasi (glownie do kabaka) oraz dwojka chlopcow w wieku 2-3 lata, ktorzy nadal korzystaja ze smoczkow (zycie smoczka zwykle trwa okolo 2 tygodni bo po tym czasie zostaje odgryziony ;) Juz wiem na co idzie wiekszosc kasy pozyskanej na turystach ;) )

Dzis caly dzien łazimy po Mestii. Miasto jest faktycznie mocno napchane turystami i komerchą. Najgorszy jest jej wplyw nie na architekture czy rodzaj oferowanych uslug ale na mentalnosc ludzi. Raczej nikt cie tu nie zaczepi bezinteresownie, zeby pogadac o pogodzie. Jesli ktos sie na ulicy do ciebie usmiecha to zapewne smieje sie wyłącznie do twojego portfela i pragnie zaraz, niby przypadkiem, zaoferowac przejazd, nocleg, wyzywienie czy przewodnika w gory. Czesc miasta jednoczesnie jest wystylizowana na miejsce jakie zazwyczaj podoba sie turystom- znaczy nowoczesne lub/i maksymalnie wypiglowane.

Na pewno wielkim plusem Mestii jest to, ze mozna jednak bez problemu znalezc zaulki mile dla oka- pelne starych wiez obronnych, cielat, brukowanych lub kałużastych drog, kablowisk, baraczkow, skrzypiąch mostkow kostrukcji wszelakiej, starych zelaznych przyczep, obroslych mchem ruin czy wszelakich innych tego typu atrakcji jakich buby szukaja wszedzie na swojej drodze…

No i gory. Wyłażące z chmur i mgiel wszedzie dookola.. Wokol gdzie okiem siegnac zamykaja horyzont osniezone iglice skalistych szczytow.

Wieczorem wracamy na ta sama kwatere. Dzis juz nie bedziemy sami. Przyjechaly dwie rodziny “nowych ruskich”. Przez podworko ciezko sie przecisnac bo stoja dwa ogromniaste RAMy. Sa strasznie halasliwi, apodyktyczni i ciagle wyglaszaja jakies madrosci. Jakos wyjatkowo nie wzbudzaja naszej sympatii wiec nie przylaczamy sie do wspolnej imprezy na werandzie gdzie wlasnie gospodyni przyciagnela stoly. Jednak w pewnym sensie w niej uczestniczymy bo siedzac w pokoju wszystko slyszymy tak drą japy. Najpierw jest przesluchanie gospodarzy- “Ile u was sie zarabia? Np. kierowca, lekarz, w sklepie? A emeryt ile dostaje? Ale mowcie prawde! Czemu sie naradzacie? Odpowiadac! A dom jest wasz czy wynajmowany? Czemu nie macie auta? Za drogie dla was? A zima jest ruch? Ile rocznie wyciagacie na turystach?”. Potem zaczyna sie pouczanie jak nalezy zyc aby bylo tak dobrze i bogato jak w Moskwie. Sa tez pretensje jakim prawem czesc Gruzinow mowi zle o bylym prezydencie Saakaszwilim. “Przeciez on budowal, drogi, mosty kurorty. On rozwinal zapadly kraj i zrobil Europejczykow z ciemnych zacofanych swiniopasow! Takiego czlowieka nalezy czcic. A tu swiniopasy niewdzieczne! Grunt to rozbudowa! I watazkow popedzil! I swoich wrogow w ryzach trzymal. Porzadek zapewnil. Tak jak u nas kiedys Stalin! Trokistow pogonil, nierobow rozstrzelal, wszystko poukladal a potem zajal sie rozbudowa i cywilizowaniem dziczy! I nikt nie smie w Rosji zle o nim mowic. A wy czesto zle mowicie o waszym prezydencie. W dupach sie wam poprzewracalo!”. Gospodarze odpowiadaja na pytanie, potakuja, albo przemilczaja niewygodne kwestie. Widac ze nie chca urazic gosci czy psuc “milej atmosfery” przyjacielskiej wieczornej pogawedki. Mimo ze wczesniej troche sie wahalam to teraz sie ciesze, ze nie uczestnicze czynnie w tej imprezie. Bo raczej bym nie wytrzymala i skomentowala kilka spraw w sposob zdecydowanie mogacy obrazic gosci i zważyc atmosfere… Rano wrzaskliwi milosnicy rzadow twardej reki rozłaża sie po calym domu, wsadzaja nosy we wszystkie kąty, nie przestajac komentowac i udzielac cennych rad w stylu “ja bym to wszystko rozpier****, zrownal z ziemia i postawil tu cos porzadnego”. Potem wsiadaja w swoje auta giganty i… jada spowrotem do Kutaisi. Bo dalej droga na Uszguli i Lenteki jest niebezpieczna dla samochodow i ludzi a oni maja ze soba male dzieci (10-12 lat). A poza tym tam nie ma nic ciekawego wiec po co ryzykowac?

