Twoje konto

GTranslate

Promem na trasach Burgas- Batumi i Batumi- Iliczewsk

2 wpisów / 0 nowych
Ostatni wpis
Obrazek użytkownika buba
Dżigit
Niedostępny
Ostatnio był(a): 5 miesięcy 2 dni temu
Dołączył: 14.12.2011 - 18:59
18 Październik, 2016 - 18:10

Promem na trasach Burgas- Batumi i Batumi- Iliczewsk

W tym roku do Gruzji dostawalismy sie w nieco malo popularny wsrod polskich turystow sposob a mianowicie promem przez Morze Czarne. Prom odplywal z Bulgarii i sunal do Batumi.

Kolo 13 pojawiamy sie w porcie w Burgas. Prom jest juz podstawiony i sobie stoi. Miedzy portowym szlabanem a włazem na poklad sa dwie budki gdzie trzeba isc pokazac paszporty. Jest tez graniczna kontrola celna, ale jako ze tu wszyscy przywykli raczej do tirow to skodusia budzi jedynie rozbawienie. Zagladaja tylko do bagaznika “zeby sprawdzic czy tam uchodzca nie siedzi”, choc oni chyba w ta strone nie podrozuja. Potem sie ładujemy na prom gdzie sie wjezdza po takich smiesznych rampach. Maja tu osobny poklad na tiry i na auta osobowe. Skodusia zostaje przypieta tasmami obok dwoch wypasnych terenowek, na bulgarskich i rosyjskich blachach oraz meroli bez rejestracji jadacych chyba na handel.

Caly prom ma 8 pieter i jest bardzo elegancki - wyglada raczej jak wypasny hotel, mało przypomina waląca rybą i wodorostem krype z moich marzen. Gdzie “smierdzacy rybą koc, fale bijace o poklad i bosmana zdarty glos”? ;) Ale coz zrobic, tylko takie tu plywaja i nie ma na co narzekac. Grunt ze prom jest. I zeby jeszcze chcial poplynac.

Bilety mozna kupic rowniez na promie u kapitana. Nasz bilet oczywiscie tez jest wazny. Wogole jakos tak wszystko jest tu na luzie, bez pospiechu i napinki. Wszystko sie da, wszystko jest dobrze, wszystko mozna dogadac. Kapitan nam nawet pozwala w czasie rejsu chodzic pod poklad do skodusi, mimo ze oficjalnie jest to zabronione na wszystkich promach.

Nasz pokoj sklada sie z dwoch par lozek pietrowych i korytarzyka gdzie nawet udaje sie wepchnac kabacze lozeczko. Jest tez kibel na stanie, ale z racji na owo lozeczko bardzo ciezko do niego wejsc bo pozostaje 20 cm szpara na wslizgniecie sie i trzeba mocno wciagac brzuch. W pokoju jest tez glosnik przez ktory kapitan oglasza rozne madrosci. Glosnik trochu charczy wiec nie zawsze wszystko rozumiemy, choc kapitan stara sie mowic bardzo wyraznie.

Jest stolowka gdzie 3 razy dziennie wydawane sa posilki. Jest bar gdzie mozna kupic piwo i wino. Piwo mozna kupic tez z automatu na zetony. Zetony pozyskujemy u kapitana za cene rownowarta 4 zl. Jeden zeton, jedno piwo. Na kolacje dostajemy pyszna smazona rybe albo kilka mięs do wyboru, zupe, surowki, kieliszek czerwonego wina i batonik. Obiady wygladaja podobnie jak kolacje tylko bez wina. Karmia ogolnie bardzo dobrze.

Mozna wyjsc na poklad, ktorego dwa pietra sa udostepnione do spacerowania i siedzenia. Sa trzy ławki i chyba dwa krzesla wiec kto pierwszy ten lepszy.

Niektorzy twierdza ze wyjezdzajac z dzieckiem trzeba zabierac ze soba tonę zabawek. Tymczasem najlepsze zabawki zawsze sa wsrod nas :)

Z pokladu mozna sobie obserwowac miasto. Odlegle blokowiska zamykajace horyzont i atrakcje portowe ktore zwykle sa niedostepne do zwiedzania. Z bliska zatem gapimy sie na zurawie, na zaladunek kontenerow na inne statki, na wielkie rury ktore przysypuja jakis wegiel czy zwir, na nieznane maszyny, na uwijajacych sie marynarzy.

Prom caly czas stoi na silniku a rura wydechowa wychodzi na poklad, wiec zapach jest fajny, takiego nie calkiem spalonego oleju. Zupelnie jak na łodzi Wiktora z ktorym kiedys plywalismy po delcie Dunaju, tylko tak 10 razy bardziej intensywny aromat!

Poki co na promie jest dosc malo ludzi. Ucinam sobie pogawedke z jednym z kierowcow, miejscowy, Bulgar, gdzies z polnocy. Mowi ze na jego nos to nie wyplyniemy szybko, on szacuje tak 2 w nocy. Skad takie domysly? Gosc nie wie, twierdzi ze czuje w kosciach. Szlag wie czemu, moze wtedy morze jest przychylniejsze? To samo pytanie zadaje kapitanowi, ktory z radosnym usmiechem rozklada rece- “Tego nie wie nikt”.

Po kolacji zagaduje nas trzech Azerow- Rasim, Kamran i Ajaz.

Zaczepiaja oczywiscie kabaka, dajac jej batonik. Gdy mowie ze trudna sprawa bo tam sa dopiero dwa zęby, to twierdza ze najwyzej zje mamusia, a jak nie lubie slodyczy to moze choc siadziemy z nimi do stolu i napijemy sie wina (nie jest brane wogole pod uwage ze ktos moze nie lubiec wina ;) ) Wino jest azerskie i calkiem dobre mimo ze biale. Pytaja gdzie jedziemy, wiec mowimy ze Gruzja (o Armenii nie wspominamy bo i po co). Kierowcy z uznaniem cmokaja: “tak Gruzja to piekny kraj, ale czemu nie Azerbejdzan?”. Tlumacze ze wiza, ze drogo, ze zalatwianie. To rozumieja choc oferuja sie nas przemycic ciezarowka bez wizy, jeden nawet chce pokazac zaraz wnetrze kontenera ze bedzie nam tam wygodnie. Zachwalaja kapiele w ropie naftowej, ze Baku jest piekniejsze od Paryza a Kazbek i Elbrus moga sie schowac przy tym ich Bazardziuziu, mimo ze jest nizsze. I ze kazdy nas tam ugosci szaszlykiem, wodki poleje, w domu przenocuje, ze lubia imprezowac na przyrodzie,a zwlaszcza przy zrodelkach, ze pija za duchy przodkow i zapewne tak wspanialego miejsca jeszcze nigdy w zyciu nie spotkalismy. Hmmm.. zaraz staje mi przed oczami inny kaukaski kraj idealnie pasujacy do opisu, ale o nim nasi znajomi ani slowem nie wspominaja.. Wiec i ja milcze.. ;) Dostajemy od nowych znajomych tez kostke twardego, strasznie slonego sera, ponoc ich miejscowy przysmak pod wino, piwo i wodke a na sucho spozywac nie wypada (bo duchy przodkow sie obraza i moze wystapic rozstroj zoladka).

