Twoje konto

GTranslate

Uroki gruzinskiego wybrzeza

9 posts / 0 nowych
Ostatni wpis
Obrazek użytkownika buba
Dżigit
Niedostępny
Ostatnio był(a): 3 mies. 1 tydzień temu
Dołączył: 14.12.2011 - 18:59
20 Październik, 2016 - 22:49

Uroki gruzinskiego wybrzeza

Batumi nas wita pochmurnym niebem i potworną duchotą. Nie pada, nie ma mgly a w powietrzu wisza ogromne ilosci wody. Jest jak w jakiejs szklarni, palmiarni albo egzotarium. Tak sobie wyobrazalam malaryczne puszcze rownikowe. Nie ma najmniejszego przewiewu, powietrze stoi, nie przepraszam- obkleja nas ze wszystkich stron jakas ciepla wilgotna mazią. Nie wiem czy to kwestia pory dnia (8 rano czasu lokalnego) czy pory roku (srodek lipca) ale nie ma tlumow, miasto nie robi dzis wrazenia wielkiego kurortu. Pierwsze wrazenie z Batumi jest dosyc sympatyczne. Zatrzymujemy sie na przepakowanie na jakims dzikim biwakowisku polozonym praktycznie w centrum miasta. Plaza jest stad rzut beretem. Wokol stoja hotele i jakies nowoczesne wieze ktore nie wiem co w srodku mieszcza. Tu jest jakas mala enklawa dzikosci- stoja namioty ozdobione palmowymi liscmi, wisza hamaki, kreci sie mlodziez z bębnami. Atmosfera przypomina klimaty woodstockowe.

Zaraz obok jest wypasny bulwar nadmorski z czerwonymi lsniacymi chodnikami, sciezkami rowerowymi itp Deptakiem czasem przemknie jakis turysta z walizka na kolkach, jakis podrostek na rowerze albo babcia obwieszona rogalikami na sprzedaz. Ale ogolnie jest dosc pusto.

Plaza jest kamienisto- blotnista. Nie wiem czy jest po jakis solidnych deszczach ale wszystko jest takie jakies gliniaste, jakby z mokrego popiolu ktory jak sie na nim siądzie to zaraz oblepia stopy i kuper. Morze jest przyjemnie cieple. Wchodze troche powyzej kolan i zaraz wpadam w jame gdzie zakrywa mnie prawie z glowa. Ogolna atmosfera jakos nie sprzyja dlugiemu plazowaniu. Chyba sie rozpuscilismy na cudnych, klimatycznych i dzikich plazach Bulgarii, gdzie albo piaseczek, albo wygrzana skala i slonce dzien w dzien.

Wbijamy kawalek w miasto. Trafiamy na dzielnice wąskich uliczek, pietrowych kamienic, uroczych podworek i malenkich knajpek. Zadziwia tu ogromna ilosc zakwefionych kobiet, jakbysmy sie nagle znalezli w jakims Iranie albo innym islamskim kraju. Jakos poczatkowo bardzo nas to szokuje- trzeci raz jestesmy w Gruzji i wczesniej nie bylo takich cudow. Ale pierwszy raz jestesmy w Adżarii i powoli to do nas dociera, ze to w koncu autonomiczna republika, jak Abchazja czy Osetia, tylko ta jedna nie postanowila sie odłaczyc. Wiec nic dziwnego ze jest tu troche inaczej.

Wyjezdzajac na spokojnie z Batumi dostajemy kubel zimnej wody na glowe. Droga to istne rodeo. O swiatlach, znakach drogowych czy wszelakich informacjach wyuczonych na kursach prawa jazdy mozna zapomniec. Jakies udumane i przyjete w innych krajach zasady ruchu drogowego nie sa tu nawet sugestia. Jakies zasady wyprzedzania, pierwszenstwa przejazdu? Takie cos nie istnieje. Pierwszenstwo ma ten kto ma wieksze auto lub ewentualnie silniejsze nerwy i mniej do stracenia. Mozna dodatkowo dodawac sobie animuszu klaksonem ale i tak nie ma to zadnego znaczenia bo i tak wszyscy ciagle trąbia. Skodusia niestety ma małą sile przebicia bo jest zdecydowanie mniejsza od popularnych tu aut- busow, suvów i terenowek. Pozostaje wiec uciekanie na pobocza (o ile akurat nikt tamtedy nie wyprzedza) lub kombinacje jak gdzies dojechac i nie musiec skrecic w lewo- bo w wielu miejscach po prostu sie nie da… Wszystko to wyglada jak w jakiejs zwariowanej grze komputerowej. Po raz pierwszy w tym roku mamy takie wrazenie obłędu, jakos wczesniej tego az tak nie odebralismy. Jak sie potem okazuje cos w tym bylo- we wschodniej Gruzji jest jakos spokojniej na drogach, na tym wyjezdzie to takze sie potwierdzilo.