My idziemy do centrum szukac transportu do Uszguli. Poczatkowo chcielismy probowac skodusia ale miejscowi nam to wybili z glowy- ze bylaby to prawdopodobnie pierwsza osobowka ktora tam dojechala. Swego czasu ponoc łady żiguli potrafily przebyc ta droge jak bylo sucho ale zwykle mialy potem cos do solidnej naprawy. No wiec szukamy dzielniejszego pojazdu.. Jako ze marszrutki stoja i czekaja az zbiora pasazerow to idziemy jeszcze do knajpy w centrum. Obiekt jest wybitnie skierowany pod zagranicznych turystow ale ma kilka fajnych cech np. smieszny szyld ;)

Wlasciciele baru wyszli tez naprzeciw potrzebom wielu ludzi i wolno tu, ba! wrecz barman do tego zacheca, aby napisac cos na scianie. Dlugo czytamy wpisy w roznych jezykach, ogladamy obrazki, znajdujemy nawet podpisy kilku znajomych! Jest tez osobna sciana na naklejki, jesli ktos ma ochote taka tu po sobie zostawic. W Gruzji spotkalam sie z tym juz trzykrotnie (W Kutaisi i Tbilisi jeszcze). Bardzo mi sie podoba jak scienne napisy nie sa traktowane jako straszliwe zlo w imie umilowania sterylnych scian a sluza jako wrecz ozdoba i atrakcja miejsca.

Marszrutka przez dwie godziny nie uzbierala skladu, znajomy gospodyni tez nie chce sam z nami jechac za ludzkie pieniadze wiec musimy sie rozejrzec za jakims innym transportem…

A kabak znowu lgnie to psow… Ja nie wiem co my zrobimy...

cdn

jabolowaballada.blogspot.com

Obrazek użytkownika buba
Dżigit
Niedostępny
Ostatnio był(a): 5 miesięcy 3 dni temu
Dołączył: 14.12.2011 - 18:59
30 Październik, 2016 - 16:58

Re: Kilka dni w Swanetii

Poszukujac transportu do Uszguli trafiamy ostatecznie do auta Irakliego, ktory juz jedzie w tamta strone i wiezie jedna turystke- policjantke z Tbilisi, Suzane. Poczatkowo droga jest z betonowych plyt wiec juz zaczynamy zalowac, ze nie ma z nami naszej milej skodusi, jednak pozniej plyty znikaja, znika tez szuter i zaczynamy w pelni rozumiec co miejscowi mieli na mysli mowiac “nie dojedzie” :D Wprawdzie podnieslismy przed tym wyjazdem zawieszenie, wstawilismy wysokie sprezyny z jakiegos dostawczaka czy ciezarowki, w sprezyny gumy ale mimo wszystko chyba “za wysokie progi”… Przypomina sie w tym momencie powiedzenie:, “że ze świni nie zrobisz konia wyscigowego- owszem mozesz zrobic bardzo szybką swinie” :) Nasza droga wije sie blotnista koleina, roznymi wawozami, skalnymi polkami nad szemrzacymi strumieniami a niekiedy tez strumienie odwiedzaja nas na drodze mniejszym lub wiekszym wodospadem!