Chlopaki jezdza ciezarowkami na dalekie trasy bo takie sa najlepiej platne. W Polsce tez byli, wymieniaja miasta przez ktore jechali. Teraz jada z Rosji do Azerbejdzanu. Ciesza sie tym promem. Zamiast krecic kolkiem to maja trzy dni (tak sie im jeszcze wydaje) gapienia sie w morze, picia wina i zarcia pod nos. Wczasy! Tak… Tirowcy bez wzgledu na nacje sa zgodni- uwielbiaja promy! Plynie tez Józef, Łotysz o polskim pochodzeniu. Podobnie jak Azerowie mial normalnie przekraczac granice rosyjsko-gruzinska kolo Kazbegi i dalej podążac droga wojenna. Ale zeszlo osuwisko, 800 metrow drogi szlag trafil, sa ponoc tez jakies ofiary w ludziach. Po rosyjskiej stronie tez sa jakies utrudnienia, Terek wezbral i drogi pozrywal. Pojechali wiec do Noworosyjska, stamtad do Bulgarii promem i teraz z Bulgarii do Gruzji. Troche brzmi to bez sensu, ale bezposrednich promow z Rosji do Gruzji nie ma.

Podchodzi tez Gruzin i pokazuje na telefonie zdjecie swojej coreczki. Jak klon kabaka, tylko wloski ciemniejsze. Naprawde gdyby bylo w czapeczce istnialaby duza szansa podmienienia! Inni tez zagaduja i wymieniaja imiona swojego licznego potomstwa i wnukow. Najwieksza czeredke ma jeden Gruzin- 9 sztuk. Zwykle 3-4. Wiekszosc powtarza nam: “nie przejmujcie sie, nastepny napewno bedzie chlopiec”, “ja tez mam najstarsza coreczke, juz odchodzilem od zmyslow a tu prosze, potem trzy chlopy jak deby”.

Na pokladzie spotykamy Paszę, Ormianina. Mieszka ponoc w bloku z widokiem na Ararat. Cieszy sie jak dziecko gdy wymieniamy miejsca z jego kraju gdzie bylismy. Najbardziej jest rozradowany gdy wymieniamy Karmraszen- malutka wioske w ktorej urodzila sie jego mama! Przestrzega nas ze jedno przejscie graniczne Gruzja/Armenia jest zamkniete ze wzgledu na remont, to kolo Alaverdi. Trzeba wiec jechac na Ahalkalaki i Giumri. Pyta tez potem o czym rozmawiamy z Azerami. Gdy mu mowie ze o goscinnosci kaukaskich narodow, ktore lubia imprezy, wodke i szaszlyki to ma glupia mine…

Poznajemy tez rodzinke z Norylska- Katja, Dawid i ich 4 letni synek Ławrentin. Teraz jada do babci do Gruzji, a wogole duzo podrozuja po egzotycznych krajach. Jak syn mial 5 miesiecy to byli na Kubie. Rok pozniej w Afryce. Wogole kazdego roku prawie jezdza do Afryki. W opowiesciach zaprzeczaja mojej wizji Norylska tzn zgadza sie ze jest to przemyslowe miasto i na polnocy, ale ponoc wcale nie ma tam duzo ruin, wszystkie zaklady przemyslowe i kopalnie swietnie dzialaja, ludzie stamtad nie uciekaja i wcale nie jest zimno bo klimat jest suchy. Przy -20 mozna chodzic bez czapki, a gdy w swoim klasycznym stroju zimowym pojechali do Gruzji to cholernie zmarzli przy -5. Wedlug calej rodzinki Norylsk to wogole “perla polnocy”. Ogladalam kilka filmikow o Norylsku i obraz tam prezentowany dotyczyl jakiegos krancowo innego miasta. A moze sa dwa Norylski? Katja pokazuje nam tez na tablecie zdjecia swojego synka gdy byl w wieku kabaka a potem ujecia z roznych podrozy. Opowiada tez o promie ktorym plyneli pol roku temu z Jordanii do Egiptu. Mial plynac 6 godzin a wyszlo 12. Na pokladzie byl tlum, na lawkach brakowalo miejsc, ludzie siedzieli na swoich bagazach i na podlodze. Wszedzie lazilo jakies robactwo, ktore wpelzalo do plecakow. Nie dawali nic do jedzenia i picia. Byly ciagle kolejki do kibla ktory stanowila wielka dziura prowadzaca az do morza. Katja ponoc obiecala sobie ze juz nigdy nie poplynie promem, ale Dawid ją namowil, ze tu bedzie inaczej.

Co chwile slychac dziwne zgrzyty i metaliczne dzwieki spod pokladu, pewnie kolejne ladunki trafiaja w przepasciste czeluscie plywajacego wiezowca.

Z innym tirowcem, Stiopą, nawiazuje sie rozmowa o ładunkach. Owoce? Osuwiska? On nic nie wie. On jest z Ukrainy i wozi rury. I ponoc prom jest planowo, bo zawsze plywa w czwartki. Przynajmniej kumpel mu tak powiedzial. Czemu z Ukrainy jedzie przez Bulgarie? Ponoc szef firmy przewozowej z Kijowa powiedzial ze tak bedzie bezpieczniej, bo w Rosji moga teraz zle reagowac na ukrainskie blachy, a wogole pętac sie z bardzo drogim towarem (rurami????) kolo Odessy tez nie jest za dobrym pomyslem bo ta Odessa zawsze byla niepewna a teraz tez cos tam sie kłębi. “Wiec co? pojechalem przez Bulgarie. I co? Dostalem dwoch Ruskich do pokoju!”. Wiec Stiopa mi sie chwali jak to dzielnie walczyl na Majdanie, skoro kumplom z kajuty nijak nie moze…

Ogolnie zycie na promie bardzo mi sie podoba. Jest tylko jeden problem- godziny mijaja a za oknami wciaz Burgas…

Budzimy sie w piekny sloneczny poranek. A co za oknami? Burgas oczywiscie! :) Prom stoi gdzie stal i chyba mu tu dobrze. W kolejce po sniadanie tocza sie rozne rozmowy a glowna z nich to kiedy odplyniemy. Szacunki sa rozne i glownie na rozne godziny dnia dzisiejszego. Ktos tam wspomina jakis prom z polnocnych rzek, gdzie czekali tydzien i wrocili skad przyjechali bo prom sie skutecznie zepsul. Popularne sa tez tematy dotyczace burz, wichur, sztormow, wiec co gdzie zalalo, urwalo, zassalo, zasypalo, powywracalo. Niektorzy tez rozwazaja gdzie lepiej trzymac pieniadze za towar- czy przy sobie czy w ukryte w aucie. Zdania sa podzielone. Dzis jest juz zdecydowanie wiecej pasazerow wiec chyba szansa na odplyniecie rosnie. Tiry sa juz upakowane jak ryby w puszce, nie tylko pod pokladem ale i na wierzchu.

Okolo 10 wszyscy wybiegaja na poklad- jedziemy! Fajnie widac portowe urzadzenia, inne statki, falochrony, kormorany, mewy skrzecza.

Jakas łódz plynie rownolegle do nas, chyba nas eskortuja i prowadza we wlasciwa strone. Cos tam pokrzykuja do zalogi.

Jakis czas plyniemy wzdluz wybrzeza. Smiesznie tak obserwowac miejsca gdzie bylismy, zatoczki naszych biwakow. Tu “krokodylowe” plaze kolo Djune, tu dobrze znane opuszczone hotele..

Tu cos dziwnego lezy w morzu- zatopiony statek czy jakies kontenery?

Jakas wypasna willa a w tle radary?

Mijamy tez jakies ciekawe wyspy o ktorych istnieniu nie mialam pojecia.

Potem lądy coraz bardziej błękitnieją, krajobraz sie ujednolica i pozostaje obserwowanie tylko meduz i innych pasazerow.