Zwiedzamy sobie twierdze Petra, pomiedzy Batumi a Kobuleti. Z twierdzy zostalo niewiele i wlasnie jest tu jakis remont albo wykopaliska. Calosc jest utopiona w tropikalnej roslinnosci i oblepiona Rosjankami ktore fotografuja sie telefonami w wyszukanych, ponetnych pozach. Jedna prawie spada z wysokiego muru gdy stojac na jednej, lekko ugietej nodze probuje wypiac kuper i wydąc usta. Kolezanka łapie ją w ostatniej chwili, ufff.. Prawie zdjecie byloby naprawde ciekawe!

W tym rejonie plaze tez sa szare. W powietrzu dalej wisi ten dziwny jakby smog i z godziny na godzine gęstnieje.

Kawalek dalej mijamy kosciolek na blokowisku, bardzo przypominajacy te ormianskie.

W Kobuleti odnajdujemy miejsce ktore nam polecali znajomi- wzdluz plazy ciagnie sie trawiasto lesisty pas, ktorzy sluzy jako dzikie biwakowisko. Sporo ludzi rozstawia tu namioty, przyczepy i spedza cale wakacje. Osiedlamy sie i my. Gdy wracamy wieczorem to wszedzie wisza tabliczki ze zakaz wjazdu i biwakowania. Hę? Czlowiek jedzie ponad 2 tys kilometrow aby znalezc normalnosc i zastaje takie samo skurwielstwo jak ma wszedzie wokol siebie w Polsce. Gadamy z dziadkiem i dwoma mlodymi chlopakami. Sa wzburzeni i rozzaleni. Przyjechali tu na 2 tygodnie- i co niby teraz maja zrobic? Biwakuja tu kazdego roku i nigdy nie bylo problemow. Do dzisiaj, bo przyszly jakies dwa typy i bez slowa rozwiesili to badziewie..

Pranie nie schnie, mimo temperatury kolo 30 stopni. Wiecej- mamy wrazenie ze suche rzeczy wilgotnieja w zastraszajacym tempie. Jak tak dalej pojdzie to w skodusi zalęgna sie zaby ;)

W miasteczku zwiedzamy sobie dwa opuszczone hotele. Jeden wprawdzie tylko z zewnatrz bo czesc schodow jest zerwana. Byl to jakis potworny moloch. Gdyby zasiedlic ludzmi wszystkie jego pokoje to chyba by sie nie zmiescili na plazy.

Pewnie wiec dla nich zrobili tu dodatkowo basen ;) Acz tez strasznie malutki w porownaniu do gabarytow mieszkalnych.

Drugi hotel ma dosc wydziwiasta bryłe a dostepu do niego bronia jeżyny o kolcach okolo 1 cm. Tu nie ma opcji zagryzc zęby i sie przedzierac bo by wydarlo nogi do kosci. Trzeba omijac albo wedrowac z maczetą. W srodku budynku jest nietypowa akustyka. Gdy ide to slysze gdzies w sasiednim pomieszczeniu jakby kroki. Gdy przystaje to i one milkna. Probuje cos mowic a w koncu korytarza odpowiada mi dziwny glos. Echo? Ale jakies takie nietypowe.. Innych “zwiedzajacych” nie widac a mimo to ma sie wrazenie ciaglego towarzystwa…

Plaza jest pelna jajowatych kamykow co bardzo podoba sie niemowleciu. Zabawa jest przednia acz ma tez efekty uboczne- dwa razy dostaje w łeb kamieniem.

Mozna sie poprzygladac roznym lokalnym klimatom, zarowno w kwestii spedzania wolnego czasu na nabrzezu oraz tutejszego handlu.

Ten niebiesko-pomaranczowy kawal gumy to zjezdzalnia. Ciagnie ją za soba kilkunastoletni chlopiec. Gdy zawieje wiatr zjezdzalnia wykonuje podskok, przewraca sie i zakrywa chlopaka z glowa. Nieraz ma problem sie spod niej wydostac i musza pomagac plazowicze. Chlopak w koncu wypelza i dalej ją ciagnie. Sytuacja sie powtarza. Chetnych na platne zjazdy do morza jakos dzis nie ma zbyt wielu.

Nasz biwakowy lasek, oprocz nowych wrazych tablic, ma jeszcze inne wady. Wieczorem, w cichych za dnia knajpach, zaczynaja sie dyskoteki. O spaniu czy sluchaniu szumu fal mozna wiec zapomniec...

Wieczorem dostrzegamy tez ze zaczynaja sie zbierac nad morzem granatowe chmury, ktore formuja sie w cos przypominajacego traby powietrzne. To tu to tam rosna w dol takie cienkie i grubsze wypustki. Wiekszosc z nich zaraz sie “wsysa” spowrotem, ale powstaja kolejne nowe. Nie tylko my to dostrzegamy. Miejscowi tez grupuja sie na plazy i pokazuja sobie palcami nietypowe zjawisko. Pytam ich czy tu tak zawsze. Ponoc nie… I chlopakom to cos tez sie niezbyt podoba..

