Twoje konto

GTranslate

Wioski, miasteczka, twierdze i płowe góry Dżawachetii

7 posts / 0 nowych
Ostatni wpis
Obrazek użytkownika buba
Dżigit
Niedostępny
Ostatnio był(a): 5 miesięcy 3 dni temu
Dołączył: 14.12.2011 - 18:59
9 Grudzień, 2016 - 11:34

Wioski, miasteczka, twierdze i płowe góry Dżawachetii

Poranek wita nas pogodny a i miejsce noclegowe nie jest takie złe jak sie wydawalo. Wokol gory, w dole szumi rzeka, calkiem mily placyk. A i szosa obok dzis jakos jest mniej ruchliwa.

Wracamy do Borzomi szukac sklepu bo konczy nam sie woda, zarcie i pieluchy. A mamy plan kilka dni powloczyc sie tu zadupiami. W centrum zwraca uwage plaskorzezba z charakterystycznym symbolem- acz narzędzia sa tu osobno ;)

Za kladka znajduje sie dawne sanatorium, podobnie jak te z Ckaltubo przeksztalcone w mieszkania dla uchodzcow. Czesc budynku jest mocno okopcona, nie wiem czy sie paliło, czy to tylko sadza z wyziewow piecykow? Co ciekawe, zwykłe bloki rzadko sa okopcone- a miejsca gdzie osiedlili sie uchodzcy- zawsze. Inne ogrzewanie? A raczej jego brak?

Malunek na budynku przysanatoryjnym przedstawia rozne scenki rodzajowe z zycia Gruzji- miasto, wies, zniwa, wino, hodowle zwierzat, transport od furmanki po samoloty, sport, muzyke a i jakas wieza obronna sie załapala!

Lokalny przystanek jak twierdza! :)

Mostek bujany na obrzezach miasta.

Gdy znow odkrecamy w strone Achalcyche, na obrzezach miasta rzuca sie nam w oczy pewien budynek. Niby nic ciekawego, jakis opuszczony pietrowy klocek- ale dykta, ktorą jest zatkane jedno z okien przyciaga uwage! Hmmm.. zwykle sierp z tego symbolu chyba nie mial piłki? ;)

Dykta okienna sugeruje to, ze w srodku tez moze byc troche porzuconych skarbow. Wejscie do budynku nie jest łatwe- gruzinskie jeżyny sa tysiac razy bardziej zjadliwe od polskich a kolce to maja na centymetr i wyrywaja cale płaty miesa! W koncu udaje sie dostac do jednego z okien. Srodek budynku mocno rozszabrowany- acz udaje sie znalezc spory plik legitymacji partyjnych (wraz z wlepkami oplaconych skladek! :) )

Sa tez obrazki dla obrony cywilnej w przypadku skazen radioaktywnych, chemicznych czy innych katastrof

Mozna tez sie oddac lekturze gazet z 1985 roku. Kazda z nich ma małą gruzinska wstawke kolo nazwy gazety. Mozna poczytac o zyciorysach kosmonautow, tkibulskich kopalniach albo zmaganiach kachetyjskich kombajnistow ze zniwami ;)

Potem suniemy nad rzeke- trzeba umyc nas, zrobic pranie i wyczyscic pozyskane w ruinach łupy! Na chwile obecna tylko kabaczę jest czyste, bo ją rano wyszorowalismy w resztce wody mineralnej ;) Znajdujemy dogodny zjazd nad rzeke. Godzine nam tu schodzi. A moze dwie? Fajnie jest nie musiec liczyc czasu! :)

Jest tez ukryty w lasku pomnik jelenia. Kto? Czemu? Po co? Kiedys byla chyba jakas tablica ale okaza sie mnie trwala niz sama rzezba...

Zaraz za Borzomi idziemy tez nacieszyc sie kładkami. Kładki bujane to taka wielka moja sympatia, strasznie lubie ten rodzaj mostkow i nie moge sobie odmowic radosci pospacerowania po kazdej napotkanej. Ta jest solidna- nawet auta po niej jezdza!

Druga raczej tylko dla ruchu pieszego.