Mijamy po drodze kilka wiosek. We wszystkich prawie przewijaja sie wieze obronne czy kamienne domy z oszklonymi balkonami

Na calej trasie stalym elementem krajobrazu sa drewniane, omszale, chylące sie na wszystkie strony ploty

Raz po raz odslaniaja sie widoki na różniste osniezone szczyty

W jednej z wiosek zatrzymujemy sie na dluzej niz robienie zdjec. Przystanek kibelek- biegniemy do przydroznej slawojki- poki co jednej z dwoch jakie widzialam w zyciu, gdzie nie ma szamba tylko jest splukiwanie woda :D Wychodki ze “spłuczka” jednak istnieja- ale chyba tylko w Gruzji! Ten drugi byl w Mutso.

Zwykle karmimy kabaka w samochodzie, podczas jazdy. Jednak na tej drodze robimy wyjatek, tu chyba jednak latwiej by trafic lyzka do oka albo prosto do zoladka ;) Cala ekipa chce uczestniczyc w posilku! Zwlaszcza Irakli bardzo sie interesuje wszystkich co jest zwiazane z kabakiem- bo sam ma coreczke kilka miesiecy mlodsza.

Przy drodze stoja dwa dziwne znaki. Ciezko mi jest sobie wyobrazic w tym miejscu auto jadace powyzej 30km/h

Albo ważące wiecej niz 50 ton!

Ta wieza jest szczegolna- nie stoi w wiosce, przy domach, tylko samotnie nad potokiem. Zwą ją wieza milosci. Irakli mowil ze nam o niej cos wiecej opowie ale potem jakos zeszlo na inny temat i wszyscy o tym zapomnielismy… Teren wokol wiezy jest ogrodzony i za oplata mozna ja zwiedzac w srodku.

Czasem na drodze tworzy sie korek tworzony przez rogacizne :)

A tu juz samo Uszguli. Najpierw podziwiamy z daleka panorame na cala miejscowosc.

Potem wpelzamy w plątanine uliczek, kamiennych sciezek i przejsc miedzy domami, wiezami, plotami, murkami.

Zwracaja uwage wycinankowe ozdoby domostw

I wszedzie peta sie pod nogami przydomowa wszelaka chudoba. Tu nie ma mody aby zwierzeta przebywaly w klatkach, zagrodkach czy na postrąkach. Biedne kury czy swinie z ferm na zachodzie, siedzac od urodzenia do smierci w ciasnych, ciemnych skrzynkach zapewne w najsmielszych snach nie przypuszczaja, ze ich pobratymcy z Kaukazu moga sie cieszyc az taka nieskrepowana niczym wolnoscia i łazic gdzie popadnie. Tez napewno na koniec skoncza w zupie - ale co sobie pouzywaja zycia to ich!

A najbardziej urzeklo mnie poidło zrobione z opony. Kiedys chyba napisze osobna relacje pt.”drugie zycie opony” - spotkalam juz na swojej drodze dziesiatki wspanialych patentow, pomyslow i ludzkiej kreatywnosci szybujacej wrecz pod niebo :) Ale tym razem moj zachwyt juz po prostu nie ma granic :)

W rejonie zwrocilo tez nasza uwage popularne tu pokrycie dachowe. Wyglada z daleka troche jak gont ale nie jest z drewna. Troche jak dachowka ale nie jest napewno jednolite w ksztalcie i produkowane seryjnie. Jakby plaskie kamienie czy ogolnie wykladanie “bele czym” co ma odpowiedni ksztalt i jest pod reka?

Zauwazamy tez fajny znak drogowy!

I rzezbione drzwi kaplicy! I niestety opatrzone klodka... Od razu widac ze popularna miejscowosc turystyczna...

Wlazimy tez na widokowe wzgorze, obowiazkowe miejsce kazdej wycieczki, gdzie wylaza wszyscy turysci i robia sobie zdjecia. Wiec i my spelniamy ten turystyczny schemat w 100%. Widoczki rzeczywiscie sa stad nienajgorsze i na wioske, i na okoliczne gory.