Na tym etapie problem tabliczek z zakazami i dudniacych dyskotek schodzi na dalszy plan. Przestajemy obserwowac chmury gdy robi sie ciemno. Tam gdzie byc moze cos niedobrego sie kroi teraz co chwile rozjasniaja niebo blyskawice. Wyraznie to cos sie do nas zbliza. Siedzimy wiec przy skodusi i sie troche boimy. Rozwazamy co nalezy zrobic w ciemna noc jak traba powietrzna zaatakuje a my z namiotem pod drzewami.. Uciekac do knajp? To tez sa namioty. Wbijac do jakis hoteli, czynnych lub opuszczonych? Nawiewac pieszo czy lepiej skodusią? Acz jazda samochodem po ciemku w tym kraju raczej odpada... Tak sobie myslimy, ze dobrze zesmy takich trąb nie zobaczyli z promu bo dopiero bysmy byli posrani! (na tym etapie jeszcze nie wiemy ze zobaczymy... ;)

Dochodza tez do nas smsami rozne wiesci ze swiata- ze w Erewaniu jakies zamieszki, ze we Francji maja 80 trupow, ze w Turcji zas cos wybuchlo.. Kurde, co za rok! Znajomi pytaja- a jak tam w tej waszej Gruzji, bezpiecznie? Odpisuje ze “tak, bez problemu”, rzut oka na morze, “noo...chyyba tak”... ;)

Przy dyskotekach mijam jakas starsza pare, jak widac po blachach samochodu to Bialorusini. Jakby bylo malo halasu ktory robia knajpy, u nich w aucie tez wali muzyka az szyby podskakuja i mozg sie lasuje. Babka mowi (tzn. krzyczy) do goscia: “Dobrze ze przyjechalismy tu, bo Batumi jest dla mnie za glosne”...

Kolo polnocy probujemy polozyc sie spac wsrod jazgotu plynacego zewszad. Czy oni sie jakos licytuja kto glosniej? Z 250 metrow nie da sie tego sluchac- to jak tam musi byc w srodku? Ci ludzie tam w epicentrum sa chyba zupelnie głusi.. Czasem uspokaja sie na chwile dudnienie i puszczaja jakies tańce- przytulance, wtedy bardziej mozna wytrzymac. Jakas babka spiewa smętnym glosem, slychac ze na zywo a nie z plyty. Jest o syberyjskiej milosci wsrod lodu i sniegu i co gorsze bez wzajemnosci, bo dziewuszka wybrala cieple okolice i go rzucila. Tam na polnocy oprocz faceta miala rodzicow, dom i dobrze platna prace. Tu jest nikim, nikogo nie zna i tylko gra w podrzednej knajpie za marne grosze. Ale (tu leci refren) “wszystko dla tych promieni slonca i zieleni drzew”. Dziwna piosenka, spiewana tu w Gruzji, w łopoczacym na wietrze knajpianym namiocie, w nielokalnym jezyku- brzmi troche jak autobiografia… Moze rzeczywiscie nią jest? Potem wracaja łomoty z bumboksa. Brzmi to jak odglosy swidrow i wiertarek wkrecajacych sie w sciane z litego betonu, ktorym towarzyszy walenie kilofem i rozbijanie garnkow. W tle wycie chyba juz nie ludzi- jakis potepiencow, wilkolakow, albo osob nacpanych mocno trefnym, zanieczyszczonym towarem. Nie wiem jak sie nazywa ten typ muzyki ale zdecydowanie go nie trawie. Tylko kabak spi jak aniolek, nie wiem jakim cudem bo to niemowle zwykle budzi sie na odglos rozmowy czy skrzypu drzwi. Widac zmeczyl ją dzisiejszy dzien- coz.. w koncu dobre kilka kilo kamieni poprzerzucala na tej plazy! ;)

W nocy przychodzi burza, ktora zrywa cale moje pranie. Leje solidnie i duje, ale trąba na szczescie to nie byla. Rano dalej leje i musze w deszczu po calym polu zbierac rozwloczone wiatrem koszulki, spioszki, skarpetki. Pozniej sie orientuje ze chyba nie tylko moje pranie porwalo- brakuje trzech naszych skarpetek- za to mam rownowazna ilosc jakis cudzych… (Niestety wtedy gdy to dostrzegam jestesmy juz daleko od Kobuleti…)
Nie bardzo jest jak zrobic sniadanie w tym deszczu wiec idziemy do pobliskiej knajpy. Na chaczapuri po adżarsku. To danie jemy po raz pierwszy i bardzo przypada nam do gustu. Smakuje troche jak jajecznica zapiekana z serem i podana w bułce. Super sprawa.