Za kladka stoja sobie wagony, rdzewieja i sie rozpadaja. Tzn. wiekszosc juz sie rozpadla albo ktos im pomogl ;)

Na mojej mapie miedzy Borżomi a Ackuri mam znaczone 4 twierdze: Gogia, Petre, Slesi i Mokcewi. Udaje sie znalezc tylko tą ostatnia. Wiec albo cos nie tak z mapą, albo z nami, albo z twierdzami ;)
Na dluzej zatrzymujemy w rejonie twierdzy Mokcewi. Tu tez mamy swoja kladke, ktora malo kto chodzi wiec sobie mozemy spokojnie na niej posiedziec i pogapic sie w brunatne wzburzone dosc nurty rzeki.

Idziemy tez pozwiedzac twierdze, ktorą tworza dwie baszty z resztka murow przyklejone do dwoch skalistych pobliskich pagorow. Wspinamy sie w gore pachnącą ziolami łąką, pelna suchorosli i kolczastych roslin. I wreszcie ten wiatr! I weszcie nie ma duchoty! I przyroda stepowa a nie dżunglowa! Macierzanka i osty zamiast palm i bananowcow! Wreszcie moja ukochana Dżawachetia! Chyba jednak ten region jest nie do pobicia! Zachodnia Gruzja moze i ma swoj urok i ladne zakątki, ale jakos nie urzekła mnie az tak bardzo. Jakos tu czuje sie duzo lepiej. Strasznie sie ciesze, ze znow tu wrocilismy i teraz na spokojnie bedzie mozna sie nacieszyc regionem i zajrzec w kazdy zaułek!

Na nocleg wybieramy takie miejsce, zeby bylo widac i twierdze, i kładke, i kolejowy tunel. I zeby nas nie bylo widac z glownej drogi. Wieczorem mijaja nas pasterze na koniach gnajacy przed soba stadko krow. Fajnie skrzypi kładka gdy mućki przez nia ida.. Ciemnawo juz.. Zdjecie nie wyjdzie..ech.. Zeby one tak za dnia zechcialy isc! Potem mija nas biala niwa- kilku chlopakow wraca z imprezy “na przyrodzie”. Jedni i drudzy cos zagaduja, gadamy, smiejemy sie, zyczymy milej nocy. Jeden z pasterzy malo nie spada z konia tak dlugo sie odwraca i do nas macha. Czy tylko mnie sie wydaje, ze w tym “wojewodztwie” jakos wszystko i wszyscy sa sympatyczniejsi niz w reszcie kraju?

Dosc dlugo siedzimy patrzac w rozgwiezdzone niebo, sluchajac chórów cykad i zastanawiajac sie czy w tym roku uslyszymy odglosy szakali. Na wszelki wypadek pranie chowam do skodusi. Takie rozne lisowato-stepowe stworzenia lubia wciąć gacie na podwieczorek.

A rano mila niespodzianka! Krowy znow pokonuja kładke! I co ciekawe- tu znow normalnie chodza same krowy i cielęta, bykow brak..

A z jednej z wiez przyglada nam sie ptaszor. Troche patrzy na nas jak na posiłek….

cdn

jabolowaballada.blogspot.com

Obrazek użytkownika buba
Dżigit
Niedostępny
Ostatnio był(a): 5 miesięcy 3 dni temu
Dołączył: 14.12.2011 - 18:59
12 Grudzień, 2016 - 12:06

Re: Wioski, miasteczka, twierdze i płowe góry Dżawachetii

Kolejna twierdza w dolinie rzeki Mtkvari, ktora udaje sie nam odnalezc jest Ackuri. Jakis koles przy sklepie koniecznie chce mi opowiedziec jej historie, z ktorej wynika ze budowla ma ponad 1000 lat i zalozyli ją rozbojnicy. Chwile pozniej mowi, ze pilnowala doliny aby karawany z Borżomi do Achalcyche mogly isc spokojnie i zboje na nich nie napadali. Hmmm.. to ci zboje byli w twierdzy czy poza nia? Gosc sie troche zacukal, ale ostatecznie dobrze wybrnal z sytuacji twierdzac, ze zboje to ci, co są akurat po tej drugiej stronie niz my! Trzeba przyznac, ze jest w tym jakas logika :)

Twierdza lezy na skalistej gorce na obrzezach wsi. Troche przypomina mi jurajskie "orle gniazda" za dawnych dobrych czasow, zanim zrobili im krzywde i upstrzyli barierkami, tablicami, kłódkami albo wogole przerobili na hotele...