Przewazaja kierowcy w srednim wieku, o ciemnej karnacji i wygladzie faceta a nie wydepilowanego gogusia o miekkich rączkach niemowlecia. Jedzie tez kilkoro turystow, dwie rodziny z kilkuletnimi dziecmi, kilka dosyc spasionych i krzykliwych ormianskich dziewczat oraz jeden turysta plecakowy z ktorym nikomu nie udaje sie nazwiazac kontaktu- chlopak wyraznie trzyma sie na uboczu i wiekszosc czasu spedza w swoim pokoju- nawet na posilki rzadko przychodzi. Niemowle jest jedno wiec bardzo sciaga wzrok i usmiechy pasazerow. Non stop ktos skrobie za uszkiem, ciagnie za nozke, lub przynosi podarki- to ciasteczka, to jogurciki.. Malenstwo nie pozostaje dluzne i wdzieczy sie do wszystkich niemilosiernie, gugajac, mrugajac oczkami i robiac slodkie minki. Jak jej to zostanie to za 15 lat bedzie wesolo... ;) Strasznie zaluje ze nie mam aparatu, albo lepiej ukrytej kamery ktora moglaby zarejestrowac miny tirowcow jakie robia do kabaka. Jakie wyłupiaste oczy, jakie kląskania jak zaba, chowanie geby w dloniach i wyskakiwanie bokiem, skakanie jak malpy, popiskiwanie cienkim glosem. I to wszystko aby zdobyc usmiech niemowlęcia. Na szczescie kabaczek staje na wysokosci zadania i nie skąpi usmiechu dla nikogo :) Acz na rece do obcych sie troche boi. Jedną Katje wyroznia i u niej na kolanach czy rekach siedzi bardzo ochoczo.

O czym jeszcze gadaja tirowcy? Ze tachograf trzeba ustawic w pozycji “prom”. Jeden ustawil inaczej i teraz sie martwi ze beda klopoty. Zmienic juz nie moze bo ciezarowki sa tak upakowane ze nawet jakby kapitan pozwolil to isc tam byloby niewykonalne.

Rytm dnia wyznaczaja posilki 8-12-18, wedrowki po piwo do baru lub automatu i czasem skaczace delfiny. Jest tego calkiem duzo, jednak swoje akrobacje zapodaja z zaskoczenia, wiec zrobienie ladnego zdjecia jest praktycznie niemozliwe.

Kilku kierowcow rozgrywa na pokladzie mecz pilki noznej. Jestem pelna podziwu, ze mimo dosc ostrej gry pilka nie ląduje w wodzie. Dzieci jezdza po pokladzie na hulajnogach.

Spora czesc czasu tirowcy spedzaja na sali telewizyjnej. Jest kilka programow ktore najstarszy przerzuca pilotem. Migaja seriale brazylijskie, reklamy i jakies wiadomosci. Dochodza do kanalu gdzie leci jakis film o flocie czarnomorskiej. Marynarze dzielnie rozwiazuja jakis problem z woda wdzierajaca sie do kotlowni. Pomruk zadowolenia wypelnia sale. Tym razem ten program zostaje na ekranie.

Pasazerowie maja tez cwiczenia z “bezpieczenstwa” tzn. wszyscy ubieraja kamizelki, gwizdza w zawieszone na nich gwizdki i zawziecie sie fotografuja w tych niecodziennych strojach. Wszyscy sie swietnie bawia. Zaloga oprocz kamizelek ubiera tez kaski. Niemowlak nie dostaje kamizelki.

Tu my z Azerami.

W kolejce do posilkow zauwazamy, ze czasem ludzie nie stoja normalnie jeden za drugim tylko tworza sie wieksze przerwy. Zastanawiamy sie czy to przypadek czy to ma jakis glebszy sens. W czasie obiadu sprawa sie wyjasnia. Jak zwykle puszczaja mnie przodem, zebym nie musiala stac (tak jest tu w zwyczaju wzgledem kobiet). Najpierw przepuszczaja mnie znajomi Azerowie a potem jest wlasnie ta duza przerwa. Azerowie komentuja: “te Zydy pewnie jej nie przepuszcza..”. Dalej stoi dwoch chlopakow z wytatuowanymi na rekach krzyzami. Dokladnie takimi jak opowiadal Aszot , ze maja jego synowie, zeby ich w Rosji nie bili.. Coby na pierwszy rzut oka bylo widac ze mimo ciemnych kaukaskich gęb nie sa Czeczenami. Chlopaki oczywiscie mnie przepuszczaja dalej. Dystansu do Azerow jednak nie zmniejszaja ponizej 3 metrow. Jeden sie odwraca tylko i imituje spluwanie na podloge. Azerowie udaja ze nie widza. Chwile pozniej nabieraja zarcie z tej samej michy i siadaja ostentacyjnie w dwoch skrajnych kątach sali. Poki co nigdy wczesniej nie widzialam Ormian i Azerow razem, na malej powierzchni. Nic dziwnego ze nie wolno im rozgrywac ze soba meczy w pilke nozna na eliminacjach do mistrzostw swiata itp. Ciekawe tez czy kapitan bierze to pod uwage w lokowaniu pasazerow po pokojach…

Zaczynaja nas dochodzic wiesci z Turcji- ze cos znow wybuchlo, ze byl jakis przewrot, ze Erdogana chcieli obalic, ze nie wiadomo kto tam w tej chwili rzadzi, ze granice sa zamkniete, ze lotniska sa zamkniete. Z tej racji nawet nasz prom zmienia trase i plynie tak aby nie wjezdzac na wody terytorialne Turcji. Zwykle ponoc promy trzymaja sie wybrzezy- nasz wali przez srodek morza. Kapitan obwieszcza nam to przez glosniczki. Ale po co wogole? Czy to ma jakies znaczenie jak plyniemy? Tirowcy zaraz wyprowadzaja nas z bledu- jak nie trzymamy sie lądow to nie bedzie zasiegu na komorki! Wieczorem Azerowie okupuja barowy telewizor, kreca pokretlami, biegaja z jakimis kablami. Staraja sie za wszelka cene zlapac tureckie stacje. Pojawia sie na chwile jakis koles w turbanie na tle tureckiej flagi, ale to mgnienie, zaraz ekran zasypuje snieg. Kamran kreci cos tam z tylu pudła i turbaniec wraca na ekran, ale tylko na chwile, potem zastepuja go jakies sceny biegajacych ludzi, ni to zamieszki, ni to jakis pochod. Nasi Azerowie bardzo emocjonuja sie sytuacja w Turcji. Turkow nazywaja bracmi, ale Erdogana szczerze nienawidza. To zly prezydent, trzeba go zmienic- mowia. Sekunduja wojskowym od przewrotu. Telewizor mija grupka przechodzacych Ormian. Patrza na turecki kanał rzucajac w przestrzen: “dziki kraj” i z niesmakiem odwracaja glowy...

Czyli na dzien dzisiejszy nie da sie dojechac do Gruzji inaczej niz promem? Droga przez Kaukaz zamknieta- osuwiska, droga przez Turcje zamknieta- przewrot, droga przez Abchazje zamknieta trwale- nielegalne wtargniecie na teren Gruzji. Lądem mozna tylko przez Rosje i Azerbejdzan? Sie porobilo...