Zwijamy mokre, ba! ociekajace graty do skodusi i walcząc z parujacymi szybami i zacinajacym deszczem jedziemy dalej podziwiac uroki gruzinskiego wybrzeza…. :)

cdn

jabolowaballada.blogspot.com

Obrazek użytkownika buba
Dżigit
Niedostępny
Ostatnio był(a): 3 mies. 1 tydzień temu
Dołączył: 14.12.2011 - 18:59
21 Październik, 2016 - 23:27

Re: Uroki gruzinskiego wybrzeza

Po wyjezdzie z Kobuleti pogoda nieco sie poprawia, przestaje przynajmniej padac. Jedziemy w strone Poti. Gdzies w rejonie miejscowosci Maltakwa odbijamy w strone morza. Nie wszedzie w Gruzji sa kamieniste plaze, tu dominuje bloto. Od strony lądu podchodzi tu jezioro, ktorego odnoga czy wyplywajaca z niego rzeka wpada tu gdzies do morza. Wszystko jednak jakby troche wyschlo. Plaze tworzy wiec rozmiekly grunt w ktory zapadam sie nieraz powyzej kostek. Miejscowi jezdza po tym autami, co widac po zostawionych sladach. My nie mamy odwagi wiec zostawiamy skodusie na twardym gruncie i dalej idziemy pieszo.

Jest to jedna z bardziej zasmieconych plaz jakie w zyciu widzialam (a myslalam ze Albanie bedzie ciezko pobic ;) ) Nie wiem czy fale to wyrzucaja na brzeg czy zwozą tu ciezarowkami odpady z calej okolicy- bo nie wyglada aby az takie ilosci byli w stanie zostawic plazowicze.. Dziwne, geste zamglenie utrzymuje sie caly czas. Nie mozna tej plazy odmowic swoistej mrocznej atmosfery, napewno jest miejscem specyficznym, ktore zapada w pamiec. Nie wiem czemu, ale same nasuwaja sie skojarzenia roznych klimatow postapokaliptycznych - “wybrzeze po wybuchu atomowki”, “odradzajace sie zycie po III wojnie swiatowej”, “skazony teren zasiedlony przez zombie” itp ;)

Fale sa dzisiaj ogromne ale kilku stracencow zazywa kapieli. Nie sa w stanie utrzymac sie na nogach dluzej niz kilka sekund i rzuca nimi we wszystkie strony w dosyc niekontrolowany sposob. Oni tylko zerkaja czy zgromadzone na plazy dziewczeta patrza, ktory najodwazniejszy! Kapie sie tez jedna dziewczyna ktorej fale zrywaja stanik. Nie wiem czy wlasnie o to chodzilo ale spotyka sie to z aplauzem wszystkich zgromadzonych na plazy.

Na nadwodnej glinie stoi kilka namiotow. Troche sie dziwie ze ich mieszkancy czuja sie komfortowo gdy fale obmywaja glebe pol metra od ich domku. Dwoch chlopakow to istna oaza spokoju- woda wplywa im prawie do przedsionka a oni siedza, pala spokojnie papierosy i pokazuja sobie jakies artykuly w gazecie. Kawalek dalej, na samej plazy, stoi zruinowany szkielet jakiejs sporej budowli. Wewnatrz widac slady ognisk i scienne podpisy (rowniez Polakow- pozdrowienia dla Agaty i Tymka z Zakliczyna, ktorzy byli tu rok temu!). Niektore, bardziej zabudowane czesci budynku nadawalyby sie na nocleg, nawet chronia przed deszczem, ale niestety malo przed wiatrem. Rozwazamy pozostanie tu, jednak tracimy zapal gdy podczas zjadania melona wiatr wyrywa nam z reki foliowy worek i unosi w dal, ku pelnemu morzu (ha! juz wiem skad tu tyle smieci ;) ) a potem nagly podmuch probuje zrobic to samo z kawalkami owoca. Jedziemy spac gdzies dalej bo tu bysmy sie pozegnali z polowa skladnikow namiotu…

Wzdluz wybrzeza idzie nowa droga z rowniusiego asfaltu, ktora ogolnie mowiac pasuje tu jak pięść do nosa..

Na przyplazowych oczeretach biwakuje oprocz ludzi przydomowa chudoba. Bydelko ma jakies nietypowe ulubienia kulinarne bo pije wode nie tylko z kaluzy ale tez slona wode prosto z morza. Przeciez je po tym pokręci! A moze im brakuje jakis mineralow i to taki instynkt??