Nie wiem co sie stalo dzis kabakowi, czemu akurat dzis ma taki rewelacyjny humor ale od kiedy wjechalismy do Uszguli caly czas podskakuje, fika nozkami, spiewa na caly pyszczek, smieje sie, zaczepia z kwikiem mijanych ludzi. Radosc i szczescie po prostu wylewa sie uszami. Wszyscy spotkani turysci i miejscowi robia sobie z nami zdjecia, kreca filmiki, robimy tu za bialego niedzwiedzia z Krupowek. Wiesc chyba niesie sie szybko bo co chwile mijamy jakies grupy Japonczykow ktore wolaja “Majeczka” i juz ustawiaja sie z nami do zdjec. I juz biegaja w kolko z kamerka na kiju cos tam do niej gdacząc w swoim jezyku. Jakbysmy dzis pobierali oplaty to chyba wyjazd by sie zwrocil!

Odwiedzamy tez knajpe gdzie zjadamy chaczapuri w ktorym zamiast sera jest mieso. Jest to ponoc tradycyjna swańska potrawa. A u Irakliego w samochodzie jest rewelacyjny bajer- pomysl i wykonanie wlasne tzn. jego ojca. Jest przycisk a obok kranik. Z kranika wyplywa czacza. My tez chcemy takie cos w skodusi!

A tu cala dzisiejsza ekipa w komplecie

cdn

jabolowaballada.blogspot.com

Obrazek użytkownika hruby
Dżigit
Niedostępny
Ostatnio był(a): 2 mies. 2 tyg. temu
Dołączył: 05.01.2015 - 21:11
31 Październik, 2016 - 11:26

Re: Kilka dni w Swanetii

[offtopic]istnieje zwrot: “dziękuje, nie” który powinno się uszanować.[/offtopic]

Z tym w Gruzji rzeczywiście jest problem. :wink: Wystarczy pojechać trochę dalej na południe do Armenii i tam ten zwrot jest naprawdę szanowany :)

[offtopic]Miasto jest faktycznie mocno napchane turystami i komerchą. Najgorszy jest jej wpływ nie na architekturę czy rodzaj oferowanych usług ale na mentalność ludzi. Raczej nikt cie tu nie zaczepi bezinteresownie, żeby pogadać o pogodzie. Jeśli ktoś się na ulicy do ciebie uśmiecha to zapewne śmieje się wyłącznie do twojego portfela i pragnie zaraz, niby przypadkiem, zaoferować przejazd, nocleg, wyżywienie czy przewodnika w góry.[/offtopic]

No cóż, prawie wszystko się zgadza. Mają swój czas żeby po latach biedy w końcu się dorobić. A takich co chcieli by pogadać "o pogodzie" na szczęście też jeszcze można spotkać. Jest to coraz trudniejsze przez tych z monetami w oczach. Oni są najbardziej widoczni i na nich najczęściej trafiamy.

https://gruzjaponaszemu.wordpress.com
https://grzesiuhruby.wordpress.com/
https://www.facebook.com/gruzjaponaszemu

Obrazek użytkownika buba
Dżigit
Niedostępny
Ostatnio był(a): 5 miesięcy 3 dni temu
Dołączył: 14.12.2011 - 18:59
31 Październik, 2016 - 14:33

Re: Kilka dni w Swanetii

Ogolnie pod roznymi wzgledami wole Armenie od Gruzji- a skoro nie maja tam w zwyczaju sila wydzierac dzieci w knajpie to maja u mnie kolejnego plusa. W tym roku nie bylo okazji sprawdzic tego osobiscie- byl wprawdzie plan dojechania i wloczenia sie rowniez po Armenii ale zabraklo czasu.

Quote:
A takich co chcieli by pogadać "o pogodzie" na szczęście też jeszcze można spotkać. Jest to coraz trudniejsze przez tych z monetami w oczach. Oni są najbardziej widoczni i na nich najczęściej trafiamy.