Na stolowce wisi regulamin. Jak zwykle regulaminow nie lubie to ten jest krotki i sensowny. Nie wolno palic w kajutach, mozna palic w barze i na pokladzie. Ludzie do tego sa w stanie sie stosowac. Tu nie wolno, tu wolno. A nie jak np. w polskich pociagach- nigdzie nie wolno. To wiadomo ze przepis jest martwy, ludzie sie nie beda stosowac i wynik jest taki ze nie mozna sie dostac do kibla. Na promie zabronione jest tez pijanstwo. Nie picie alkoholu ale upijanie sie i rozrabianie. Ktos robi bydlo- informacja do firmy i klopoty. Chlopaki wiec codziennie robia flaszke czy buklak wina, normalnie, w barze, przy stole, a nie jak dzieci na koloniach z butelki w skarpecie pod lozkiem. I jakos krzykow, bijatyk czy zwlok lezacych w korytarzach nie ma. Jest jeszcze jeden punkt ktory budzi czasem spore kontrowersje. Czas na promie jest godzine do tylu w stosunku do czasu moskiewskiego. Dwoch chlopakow bardzo sie burzy na to stwierdzenie- przeciez prom plynie z Bulgarii do Gruzji- co do tego maja Ruscy? Czego sie tu tez wpierdzielaja? Ktos z boku pyta- “a wiecie jaki jest czas moskiewski”? “No oczywiscie, godzine sie rozni od naszego” , “No wlasnie. Wy wiecie. I inni tez wiedza. I o to chodzi”.

Kiedy doplyniemy? Tego nie wie nikt. Sa rozne spekulacje, domysly i rozwazania. A poza tym- czy to istotne? Karmią? Karmią. Jest cieplo, jest gdzie spac, na łeb sie nie leje. Jest alkohol. Mozna siedziec, lezec, pic, opalac sie na pokladzie, ogladac telewizje, grac z kumplami w karty, szachy, nardy. Tam gdzie doplyniemy znow otoczy nas pospiech, znow wiekszosc ludzi bedzie starac sie wycisnac dzien jak cytryne, zdążac, zaliczac, doganiac. Tu czas plynie inaczej. Krajobraz pozornie sie nie zmienia, a gapiac sie w dal czesto wpada sie w rodzaj letargu. Do Batumi jeszcze dzien lub trzy. Silnik buczy rownomienie. Przejazd takim promem przydalby sie wielu ludziom, ktorzy nie potrafia sie zatrzymac, ktorzy nawet na sekunde nie umieja zwolnic. I od urodzenia do smierci, gonią sie, zaliczają. Czy to szkola, czy praca, czy urlop- wiecej, dalej, szybciej, wyzej, czesciej. Do Batumi jeszcze kilka dni…

Prom plynie wolniej niz na poczatku. Widac to nawet golym okiem, patrzac na wode i falki. Cos ponoc nie tak jest z silnikiem. Dziala poki co, ale nie pełną parą.. W automacie skonczylo sie piwo... Morze przez wiekszosc trasy jest spokojne, acz kazdego dnia troche inne. Rozni sie kolorem, struktura falek. Czasem jest przezroczyste, a czasem jakies takie mleczno mętne, jakby podswietlone od srodka. Horyzont czasem jest widoczny a czasem wielka połać wody zlewa sie z niebem w jedno. Chmury zbierajace sie na widnokregu tworza rozne dziwne odbicia w wodzie przypominajace pląsające pasy, od ktorych sie troche kręci w glowie.

Woda niesamowicie sie nieraz skrzy w sloncu

Zachod slonca tez codziennie jest ciut inny, od pomaranczu i czerwieni az we fiolet, z chmurkami lub bez, ze sloncem zwyklym , kulistym albo przypominajacym wrecz atomowego grzyba.

Ktoregos poranka, a chyba bylo to dnia czwartego, okazuje sie ze stoimy. Albo doplynelismy albo silnik sie totalnie zrąbał… Wylazimy na poklad. Wszedzie wokol morze.. Czyli jednak silnik… Po chwili udaje sie wypatrzec na horyzoncie jakis ląd, ktory podejrzewamy o bycie Gruzją. Z mgly wylaniaja sie dziwnoksztaltne budynki na tle ogromnych gor. Tak daleko ze ledwo widoczne.

To samo miasto na zoomie ponad 50

Zaloga mowi ze czekamy. Plotki krążą rozne- od takich ze czekamy na redzie na wejscie do portu, do takich ze to rzeczywiscie silnik i czekamy na holownik ;) Kapitan mowi ze nie wiadomo kiedy bedziemy w Batumi bo nie mozemy nawiazac kontaktu z portem. Od rana nie odpowiadaja a nie mozna tak ot podplynac bez zaproszenia. Pytam ze moze by mozna wyslac kajakiem posła aby nas zameldowal. Kapitan sie smieje ze nie jestem pierwsza osoba ktora to zaproponowala, byli juz nawet ochotnicy. W barze skonczylo sie wino. Posilki nadal sa wydawane, mimo ze juz wczoraj przekroczylismy planowany (standardowy) czas przejazdu. Wieczorem poruszenie na pokladzie! Pojawila sie wibracja w podlodze. Załączyli silniki- plyniemy! Tylko czemu nie w strone Batumi? Co my do Turcji plyniemy? Prom obraca sie wokol wlasnej osi. Silniki gasna. Ile mozna plynac... ;)

Prom ostatecznie doplywa do portu w srodku nocy. Bez problemu udaje sie przekonac kapitana zebysmy mogli do rana zostac w kajucie- bo co my zrobimy w nocy w Batumi z wrzeszczacym niewyspanym kabakiem? Nie spie jednak dobrze. Cala noc mi sie sni, ze sie budze i widze za oknem pelne morze. Albo ze zaczely wjezdzac nowe tiry, zablokowaly skodusie i wracamy do Burgas. Co chwile budze sie z sercem w gardle i rzucam sie do okna. Widzac portowe latarnie udaje sie uspokoic, polozyc i zasnac ale nie na dlugo. Sny wracaja…

Na odprawie paszportowej przed nami stoi w kolejce Rosjanka z corka. “Dokąd? Po co? Ile wam to zajmie? Torbe otworzyc! Co to jest? Wyjąć!” - strazniczka rzuca z oczu blyskawice. Juz sie troche obawiamy przeszukiwania calej skodusi i problemow- w koncu jest wypakowana po dach kabaczym żarciem, wyglada jakbysmy wiezli to na handel. Do nas jednak strazniczka zmienia sie w krancowo inna osobe. Usmiech od ucha do ucha: “Welcome to Georgia”!

cdn

jabolowaballada.blogspot.com

Obrazek użytkownika buba
Dżigit
Niedostępny
Ostatnio był(a): 5 miesięcy 2 dni temu
Dołączył: 14.12.2011 - 18:59
13 Styczeń, 2017 - 10:08

Re: Promem na trasach Burgas- Batumi i Batumi- Iliczewsk

Rano stawiamy sie po bilety na prom, godzine przed czasem, a juz jest spora kolejka. W kolejce sa jacys bialoruscy kierowcy, para ukrainskich rowerzystow w srednim wieku, bardzo umalowane mlode niewiasty w ilosci kilka oraz dwoch niemieckich turystow, ktorzy chyba czuja sie bardzo zagubieni i zaszokowani wszystkim co ich otacza. Wyglada na to, ze spadli tu z ksiezyca i chyba bylo to niedawno bo sie jeszcze nie ogarneli. Od poczatku jakos poczulismy sympatie do rowerzystow i z nimi rowniez spedzimy wiekszosc czasu na promie. Na razie dowiadujemy sie, ze nazywaja sie Aleks i Swieta i pochodza z Dniepropietrowska. I ze tez wczoraj chcieli kupic bilety ale ich rowniez odeslali z kwitkiem. Sa rozezleni bo w druga strone kupowali bilety przez internet i nie musieli stac w kolejkach. Dzis spali na plazy i nie wspominaja tego milo. Jakos do tego tematu nie chca wrocic ani teraz ani potem wiec ostatecznie sie nie dowiedzialam co nieprzyjemnego moze spotkac turyste na nocnej plazy tego, jakze wspanialego, kurortu.