Na plazy kolo ruin widac tez rowne stosiki ulozone z drewna, ktore wyrzucilo morze. Jest tego na tyle duzo, ze to raczej nie biwakowicze szykuja wieczorne ognicho. Chyba ktos tak pozyskuje drewno na opal do domu. Chwile pozniej przyjezdza bus i trzech gosci ładuje wszystko na pake

W przeciwna strone niz morze idzie stary chodnik z szesciokątnych plyt. Boki sa obsadzane wyrosnietymi juz tujami. W ten sposob docieramy do solidnej kladki za ktora sa i domy mieszkalne, i jakby zabudowania przemyslowe, jakies hangary, jakies maszty ktore na wietrze wyja przerazliwym cienkim glosem.

Przy drodze zapoznajemy Kahe z kolega. Obaj sa uchodzcami z Abchazji, pochodza spod Suchumi. Kaha przyjechal dzis w odwiedziny do ojca, ktory mieszka tu w Maltakwie. Gruzinski rzad zbudowal dla przesiedlencow kilka blokow, ktore stoja tu posrodku niczego.

Kaha ze swoja rodzina mieszka w Tskaltubo w dawnym sanatorium Centr-Sajuz. Zaprasza nas tam na impreze, zachwalajac okoliczne cieple zrodla. Tskaltubo zdecydowanie lezalo na naszej liscie gruzinskich planow wiec cieszymy sie podwojnie. Chlopaki opowiadaja tez, ze w zeszlym roku jeszcze nie bylo tej nowej drogi na ktorej stoimy. Zbudowali ją bo tutaj powstanie kurort. Postawia drewniane eleganckie domki kempingowe, knajpy, dyskoteki i miejsca parkingowe. Nie wiem wprawdzie co zamierzaja zrobic z gliniasta, grząska plażą, ale moze kurortowiczom nie beda przeszkadzac takie drobnostki ;) Jako ze dalej planujemy ruszyc w strone Kulevi to rozpytujemy miejscowych o stan malego mostu nad rzeka Rioni. Odradzaja nam przejazd tamtedy samochodem- rowery, motocykle- tak. “Pod wami tak na 75% most sie zawali” zauwaza kolega Kahy z powazna miną.

Kawalek dalej, juz przy glownej drodze, dostrzegamy betonowy pomnik, opatrzony data drugowojenna. Ciekawe co mialy symbolizowac te trzy biale “wypustki”. Najbardziej kojarza mi sie z falami, takimi wielkimi jak byly dzis!

Idac do pomnika mijamy postoj tirow. Zagladam czy nie widac jakis znajomych z promu- niestety nie… Za to trafiam na ciekawa scenke- wraz z tirowcami siedzi na kartonach pop, w wielkiej czapie, takiej jakby kwadratowej, ze zloconym krzyzem na szyi ktory wazy chyba z 5 kg. Raczą sie koniaczkiem i przegryzaja pomidorem. Macham do nich, oni odmachiwują i kontynuują biesiade. Sa czasem piekne scenki ale jakos nie mam odwagi zrobic zdjecia.

Gdy jedziemy do Kulevi znow zaczyna padac.. Droga jest wyboista i zupelnie nie zgadza sie z nasza mapa tzn. wedlug mapy droga wiedzie przez 10 km przez puste tereny a wies lezy dopiero nad morzem. W rzeczywistosci caly czas sie jedzie przez teren o dosc zwartej zabudowie, wiec namiot trzeba by rozlozyc komus w szopie albo pod plotem. Jadac czujemy sie jak na srodku pastwiska. Przywyklismy do tego ze krowy przechodza przez droge albo ida poboczem. Tu krowy leża na drodze, czesto zajmujac stadkiem cala jej szerokosc. Bo bokach maja trawiaste kawalki, jednak z nieznanych nam przyczyn zdecydowanie wola odpoczywac na asfalcie. Niechetnie zmieniaja swoje polozenie, jezdzace samochody ignoruja, sygnaly dzwiekowe typu klakson lub “a pojdziesz ty, siooooo” - rowniez. Miejscowi maja widac wyprobowany inny sposob- i jak widac skuteczny. Jada w strone krowy pelnym impetem, nie hamuja, nie probuja omijac. Gdy maska samochodu jest okolo pol metra od zwierzecia, krowa z ociaganiem sie i zblazowana mina przesuwa sie odrobine, na tyle zeby samochod mogl ją minac na grubosc lakieru. Popularną dyscypliną, opanowana przez miejscowych do perfekcji, jest tu slalom miedzy krowami, a dla prawdziwego lokalnego dżygita wstydem byloby przy tym manewrze zwolnic ponizej 90 km/h. Pomiedzy tymi tutejszymi uzytkownikami drogi musi sie jakos odnalezc nieco zdezorientowana i jeszcze nie do konca przywykla do gruzinskich warunkow jazdy skodusia :)

Krowy wygladaja tu nieco inaczej niz u nas, jakas to chyba inna rasa. Maja wieksze rogi i ogolnie wyglad taki bawołowaty. Umaszczenie zwykle brazowe lub czarne, wiele z nich porasta grube, szczeciniaste lub kręcone futro.