W Mestii akurat nie mielismy na takich szczescia- ale wystarczylo juz pojechac kawalek np. do Kaiszi a tam mimo ze przebiega glowna droga do Swanetii turystow brak (oprocz tych smigajacych szosą) a i miejscowi niezepsuci przez mamone,chetni do pogadania o zyciu i zdumieni ze wlasnie w ich miasteczku szukamy noclegu :mrgreen:

jabolowaballada.blogspot.com

Obrazek użytkownika buba
Dżigit
Niedostępny
Ostatnio był(a): 5 miesięcy 3 dni temu
Dołączył: 14.12.2011 - 18:59
31 Październik, 2016 - 14:36

Re: Kilka dni w Swanetii

Podczas wycieczki do Uszguli bardzo sympatycznie nam sie gadalo z Suzaną, wiec postanawiamy, ze kolejny dzien tez spedzimy razem. Suzana bardzo reklamuje nam jedna z gorek w poblizu Mestii, z ktorej ponoc sa jedne z najpiekniejszych widokow w Swanetii. Wjezdza sie tam kolejka linowa i ona jutro planuje sie tam wybrac i nas zaprasza na wspolna wycieczke. Stawiamy sie wiec rano w umowionym miejscu i jest nam troche glupio bo okazuje sie, ze Suzana za nas placi bo jestesmy jej goscmi i nie da sie jej przetlumaczyc ze to przeciez wspolna wycieczka. Dostajemy bilety na kolejke do łapy i nie ma o czym gadac. Kolejka niestety nie jest taka klimatyczna jak te z okolic Cziatury i Saczkere. Normalna kolejka krzeselkowa taka jak i u nas sa. Pakuje my sie wiec w czworke na jedna ławe i ziuuuuu jedziemy. Kolejka ma w zwyczaju, ze kilkakrotnie sie zatrzymuje i krzeselka bujaja sie na wietrze przez kilka minut a potem nagle rusza i sie jedzie dalej. Nie powiem- za pierwszym razem juz zesmy sie troche wystraszyli gdy kolejka stanela. Wspomnielismy sobie wiesci z przeszlosci kiedy na rosyjskim Kaukazie turysci dyndali chyba kilkanascie godzin zanim nadeszla pomoc. Jak wtedy chodzic do kibelka? W miejscu gdzie dojezdza kolejka jest chyba jakas knajpa albo cos w tym rodzaju, ale nawet tam nie zagladamy bo nie wyglada zbyt sympatycznie, jakas taka za nowa. Idziemy sobie na spacer gorskim grzbietem, z ktorego rozciagaja sie rewelacyjne widoki na wszystkie strony.

Jęzory lodowcow sa stad jak na wyciagniecie reki. Dokladnie tez czuc chlod ciagnacy od okalajacych nas zamarzlych gor. Co ciekawe lodowce nie sa jednolite w kolorze, przeplata sie tam glownie bialy z zoltym, miejscami wszystko wpada troche jakby w niebieski i fiolet, a nieraz w ciemno szary. Zwaly sniegu sa tez jakby podrapane ogromnymi pazurami. Niektore sa gładkie, inne szczeliniaste a jeszcze inne wygladaja jak wzburzone morze. Jest w tym napewno jakies posępne piekno ale łazic po tym i wlatywac w te szczeliny to bym nie miala ochoty. Milo sie patrzy na taka groze przyrody stojac w sloneczku na wygrzanej łące pelnej kolorowych kwiatow! Choc kiedys bym chciala podejsc do takowego zwalu lodu od dolu i zobaczyc jego koniuszek. Suzana opowiada, ze lodowiec ma szczegolny zapach i potrafi "spiewac" na rozne melodie. Wprawne ucho jest w stanie na podstawie opowiesci lodowca wnioskowac o powodzeniu wyprawy. Za mlodu, jeszcze za czasow sajuza, Suzana byla dwukrotnie na wycieczce z klubu sportowego gdzie wspinali sie na takowe jęzory. Gdzies to bylo na terenie dzisiejszej Osetii ale nie pamieta juz nazwy miejscowosci ani gory. Suzana jest druga osoba jaka spotkalam w zyciu, ktora chyba potrafilaby mnie zainteresowac wysokimi gorami (ten poprzedni to byl poszukiwacz yeti :P )

Tu widac dokladnie jak lodowiec zamienia sie w strumien..