Babka biletowa jest wyjatkowo antypatyczna i w niczym nie przypomina przemilego i wesolego Draga z bulgarskiego Burgas, gdzie pozyskiwalismy poprzednie bilety. Tu sprzedajaca zachowuje sie jakby osadzono ją tu za kare i robila wielka łaske, ze spisuje paszporty czy wydaje bilety. Ciagle gada przez telefon i mamy podejrzenia, ze nie sa to rozmowy sluzbowe tylko najzwyklejsze ploty z kolezankami. Niestety nikt z czekajacych nie zna gruzinskiego wiec owe oskarzenia pozostaja jedynie przypuszczeniami. Swoje znudzenie codzienna praca owa niewiasta nie demonstruje tylko przez wywracanie oczami czy wielce wymowne miny, ale takze rzucajac co chwile zjadliwy komentarz, wyraznie nie pod nosem do siebie, ale w jezyku takim aby wszyscy w kolejce zrozumieli- juz bez domyslow i domnieman. “Wiecej was nie bylo?”, “Czemu wszyscy dzisiaj?”, “Pojechalibyscie pasazerska linia a nie półtowarową!”, a do tirowcow: “Towarowy zaladunek zalatwia sie inaczej a nie tu zawraca glowe w dniu odjazdu promu”..
Paszporty sa spisywane przez godzine, pozniej ukladane na kupke a ostatecznie kupka ulega wykoceniu pod biurko. Niemcy prawie schodza na serce. Potem dostajemy formularze, z ktorymi musimy sie udac do banku kilka przecznic dalej. Na szczescie rowerzysci widzieli ten bank i nas zaprowadzaja. Na etapie bankowej platnosci okazuje sie, ze Niemcy nie chca plynac dzis tylko za tydzien! Oczywiscie kupno biletow z takim wyprzedzeniem babce wogole nie miesci sie w glowie! Ze tez ktos mogl wpasc na tak absurdalny pomysl! Zartuja? Jaja se robia? I jeszcze sie pytaja o ktorej godzinie on za tydzien bedzie! Toz nie wiadomo o ktorej dzisiejszy wyplynie! A za tydzien to nawet nie ma pewnosci czy napewno w srode! Niemieckie chlopaki coraz bardziej sie denerwuja, ze nikt nie chce im udzielic odpowiedzi i sprzedac biletow, mimo ze czekaja w kolejce juz dwie godziny! I czemu nikt tu nie mowi po angielsku? Gdy juz sie udaje znalezc jakas babke, ktora robi za tlumacza i wydaje sie, ze wszystkie trudne sytuacje sa zazegnane i pod kontrolą, na tym etapie okazuje sie, ze w kolejce czeka tez gluchoniema.. Jak za pomoca obrazkow rysowanych na kartce wytlumaczyc, ze na prom trzeba stawic sie o 18 ale nie wiadomo czy wyplynie przed switem? Ktos wpada na pomysl, ze moze by napisac dziewczynie na kartce. Niestety nie rozumie angielskiego, niemieckiego, rosyjskiego, gruzinskiego ani polskiego. Paszport ma gruzinski ale jest blondynka o niebieskich oczach. Wsrod tego calego kociokwiku, atrakcyjnosci chwili dodaje niemowle, ktore nie wiedziec czemu caly czas rechocze. Jakby rozumiala zainstniala sytuacje i ją to bardzo bawilo. Wiec wszystkie sprzeczki, klotnie i rozmowy maja akompaniament histerycznych wybuchow dzieciecego smiechu, co mam wrazenie, ze osoby w kolejce bardzo bawi a pania sprzedajaca zdecydowanie mniej ;)

Ufff po dwoch godzinach i kilkakrotnym bieganiu po Batumi mamy w łapie bilety!

Idziemy do knajpy. Tam jakis Iranczyk o wygladzie Chinczyka (nigdy nie przypuszczalam, ze w Iranie sa skosnoocy) robi nam ukradkiem serie zdjec. Gdy nasze spojrzenia sie krzyzuja, łamanym angielskim tlumaczy “bo jestescie piekni” i ma glupia mine.

W porcie stawiamy sie przed 18. Prom stoi, zaczyna lac ale nie chca nas wpuscic bo “trwa wyladunek”. Chyba wyciagaja towar gdzies pod wode bo dokladnie widac opuszczona rampe, po ktorej nic nie wyjezdza. Mamy oczekiwac pod wiatkami, pod ktore coraz bardziej zacina deszcz a ciec przychodzi pobrac oplate za samochody, ktore zmuszone sa stac na platnym parkingu miedzy zamknietym juz portowym szlabanem a promem na ktory nie mozemy wjechac. Ciec probuje pobrac tez oplate od rowerzystow ale go wysmiewaja. Cena nie jest wygórowana , jakies 5 zl ale absurdalnosc sytuacji jest porazajaca.

Siedzimy wiec pod wiata i gadamy z poznanymi juz w kasie biletowej rowerzystami z Ukrainy. Obydwoje sa wykladowcami na jednej z dniepropietrowskich uczelni. Od wielu lat urlopy spedzaja na rowerach zwiedzajac rozne kraje. W tym roku po raz pierwszy zostali zmuszeni do noclegow w namiotach bo przy obecnym kursie hrywny nadzwyczajniej ich nie stac na hotele czy knajpy w Gruzji. Mimo ze jak na warunki ukrainskie zarabiaja calkiem niezle. Szybko schodzi na polityke, na ktora dosc utyskuja, “ze byli zlodzieje i sa zlodzieje, ale wczesniej choc wojny nie bylo”. W Dniepropietrowsku mieszkaja przy lotnisku. Ponoc co chwile ląduja samoloty z trupami i rannymi wracajacymi z frontu. Ranni zajmuja wszystkie miejskie szpitale. Jak ktos zlamie noge lub dostanie zawalu to ma przechlapane “bo bohaterowie maja pierwszenstwo”. Ale i tak mieszkancy sie ciesza, ze ich miasto nie podzielilo losow Doniecka. A ponoc bylo blisko, bo tu tez pojawily sie ruchy separatystyczne, ktore zdecydowanie cos kombinowaly i probowaly wypowiedziec posluszenstwo nowym, samozwanczym wladzom z Kijowa i isc “inna droga”. Na tym etapie ponoc wkroczyl do akcji Kołomyjski -mer/gubernator miasta, lokalny udzielny wladca i oligarcha, “Żyd ale ludzki” jak go okresla Aleks. I on ponoc separatystow wylapal, powsadzal do pudła, bardziej agresywnym poukrecal łeby i jakis czas nie opowiadal sie po zadnej ze stron. A potem zdecydowanie sklonil sie ku wiernosci i poparciu dla Kijowa. I dzis mieszkancy miasta patrzac na lądujace samoloty z “zywym lub juz-nie ładunkiem” widza przed czym zostali uratowani. I ponoc Kołomyjskiemu mocno notowania wzrosly- “krasc kradnie, ale uratowal nas przed wojna”, Dzieci w przedszkolu spiewaja o nim piosenki.