Swinie i drob sa bardziej plochliwe, na widok auta bez zastanowienia spierniczaja w panice. Nie wiem czy takie cechy gatunkowe czy decyduje o tym roznica masy. Domy w wiosce sa glownie drewniane, z balkonikami. Wiekszosc ma podobny ksztalt i gabaryty, wyglada jakby byly budowane w jednym czasie albo odlewane z podobnej formy. Czas juz troche nadal im cech indywidualnych ale wciaz widac podobny szkielet. Domy sa na palach.

Czyzby mieli tu czesto powodzie? Rzut oka na mape nie wyklucza tego- Kulevi lezy pomiedzy dwoma solidnymi rzekami- Rioni i Khobistsquali, a miedzy nimi jeszcze dwa pomniejsze strumienie. Rzeka nad ktora lezy wies i dzis ma wysoki stan- do drogi brakuje gdzies metra a wokol drzewa sa pozalewane.. Na tym etapie jakos spada nam ochota na nocowanie w rejonie tej wioski. Caly czas pada.. A jak nas tu odetnie?

Na koncu drogi nie ma morza, tzn jest ale calkowicie przysloniete terminalem przeładunkowym gazu. Wszystko jest tu bardzo nowe- budynki, cysterny, zasieki. Kreci sie sporo ochroniarzy ktorzy z duza nieufnoscia gapia sie na zielone autko ktore zaparkowalo im pod plotem. Mozna jechac dalej szutrowka, ktora zakreca w strone Poti i ciagnie sie wzdluz plotow terminalu.

A tak wygladaja nadbrzezne zabudowania Kulevi widziane z daleka (z Anaklii- okolo stukrotne zblizenie wiec jakosc zdjecia pozostawia wiele do zyczenia)

Gdzies tam dalej przy tej szutrowce zmierzajacej z Kulevi na poludnie powinno byc morze, puste plaze a na koncu dziurawy most o 25% przejezdnosci ;) Ale zaczyna sie juz sciemniac, slalom miedzy krowami nam zajal wiecej czasu niz myslelismy. Jedziemy wiec dalej a glownym celem jest wydostanie sie z widel rzek. Znow leje tak ze wycieraczki ledwo co wyrabiaja sie ze zgarnianiem wody. Znajdujemy jakis hotelik w Khobi ale na dole maja restauracje gdzie muzyka łupie identycznie jak w Kobuleti! Ratunku! Spadamy stad! A tak sobie obiecywalismy - nie jezdzimy na wschodzie po zmroku. Trzy malownicze katastrofy wystarcza ;) Ale tym razem udalo sie dotrzymac obietnicy- w ostatniej szarówce wjezdzamy do Zugdidi….

cdn

jabolowaballada.blogspot.com

Obrazek użytkownika kaska_4951
Amator Kaukazu
Niedostępny
Ostatnio był(a): 1 rok 3 mies. temu
Dołączył: 03.05.2015 - 18:47
23 Październik, 2016 - 09:02

Re: Uroki gruzinskiego wybrzeza

Jak zawsze świetna relacja i przepiękne zdjęcia :)

Obrazek użytkownika buba
Dżigit
Niedostępny
Ostatnio był(a): 3 mies. 1 tydzień temu
Dołączył: 14.12.2011 - 18:59
3 Styczeń, 2017 - 14:22

Re: Uroki gruzinskiego wybrzeza

Jezeli kiedykolwiek wczesniej wydawalo mi sie, ze w calej Gruzji kierowcy jezdza jak szalency to byla to pomylka. Prawdziwy szał zaczyna sie w Batumi. Czy jest szansa bez stluczki przejechac kilkupasmowe rondo pod prad? Czy da sie pokonac ulice pieszo przeskakujac nad maskami samochodow? Czy mozna przy wyprzedzaniu walnac lusterkiem w trzy auta, zatrabic radosnie i pojechac dalej? Czy da sie w srodku miasta na ruchliwej, trzypasmowej ulicy stanac na srodkowym pasie, zamknac auto i oddalic w nieznanym kierunku? Jesli ktos powątpiewa to proponuje odwiedzic Batumi :) Ponoc czasem ludzie jezdza z kamerka na oknie w aucie. Bardzo a to bardzo zaluje, ze takiego ustrojstwa nie mamy- bylby naprawde zarabisty film!

Stawiamy sie popoludniem w przedstawicielstwie Ukrferry, coby nabyc bilety na prom. Dzis nie mozna. Bo nie. Po bilety trzeba przyjsc jutro o 10:30. Nie chcac dzis i jutro znow jezdzic pol dnia po tym zwariowanym miescie, decydujemy sie zostac w hoteliku naprzeciw. Nie jest on ani tani, ani wygodny , ani klimatyczny. Ale jest blisko miejsca zakupu biletow. No dobra- ma plusy- lezy w calkiem sympatycznej bramie! Wogole sporo bram w Batumi ma fajny klimat. Swiat podworek to zupelnie inna czasoprzestrzen niz swiat fasad. Z zewnatrz nowe tynki, szyldy dla turystow, jakies plastikowe knajpy a tunel ciemnej bramy prowadzi w miejsce pelne powiewajacego prania, powykrecanych balkonikow, workow z fasolą, puszystych kotow i ludzi sączących niespiesznie kawe…

W waskich uliczkach czasem meczet wychyli sie tu i owdzie...