Jest tu chyba na tyle wysoko, ze jest inny klimat niz w dolinach. Mimo ze jest koniec lipca tu wciaz trwa wiosna- łąki sa pelne cudnych, kolorowych, swiezych kwiatow! Niektore z nich widze chyba pierwszy raz w zyciu. Inne przypominaja nasze dzwonki- ale sa gigantyczne!

W dole, po przeciwleglej stronie zbocza niz Mestia, w bardzo wąskiej dolinie, widac jakis niewielki przysiolek. Wieze obronne oczywiscie tam maja!

Na trasie jest tez jakies miejsce odbiorczo-nadawcze. Stoja zamkniete na cztery spusty baraczki, anteny i dwa spodki, ktore leza w dosc dziwny sposob na trawie. Nie wiemy czy sie przewalily czy taka jest ich uroda.

Nasza towarzyszka ostatnich wycieczek ma jakas magiczna umiejetnosc- chodzenia z omijaniem blota albo wrecz latania nad nim. Chodzi w rażąco zoltych tenisowkach, wczoraj byla w nich tez w Uszguli i buty sa idealnie czysciutkie, nie ma na nim nawet plamki. A my ubloceni po kolana... Chodzimy tymi samymi drogami, czesto gesiego. Nie wiem jak to dziala!