Na prom probuje sie tez dostac Wojtek z Poznania. Nie ma biletu ale probuje sie jakos dogadac z pogranicznikami albo obsluga. Przeciez na promie jest kupa miejsca- w barze czy na sali telewizyjnej, nie trzeba przeciez miec kajuty i wyżywienia. Ostatecznie chyba mu sie nie udaje, bo potem go juz nie widzialam- ani na promie, ani w porcie w Iliczewsku.

Po jakis dwoch godzinach wpuszczaja nas na prom. Prom, mimo ze ciut drozszy od bulgarskiego jest bardziej siermieżny i starszy. Wyglada jak prom a nie jak plywajacy hotel. Ale o dziwo jest tez bardziej sztywniacki. Do auta w czasie rejsu schodzi nie wolno, alkoholu w barze (ani gdzie indziej) sie nie pije, gosci do swojej kajuty zapraszac nie wolno. Kapitan tez mniej wyluzowany od poprzedniego, łeb trzyma wysoko jakby kija łyknal. I tylko łapą na regulamin wszyscy pokazuja. Karmia zdecydowanie gorzej. Na obiad jest zawsze jakas breja “przeglad tygodnia”, zadnych frykasow typu wino, jogurciki, slodycze, owoce. Plus jedynie taki, ze kajuta duzo wieksza i kabacze łózeczko wchodzi bez problemu a nie na wcisk.

Zapach porannej zupy mlecznej, ktory niesie sie po korytarzach przypomina mi przedszkole.

Czas plynie spokojnie. Ludzie jakos siedza w swoich kajutach, nie maja parcia na miedzynarodowe bratanie. Gadamy jedynie z Aleksem i Swieta, chwile tez z rowerzystami z Chersona acz oni sa takimi maniakami, ze o czyms innym niz rowery rozmawiac nie potrafia. A jaki smar, a jakie hamulce, a maksymalna predkosc a odciski na dupie, a droga hamowania, a srednia predkosc podjezdzania na przelecz. Aleks ze Swieta poczatkowo wymieniaja sie z nimi doswiadczeniami, ale widze, ze po kolejnych wodospadach danych technicznych tez im zapał opada. Nas, poruszajacych sie samochodem, wogole traktuja jak turystow gorszej kategorii. Bo jak mozna patrzec z szacunkiem na czlowieka, ktory nie potrafi godzine perorowac o kaskach? Druga sprawa tych rozmow jest taka, ze uzywaja tak specjalistycznego slownictwa ze ¾ z tego wogole nie rozumiem ;)

Zapewne jest to wielka szkoda, ze ten prom nie byl naszym pierwszym. Bo tak caly czas porownujemy- “a bo w Burgas..”. A ten prom naprawde nie jest zly.. Tylko ze dobre w porownaniu z rewelacyjnym zawsze wypadnie blado..

Na gornych pokladach maja tu fajne laweczki ze stolikami. To jest duzy plus nad bulgarskim promem- tam ilosc siedzisk byla totalnie niedostosowana do ilosci pasazerow (4 krzesla i 2 lezanki)

Duzo czasu tam spedzamy z przelanym do plastikowej butelki winkiem. Tirowcy tez przemykaja z butelka wodki owinieta w gazete lub schowana do skarpety. Nikt tak naprawde nie wie co wolno a co nie.

Kierowcy chetnie spedzaja czas przy stolikach- twierdzac, ze "widoki na morze sa przecudne" ;)

Plyniemy zgodnie z planem 36 godzin. Widac dokladnie, ze ten prom zapiernicza ostro, widac ogromna roznice ze slimaczym tempem tego burgasowego. Chyba tamten naprawde musial miec zrąbany silnik. Woda spod burt umyka jak szalona a delfiny nie potrafia nas dogonic. Kilka razy probuja ale natychmiast zostaja w tyle.

W ktoryms momencie na horyzoncie widzimy cos zupelnie jak trąba powietrzna. Takie same jak te w Kobuleti miesiac temu! Tylko ze tamte wysuwaly wypustki i chwile pozniej sie “wchłanialy”. A tu jedna siegnela ziemi tzn morza i troche tam zabełtala. Promu toto by chyba nie wywalilo.. Chyba.. nie znam sie na promach i trabach.. Ale to zjawisko bardzo mi sie nie podoba..

Dlugo nie widzimy lądu bo siedzi we mgle. A potem myk i nagle sie pojawia tuz tuz. Widac wielkie i tlumne zabudowania Odessy, mniejsze Iliczewska.

Ogolnie brzeg jest mocno zapchany, na dzikie plaze nie ma tu chyba co liczyc..

Zanim dotrzemy do brzegu mijamy wiele statkow, zaladunkow, dzwigow.

Jest tez iles zapomnianych, pordzewialych i wpolzatopionych wrakow.

Gdy dobijamy, przychodza pogranicznicy na odprawe paszportowa. Pytaja nas o nasze dalsze plany, czy jedziemy do domu. No tak, do domu, juz do Polski. No bo nie do Rumunii czy Rosji. Nie opowiadamy im o planach dlugiego zwiedzania Ukrainy no bo i po co- co ich to obchodzi? I to okazuje sie ogromnym błędem.. Tym razem zwierzenia pogranicznikom by nam wyszly na dobre…

Po przybiciu do portu nic nie wiadomo. Piesi i rowerzysci sie rozpelzaja. Tirowcy biegaja z teczkami papierow pod pachą i obłędem w oczach. A my zostajemy ze skodusia przyblokowana przez tiry na piątym pokladzie, gdzie nie ma jak sie dostac bo sa zablokowane drzwi. Winda zjechac nie mozemy bo robi pipipi i nie rusza z miejsca. Jak sie potem okazuje ma naklejke “nosnosc 400kg” ale jest ustawiona na 200 kg a taka mase wraz z bagazem przekraczamy. Dorwac kogos z obslugi promu graniczy z cudem. Ostatecznie udaje sie dostac na dolny poklad, toperz biega po rampie gdzie zjezdzaja tiry. Skodusia jest na gornej czesci dolnego pokladu, gdzie dostac mozna sie przez zjazd albo przez zablokowane drzwi, ktore wygladaja jak do lodzi podwodnej i ani toperz ani dosc przypakowany ochroniarz nie potrafią ich otworzyc. W koncu odzyskujemy nasze autko, zjezdzamy z promu i gdzie mamy jechac dalej nie wiemy.

U wylotu promu stoi jakies zabytkowe auto- ponoc sprowadzane na zamowienie dla jakiegos lokalnego kacyka, ktory takie kolekcjonuje. Kilka osob z obslugi czuwa nad bezpieczenstwem autka i wlasnym cialem ochrania aby nikt przypadkiem nie przyhaczyl wyjezdzajac.

Pamietajac jak to wygladalo w Gruzji musimy znalezc wyjazd z portu, ktos zajrzy w bagaznik czy tam nie ma trzech ciapatych i bedzie ok. Nasze domysly sa jednak totalnie chybione. Tutaj wyglada to zupelnie inaczej. Obsluga promu mowi, ze trzeba jechac do celnikow na “mitnyj kontrol”.