W miescie stoi tez sporo nowoczesnych fikusnych budynkow, ktorych ksztalty wskazuja na wyrazny zwiazek z niedoszlym kurortem Anaklią. Widac tą sama reke, ten sam styl, ta sama estetyke megalomanii i ulubienie udziwnien. Ogolnie nie przepadam za tego typu architektorą, acz szereg budowli jest tak nietypowa, ze az ciekawie popatrzec- czego to ludzie nie wymyslili!

Nietrudne do odnalezienia sa tez blokowiska z wielkiej plyty z pelna wolnoscia budowlana. O blokowiskach mowi sie nieraz, ze przypominaja pudełka. Nie dotyczy to chyba tych gruzinskich.. Przypomina to raczej bezksztaltne zlepki przeroznych brył i narosnietych bulw. Tu nie ma kątow prostych czy jakiejs nudnej symetrii. Kazdy dostawia balkon czy dodatkowy pokoik jak mu sie podoba. Mozna godzinami patrzec czego to ludziska nie wymyslili i znajdowac kolejne ciekawe detale i nowatorskie rozwiazania. Kiedys jakis miejscowy mi opowiadal, ze chcac dobudowac sobie szczegolnie duzy balkon wiszący (nie dotyczy tych podpartych slupami od spodu) trzeba sie dogadac z sasiadem z drugiej strony bloku, aby on tez cos dobudowal. Bo ponoc byl taki przypadek, ze wszyscy chcieli miec balkony od zacienionej strony i blok sie przewrocil. Nikt nie wie gdzie to bylo, ale sporo ludzi powtarza. Moze tylko taka legenda dla postrachu...

Oczywiscie wszystko jest oplecione w roznych plaszczyznach dziesiatkami metrow sznurkow z powiewajacym na wietrze praniem.- cos, na widok czego, zawsze mi sie cieszy geba!

Lazimy tez po bulwarze gdzie mozna zjesc popcorn i rozowa wate cukrowa. Mozna tez wypic piwo 5 razy drozsze niz w calej Gruzji. Skusilam sie na gotowana kukurydze, ktora smakuje zupelnie inaczej niz u nas- jest jakas taka slodka i zupelnie nie kukurydzowata! Mozna tez pojezdzic na wielkim kole diabelskiego mlyna lub wybrac sie na “polgodzinna morska wycieczke” o czym informuje znudzony, beznamietny glos z charczacego megafonu. Niektorzy korzystaja z urokow czerwonej sciezki rowerowej. Mozna sie tez wloczyc bez celu bulwarem,tam i spowrotem patrzac obojetnym wzrokiem w dal- co czyni 90% turystow.

Jest tez rzezba "Ali i Nino", ktora ponoc sie porusza i ma symbolizowac milosc i porozumienie (lub jego brak) miedzy narodami i religiami (glownie Gruzja i Azerbejdzanem, bo takiej narodowosci byli bohaterowie ksiazki, do ktorej rzezba ma byc ilustracja). Ksiazke chyba kiedys przeczytam bo zdaje sie byc ciekawa ("Ali i Nino" Kurban Said). Podczas naszego pobytu rzezba sie nie porusza. Tylko upiornie wyje na niej wiatr, kawalki metalu wpadaja w wibracje i brzmi to jak jakies jęki potepiencze (przypomna mi to odglos wydawany przez na wpol zdechlego psa z przeleczy Rikoti)

Pogoda jest raczej malo plazowa ale czesc ludzi sie nie poddaje i probuje zaklinac rzeczywistosc.

Nad gorami wznosza sie mgly. Na jednym ze szczytow siedzi calkiem fajna cerkiewka. Przynajmniej stad sie ladnie prezentuje.

Zaraz przy deptaku jest port. Cumuja rozne statki, machaja łapami dzwigow, skrzypia ladowane kontenery, zapach smaru i zbełtanych wodorostow niesie sie wokolo. Lubie gdy klimat portu wgryza sie w "turystycznosc"

Na zapleczu jednej z knajp kilku facetow łowi sobie rybki. Od zatloczonego deptaka oddziela ich plot z blacho- kartonu. Potawili go chyba celowo, bo widac łowienie ryb nie jest tym aspektem Batumi, ktory wladze chcialyby lansowac...