Suzana dzis jest duzo bardziej rozmowna, zwlaszcza gdy schodzi na tematy zwiazane z polityka i problemami spolecznymi. Jest wielka milosniczka Miszy Budowniczego, co nie dziwi nas wogole. W koncu wszyscy spotykani przez nas policjanci zawsze wychwalali pod niebiosa bylego prezydenta, jako ideal wodza w ich kraju. Trzeba przyznac, ze za jego rzadow byli bardzo zaopiekowana grupa- podniosl im pensje, dostali nowe samochody, glownie terenowe pickupy, wyremontowano lub zbudowano wypasne posterunki i komisariaty. Suzana podkresla tez wazna kwestie, jaka jest bezpieczenstwo. Wczesniej idac na impreze w Tbilisi musiala wracac taksowka, gdyz przejscie przez miasto w nocy dla samotnej kobiety bylo samobojstwem. Teraz chodzi i o 3 w nocy a trzeba naprawde miec pecha lub zachowywac sie prowokujaco aby stalo sie cos zlego. Na obecne wladze Suzana narzeka. Twierdzi, ze wiele spraw w Gruzji idzie rozpedem wiec dobrze dzialaja ale rowniez wiele sie posypalo. Od kilku lat np. nie poswieca sie wogole uwagi na remonty drogi do Mestii. Suzana sie obawia, ze za kolejnych dziesiec moze sie okazac, ze Swanetia znow jest odcieta od swiata, bo droga poleci w przepasc i juz tam zostanie. Pytam o Anaklie i Lazike.... Suzana twierdzi, ze za cene bezpieczenstwa jest w stanie zaakceptowac wszystkie takie fanaberie. W Anakli nie byla i nie musi bywac, a na tbiliskiech ulicach czy osiedlach i owszem. Z taka argumentacja ciezko sie nie zgodzic. Suzana rowniez bardzo chwali czasy Sajuza, ze wtedy rowniez zylo sie bezpiecznie i stabilnie. Ze w porownaniu z innymi republikami Gruzja nie doznawala szczegolnych represji, mozna bylo mowic po gruzinsku i przynajniej nikt z jej rodziny czy znajomych sobie nie krzywdowal. Najstraszniejsze nadeszlo pozniej. Za najgorszego przywodce Gruzji uwaza Gamsachurdie - w czym akurat nie jest odosobniona. Kazdy mieszkaniec Gruzji, z ktorym mialam okazje na takie tematy rozmawiac mowil tak samo. Czy to gangster w blyszczacej terenowce, czy ormianski pasterz z Gor Samsarskich. Tu akurat byla zgodnosc, ze koleś nie posiedzial na stolku zbyt dlugo, ale ze swoim haslem “Gruzja dla Gruzinow” zdolal rozpetac dwie wojny, zadrzec z Rosja i wszystkimi mniejszosciami narodowymi i religijnymi na terenie Gruzji. Wedlug Suzany to on, jego chore pomysly i otaczanie sie osobami ze swiata kryminalnego byly winne temu, ze Gruzja na dlugie lata stala sie niebezpiecznym i niestabilnym krajem, a Abchazja i Osetia zostaly stracone. Ponoc cud ze podobny los nie spotkal rowniez Adżarii gdzie ow pierwszy gruzinski prezydent probowal za wszelka cene wytępic isniejacy tam od wiekow islam, meczety zamieniac na cerkwie lub palic. Szewardnadze potem chcial naprawiac, mial dobre zamiary ale byl nieudolny, za stary, wogole patrzyl na swiat wedlug starych zasad. No a potem przyszedl Misza- i znow plyna dlugie hymny pochwalne ku czci ulubionego polityka. Na co obecnie Suzana najbardziej narzeka? Na wysokosc pensji nie, jest zadowolona ze swoich zarobkow i warunkow zycia. Ubolewa jedynie nad zlym traktowaniem pracownikow w Gruzji jesli chodzi o przestrzeganie czasu wolnego przez pracodawcow. Ustawowo jest 40 dni urlopu. Ale Suzanie w tym roku dali tylko 6, a reszta przepada. Bo jest duzo roboty i koniec. Makabra… Drugim problemem dla Suzany sa uchodzcy z Abchazji i Osetii, ktorzy mimo ze minelo 20 lat nie zasymilowali sie na terenach na ktorych przyszlo im zyc, maja roszczeniowe podejscie do wszystkich wokol, nie dbaja o swoje domy a potem maja zal do wladz, ze im sie zawala na łeb. Ponoc w wielu miastach, zwlaszcza na zachodzie kraju, to oni odpowiadaja za wiekszosc przestepstw. Mowi ze jesli chcemy zobaczyc co uchodzcy zrobili z kwitnacym za czasow radzieckich kurortem- to mamy pojechac do Tskaltubo. Z drugiej strony nie bylo opcji aby ich nie przyjac i nie pomoc- w koncu to rodacy, to tez Gruzini, tylko mieli pecha mieszkac w zlym miejscu.. Zazdrosci nam, Polakom, ze nie mamy takich problemow. Pytam Suzane czy by wolala Arabusow z polowy Azji i Afryki tak jak w zachodniej Europie… Suzana krzywi sie.. nieeee, to ja juz wole tych naszych, przynajmniej po gruzinsku gadaja i rozumieja nasze tradycje. Na takie oto tematy gadamy sobie wsrod cudnej przyrody, kwiatow i lodowcow. Bylo tez oczywiscie o polskiej polityce, ale tego juz nie bede mieszac do relacji ze swańskich wzgórz :P

Dziwi nas troche, ze nie spotykamy na trasie zbyt wielu turystow. Doslownie kilka osob. Mijamy tez wiele cudnych miejsc biwakowych, ale namiotow nie widac zadnych. Sa czasem jakies slady dawno zgaslych ognisk. Gdyby nie to ze nie mamy jak tu wtarabanic skodusi to zaraz bysmy tu spali! A tymczasem pusto wokol... Chyba wszyscy co wjechali kolejka zostali w knajpie albo zjechali najblizszym kursem w dol i pognali gdzies w pospiechu, jak to turysci maja w zwyczaju. Po stadach w Mestii i Uszguli tu az dzwoni w uszach cisza.. i tylko hula wiatr wsrod traw i ziół... I czasem rozlegnie sie łopot skrzydel wielgasnego ptaszydla!

cdn

jabolowaballada.blogspot.com