Tam trzeba wejsc do budynku i ich szukac. Odnalezieni celnicy mowia, ze trzeba skserowac nasze paszporty i na kserze podbic jakas pieczatke. W tym celu mamy sie udac do bialego pietrowego budynku obok. Budynek jest hen za torami i majaczy na horyzoncie. Jako ze jestesmy z niemowlakiem wyjatkowo pozwalaja nam pojechac tam autem. Przejazd przez tory jest przystosowany chyba pod tiry (albo czołgi)- małe kolka skodusi grzezna w wykrotach miedzy torami, szyny wystaja nad beton chyba z 20 cm. Przy pokonywaniu kazdego toru rozlega sie donosne łup! a my cieszymy sie w duchu, ze zalozylismy tą ochronna szyne pod skrzynie biegow i wzmocnione gumami sprezyny z dostawczaka w koła. Wnetrze bialego budynku sprawia wrazenie nieco opuszczone a o obecnosci czlowieka przypomina jedynie zapach dawno nieczyszczonego kibla. W owym budynku nikt nam nie chce skserowac dokumentow, mowia ze to do nich nie nalezy, wykrecaja sie brakiem papieru, tuszu, czasu. Nawiazanie przyjaznej rozmowy ze strozem pozwala udroznic inne kanaly. Stroz prowadzi nas do jakiegos malego pokoiku na uboczu gdzie jest jego znajomy i ma ksero. Nie wiem czy to jest wlasnie to miejsce, ktore mielismy odnalezc, bo sie okazuje, ze znajomy stroza jest bardzo zorientowany np. wie ze paszporty trzeba skserowac dwa razy. Teraz z tymi papierami mamy uzyskac jakas pieczatke i w tym celu mamy isc do blaszanych budek. Na jednej z nich wisi tabliczka “Przewozy Batumi- Warna”. Siedzaca wewnatrz kobieta, o makijazu i odzieniu mocno wyzywajacym jak na sekretarke, oswiadcza ze “inspektora nie ma, poszedl gdzies z komorka i ona tez by chciala zeby juz wrocil” (tu usmiecha sie zalotnie i poprawia wlosy). Zatem siadamy na betonie i czekamy. Kabak wrzuca pileczke w jakas szczeline i za cholere nie moge jej wyciagnac. A to ulubiona pileczka! Musze rozebrac kawalek chodnika aby sie dostac do uwiezionej pileczki. Czekamy. Na scianie blaszanej budki jest jeszcze druga tabliczka, informujaca, ze jest to punkt kontroli sanitarnej. Obok zaparkowaly dwa tiry wiozące swiniaki. Prosieta kwicza zalosnie stojac na ostrym sloncu w rozpalonych, zelaznych klatkach i potwornie smierdza. Macki tego zapachu rozpelzaja sie po calej okolicy. Woń widac przeszkadza tez wydekoltowanej urzedniczce, bo raz po raz opyla swoja budke sprejem o mocnej nucie wanilii. Polaczenie aromatow jest zabojcze. Odchodze kawalek dalej. Juz wole same swinie. Nie mamy pojecia gdzie chca dowiezc te zwierzaki ale zaraz beda skwarki! Choc z drugiej strony, jak kilka zdechnie to pewnie i tak nie bedzie problemu. Zdechniete tez sie wmiesza do pasztetu a historia z portu w Iliczewsku na zawsze pozostanie nieznana dla przyszlych konsumentow. Mamy dziwne wrazenie, ze te tiry jechaly z nami promem - rozpoznaje kierowcow. Tylko ze na promie nic nie kwiczalo- moze swianiaki dostaly cos na sen? Czy dopiero teraz je zaladowali z innego statku?

My trzody chlewnej nie wieziemy a inspektor jednak tez obcykuje skodusie jakims dziwnym urzadzeniem, ktore wyglada jak smartfon na kiju, jakimi to robia sobie zdjecia turysci na plazach i na tle zabytkow. Dzwieki toto wydaje jak licznik Geigera w miejscu, z ktorego trzeba sie natychmiast oddalic. Zarazkow wąglika ani swinskiej grypy chyba nie znalezli bo dostajemy pieczatke na ksera paszportow. Inspektor ociera pot z czola i udaje sie do budki, skad juz po chwili dochodza chichoty jego i urzedniczki. Swiniaki dalej stoja na sloncu. Kirowcy tirow zdejmuja koszulki i nacieraja cielska kremem z wysokim filtrem.

Wracamy do celnikow. Teraz nastepuje chyba wlasciwa procedura- ogladanie zawartosci auta, wklepywanie danych w komputery, wpisywanie w zeszyty- w rowne zielone tabelki obramowane srebrzystym cienkopisem. Na tym etapie wychodzi rozbieznosc- czy skodusia byla juz kiedys na Ukrainie. Tak i nie.. Bo numer podwozia byl a blachy nie. Wot problem! Tlumacze, ze blachy sa nowe bo poprzednie zostaly skradzione. Celnik za cholere nie moze pojac po co krasc blachy- na zlom? Podejrzenia u nas byly takie, ze grasowala w okolicy szajka, ktora pozyskiwala cudze blachy, przypinala na swoje auta, tankowala benzyne do pelna i zwiewala ze stacji bez placenia. Blachy wyrzucali do lasu a zapis na kamerach pozostawal taki a nie inny. Celnik calkiem nie moze pojac mysli przewodniej zlodziei- ale jak poleciala benzyna jak nie zaplacil? No tak! Tu sie najpierw placi, mowi ile ilitrow i wtedy odblokowuja dystrybutor! Jak mowisz “do pelna” to od razu jestes podejrzany! Ukrainiec wiec cmoka nad nieodpowiedzialnoscia polskich stacji benzynowych.

Celniczka dlugo sie meczy co wpisac w komputer- bo sa dwie opcje czy samochod byl na Ukrainie, tylko “tak” i “nie” i miejsce na dwa numery. Obojetnie czy nasze numery wpisze sie z “tak” czy z “nie” to wywala na czerwono. Wolaja jakiegos kolege, ktory pomaga im przelamac informatyczne bariery i otworzyc jakies okienko pomocnicze z mozliwoscia opisu. Babka wklepuje tam dlugi elaborat. Nie wiem czy tez wspomniala o zasadach funkcjonowania polskich stacji benzynowych i swoich snach z poprzedniego tygodnia, ale stuka zamaszyscie ze zmarszczona brwia chyba 15 minut. Celnik robi mi hebate i podsuwa ciasteczka. “Zieloną czy owocowa?” Wypytuje o wakacje w Gruzji, powod tak dziwacznego transportu, opowiada jak byl kiedys w Kutaisi przed laty z jakas szkolną wymianą. Na tym etapie pada tez pytanie (a raczej stwierdzenie) ze zapewne mamy wbity “tranzyt” czyli 10 dni. Jaki k… tranzyt? Jakie 10 dni??? Przeciez na Ukrainie mozna byc bez wizy 60 albo 90 dni, juz nie pamietam dokladnie ale nie 10! No tak, ale nigdy nie jechalismy tranzytem. Zawsze byl wjazd z Polski i powrot. Celnicy nie wiedza i nie potrafia sprawdzic co mamy wbite bo ta informacja jest w komputerach pogranicznikow i wyswietli sie dopiero na polskiej granicy. Przypomina mi sie to pytanie czy jedziemy do domu. Pewnie wlasnie o to chodzilo. I pewnie babka wbila “tranzyt”. Niech to szlag! I jeszcze nie ma jak tego sprawdzic! I jeszcze nikt nie wie co grozi za przekroczenie tego czasu- czy mandat 200 UAH czy moze zakaz wjazdu na Ukraine na 5 lat..