Scienne plaskorzeby maja tu tematyczne :)

Probujemy cos zjesc w jakiejs knajpce. Zwykle jest bardzo bogata oferta w spisie lub narysowana na sciennej reklamie, tak apetyczna, ze chcialoby sie zamowic wszystko. Ale zwykle sie okazuje, ze co bardziej interesujacych dan nie ma, sie skonczylo, dzis nie ma w ofercie, albo i tak sie dostaje chaczapuri z ziolowa posypką a “tym na scianie nie ma sie co sugerowac”. No i ceny z kosmosu. Za koszt szaszlyka w Batumi mozna w Ahalkalaki pewnie dostac stado owiec ;) Ale kawe w Adzarii maja najlepsza w calej Gruzji! Wprawdzie juz nie z tym “korzonkiem” co w Khulo ale ta z Batumi tez jest pyszna! (zwykle nie pijam kawy i nie lubie tego napoju ale czasem zrobie wyjatek)

jabolowaballada.blogspot.com

Obrazek użytkownika Anna Kowalczyk
Nowicjusz
Niedostępny
Ostatnio był(a): 1 rok 1 miesiąc temu
Dołączył: 17.05.2018 - 09:52
17 Maj, 2018 - 10:12

Re: Uroki gruzinskiego wybrzeza

Jednak wole góry w Gruzji, wybrzeżenie nie zbyt zachęca...Ta zaśmiecona plaża to coś masakrycznego. No ale taka jest Gruzja, potrafi grubo zaskakiwac.

Obrazek użytkownika zuczek
Poznający Kaukaz
Niedostępny
Ostatnio był(a): 2 lata 4 mies. temu
Dołączył: 14.12.2016 - 13:29
4 Styczeń, 2017 - 10:38

Re: Uroki gruzinskiego wybrzeza

Nie byłem nigdy na wybrzeżu, zawsze tylko trekking i góry. Zdjęcia klimatyczne, ale jakoś nie zachęcają mnie do odwiedzenia tej części kraju. Dla mnie najpiękniejsze co Gruzja ma do zaoferowania to wspaniałe szlaki na Kaukazie i widoki nie do opisania. Chociażby taka wyprawa na Kazbek! :roll:

Obrazek użytkownika buba
Dżigit
Niedostępny
Ostatnio był(a): 3 mies. 1 tydzień temu
Dołączył: 14.12.2011 - 18:59
8 Styczeń, 2017 - 23:19

Re: Uroki gruzinskiego wybrzeza

Dla mnie gruzinskie wybrzeze jest jednym z brzydszych jakie widzialam... Robaczywe, blotniste, zasmiecone a jednoczesnie zatloczone i z zadęciem.. Tak jak do Gruzji zapewne nieraz jeszcze wroce to wybrzeze bede omijac szerokim łukiem!

jabolowaballada.blogspot.com

Obrazek użytkownika Grzegorz Batumi
Kaukazofil
Niedostępny
Ostatnio był(a): 6 godz. 11 min. temu
Dołączył: 17.12.2017 - 09:58
17 Maj, 2018 - 20:36

Re: Uroki gruzinskiego wybrzeza

Można i w Gruzji znaleźć łądne miejsca nad morzem. Ciężko tylko trafić na nie z fartem. Mi się zeszło niemal 3 miesiące żeby odkryć miejsca które są godne reszty Gruzji. :)

Mieszkam na stałe w Batumi. Gruzja jest moim domem, w razie potrzeby mogę pomóc.
Potrzebujesz kwatery w Batumi - napisz. Mam bardzo dobrą propozycję.

Obrazek użytkownika Leszek.K
Poznający Kaukaz
Niedostępny
Ostatnio był(a): 11 miesięcy 3 tyg. temu
Dołączył: 07.11.2016 - 21:18
30 Czerwiec, 2018 - 09:59

Re: Uroki gruzinskiego wybrzeza

No nie jest tak źle z tym gruzińskim wybrzeżem jak to się tu opisuje :-). Osobiście bardzo lubię Anaklię/Gammukhuri (to są dwie wioski połączone mostem). Tam co roku jest festiwal techno ale można sprawdzić kiedy to jest (zwie się Gem Fest) i po prostu pojechać w innym terminie niż festiwal. W Anaklii jest pełna infrastruktura, prysznice, boiska - jest bardzo czysto, nowocześnie i bardzo mało ludzi. Jest dobry hotel z widokiem na morze w rozsądnych cenach (nie ma go na booking com jak by ktoś chciał zarezerwować to przez ich stronę tylko - hotelanaklia), są też kwatery prywatne itp. Anaklia to było oczko w głowie bandyty Saakaszwilego - chciał tam zrobić drugi Dubaj. W nocy jest spokojnie i cicho więc miejsce nie dla baletmistrzów ale raczej dla tych którzy chcą wypocząć. Druga świetna miejscówka to przy granicy z Turcją - Sarpi - tu zwraca uwagę bardzo czysta woda - można rybki oglądać itd. Pozdrawiam. L.