Gdy sprawa naszych blach wydaje sie ustalona okazuje sie, ze nie wzielismy najwazniejszej pieczatki z bialego budynku- pozwolenia na wyjazd z portu. Wracamy. Skodusia znow grzeznie na torowisku. Na miejscu wydawania pieczatek wisi kartka z informacja o przerwie obiadowej. Ja pierdziele! To chyba jakis labirynt bez wyjscia…Czekamy. Tylko pol godziny. Stroz czestuje czekoladą. Jest pieczatka. Wracamy. Jeszcze tylko kartka od pogranicznikow z drugiego pietra. Pokoj zamkniety. Ciec z kanciapy z miotlami poleca ich szukac na schodach za budynkiem- przypomina ze maja czarne uniformy, coby zagadac do wlasciwych. Schody sa puste. Ktos poleca isc miedzy tiry. Tam trzeba podbic mala karteczke, ktora dostalismy jeszcze na promie i wogole nie zarejestrowalismy jej obecnosci- zostala nam wsunieta w paszporty. W tym celu trzeba isc do oklejonej plakatami budki, podstemplowac i oddac panu w czerni. On wzamian da nam inna karteczke z inna pieczatka. Wokol sznury tirow na blachach Europy wschodniej i czesci Azji. Kirowcy graja w karty, myja sie w wiadrach, pichca jedzenie. Jeden nadmuchal materac i spi. Inny obcina paznokcie, ktore odskakuja na wszystkie strony. Inny chyba wpadl w jakies otępienie, siedzi na krawezniku, oczy wbil w asfalt i bawi sie jojo. Powietrze drga na upale, przepelnia je gesty i lepki kurz, unosi sie zapach benzyny, smaru i palonej gumy. Czasem podmuch wiatru przyniesie aromat morza lub kibla, zalezy z ktorej strony zawieje. Wszyscy kierowcy wygladaja troche jak jacys przesiedlency, jak ludzie ktorzy zaaklimatyzowali sie na dluzszy pobyt, dla ktorych czas juz nie ma zadnego znaczenia. A moze oni maja racje? Stad chyba nie ma ucieczki. A moze swiat poza tym portem juz nie istnieje?

Z kompletem kartek i stempli stawiamy sie na szlaban wyjazdowy. Jedna karteczka jest cudem odnaleziona. Wyfrunela mi jak bylam w kiblu ale na szczescie ją znalazlam. Nie chcemy wrecz myslec co by bylo gdyby trwale zaginela. Przed nami okienko. Ostatnia pieczatka. Tylko ze przede mna kolejka chyba 40 tirowcow. Kazdy ma w łapie teczke wypchana papierami o grubosci encyklopedii. Babka w okienku studiuje z osobna kazda z kartek wydobytych z teczki. Zakresla, zawija, zszywa. Nie ma podchodzenia bez kolejki. Tirowcy mnie przepuszczaja ale babka odsyla na koniec. Chyba nie starczy nam tych tranzytowych 10 dni na opuszczenie tego portu.. Kabak zaczyna wyc. Nie dziwie sie jej, ja tez mam ochote! Nagla zmiana! Jest podchodzenie bez kolejki. “Riebionek” zmiekcza serca nawet najbardziej zaciętych sluzbistek. Bo taki kochany ciu ciu i ma pulchne nozki! Aleeee… Nie mamy podpisu z magazynow! Jakich k... magazynow!!!!!!!????? Trzeba wrocic do bialego budynku na pierwsze pietro… Czasoprzestrzen zatacza koło. Tam juz bylismy. Powrot do przeszlosci? Ponoc nic dwa razy sie nie zdarza, ta sama rzeka nie istnieje i takie tam. Jesli ktos chce zawrocic czas lub zatrzymac jego bieg to polecam port w Iliczewsku. Oswiadczam babce, ze ja juz nigdzie nie pojde, ze ja juz wszedzie bylam, we wszystkich budynkach i na wszystkich pietrach. Pukalam do wszystkich mozliwych drzwi i juz nie wiem gdzie mam isc a tak wogole to i tak nie ma sensu, bo i tak znajdzie sie w koncu jakis gosc od oliwienia kaloryferow, ktory jeszcze nie pochylil sie nad naszą sprawą. Chyba nigdy wczesniej nie udalo mi sie wyglosic tak plynnie tak dlugiej kwestii. Pare osob probuje mi przerwac ale im sie nie udaje. Wymieniam wszystkie miejsca gdzie bylismy, kogo spotkalismy. Pojawia sie jakis gosc, chyba urzednik konczacy zmiane. I chyba sie nad nami ulitowal bo obiecuje zalatwic sprawe. Jedziemy za nim. Trzeci raz tory. Koleiny coraz glebsze, za kazdym razem koła wyrywaja kolejne porcje zeżwirowaciałego asfaltu. Gosc przed nami widac n-ty raz je pokonuje bo zajezdza bokiem przed trawe gdzie szyny mniej wystaja. Biały budynek. Drzwi wydaja charakterystyczny, juz dobrze znany nam skrzyp. Jak jakas mantra.. I musze zwrocic honor- za tymi drzwiami nie bylismy. Te jedne przegapilam. Po minie babki “z magazynow” widze, ze jej jakos smutno, ze jej pieczatka jest ostatnia i prawie zapomniana i pominieta. A przeciez ona jest wazna. Tak samo wazna jak pozostali, a moze nawet wazniejsza… Zajezdzamy na brame. Mijamy kolejke tirowcow. W okienku jakas inna babka, tapirowana. Mamy komplet kartek, pieczatek i podpisow. Pada slowo “wypuscic”. Szlaban sie otwiera..

Jestesmy na Ukrainie.

Minelo kilka godzin. Nasze dane zostaly wpisane w przynajmniej 8 zeszytow. Glownie przez kobiety w srednim wieku, pieknym, kaligraficznym pismem. Podkreslone na zielono, czerwono i niebiesko. Wziete w ramke. Oddarte na linijsce. Przystemplowane i osuszone bibułka. Wklepane w wielki stary stacjonarny komputer i w trzy laptopy. Dziesiatki pierdzistołkow podkreslilo swoja niezbednosc. Zwiedzilam pokoje wygladajace na opuszczone, z odpadajacym sufitem, takie stylizowane na przytulny domowy salonik oraz obite sidingiem z rzedem nowoczesnych blyszczacych lamp. Wiekszosc spotkanych tam urzednikow byla bardzo mila, uprzejma, chetna do rozmowy i pomocy. I jak roboty zaprogramowana na swojej czynnosci, swojej czesci ukladanki. Wbijam czerwona pieczatke ponizej zielonej. Wpisuje w czarny zeszyt, a pod pieczatka wpisuje kolejny numer seryjny z czarnego zeszytu 3/15/DX/19872. Brak zielonej pieczatki przerywa ten ustalony ciąg i wzbudza panike. Nie ma zielonej pieczatki! Gdzie zielona pieczatka?? Aaaaaaa!

Rozne przygody mielismy na ukrainskich przejsciach granicznych. Zwlaszcza o tych pod koniec lat 90-tych mozna by napisac ksiazke. O ogniskach z tirowych palet, o autach rozkrecanych na srubki, o poszukiwaniach dziel sztuki, o koniecznosci golenia sie na granicy, o łapowkach w pomylonej walucie- ktore otwieraly kazde drzwi, o opowiesciach wspolpodrozujacych, ktore realne czy zmyslone- gleboko zapadaly w pamiec.. Ale to bylo juz lata temu. Myslalam ze specyficzny urok wjazdow/wyjazdow z Ukrainy minal bezpowrotnie. A tymczasem port w Iliczewsku zdecydowanie jest w stanie dorownac najciekawszym przygodom sprzed kilkunastu lat! A moze nawet je przebic? Nieee, tak dobrze to nie bylo! :P

cdn

jabolowaballada.blogspot.com