Z gory na dol jezdzi linowy wagonik i cos wozi. Albo odbudowuja wieże, albo pozyskuja kamien na chlewiki, jedno z dwojga. I jakos do konca nie udaje sie nam ustalic w ktora strone jezdza kamienie- tzn. chyba w obie.. ;)

Do twierdzy wchodzi sie przez niewielki tunel ze schodkami. Potem kawalek trzeba sie wspiac po skale. Mozna wejsc do kazdej z baszt. Spod nog uciekaja jaszczurki.

Przefajne widoki rozciagaja sie na kazda strone :)

Skala na ktorej stoi twierdza jest pelna roznych wnek, nibyjaskin, wyglada to troche jakby tu tez kiedys bylo skalne miasto!

Nieopodal zamku sa tez ruiny kosciola.

Obecnie jest tam przeprowadzany remont tzn biorac pod uwage zakres prac to raczej ogromna budowa czegos nowego.

Mimo stanu ruiny kosciol zawiera ołtarz

Robimy tez pętelke po Achalcyche, tutejsza twierdza nie nalezy do takich jakie lubimy wiec rzucamy na nia okiem tylko z oddali. Wystarczy.

Potem powoli jedziemy na poludniowy wschod. Wokol klimatyczne skaly, z wysoko polozonymi otworami wnęk, do ktorych nawet jakby sie chcialo to nie ma jak wylezc. Obiecujemy sobie, ze musimy w tym roku zwiedzic przynajmniej jedno skalne miasto. To znaczy “dzikie skalne miasto”, nie jakies cos obarierkowane i obiletowane. Poszukamy jakis takich wsrod traw i chaszcza!

Gdzie nie ma skal to rozciagaja sie bezkresne płowe, stepowe łąki..

Czasem gdzies na wzgorzu pojawi sie jakas ruina- baszta? resztka kosciola?

Zza jednej z gorek miga nam wiezyczka kosciola Muskhi. Od tej strony nie ma jak do niego dojsc- nie ma mostu! Wedlug mapy most jest dopiero za iles kilometrow i potem trzeba wracac sie polnymi drogami z drogiej strony gorki.

Za rzeka, u podnoza gorki (za ktora siedzi kosciol) jest sliczna łączka biwakowa a przy niej jaskinia o sporym wejsciu.

Przy dalszej drodze mamy okazje przekonac sie o wzglednosci znakow drogowych. Pierwszy to znak.. no wlasnie.. dwa w jednym :) A moze on ma symbolizowac cos unikalnego? Mozna snuc przypuszczenia jak przy wrozbach andrzejkowych ;) Jednym z moich skojarzen byla np. cerkiew ;)

Pozostale dwa znaki stoja przy klimatycznych mostkach i okreslaja nośność owych budowli. Tu mamy most 7 tonowy- czyli na ciezarowki. Skodusia wazy chyba kolo tony, moze poltorej.. Hmmmmm.... moze lepiej nie?

Drugi mostek zaklada dopuszczalna mase udzwigu jedną tone. Właze na jego skraj, ale dalej troche boje sie isc.. Wydaje mi sie, ze jestem za ciezka.. Gdy tak sie przygladam, robie zdjecia, podchodzi miejscowy (koles widzi ze obok stoi skodusia) “Dziewuszka, ale to most nie na samochod! Za wąsko! Tą tone na znaku powiesili, zeby krowy przepedzac pojedynczo!”. Naprawde nie wiem jak te krowy tu przechodza i nie spadna.. Na zdjeciu tego nie widac, ale tak bujajacej sie kladki nigdy wczesniej nie spotkalam. Po dwoch moich krokach miala chyba pol metra odchylu w kazda strone, zdołalam cofnac sie trzymajac drutow. Zwykle na kładkach, rowniez tych gruzinskich, jest boczna poręcz. Tu nie ma... Nie naleze do osob majacych lęk wysokosci, wrecz lubie przestrzen pod stopami.. Ale musialabym miec spora motywacje aby pokonac ta kladke. Ladne zdjecie na srodku taka motywacja nie bylo ;) Wiec pelen szacun dla lokalnych krow! Moze by zrobily kariere w cyrku chodzac po linie albo co?

Drogi lokalne o zmiennej nawierzchni i niezmiennie ladnych widokach

Na nocleg zatrzymujemy sie nad rzeka, niedaleko kosciolka Akhalszeni. Do niego wybierzemy sie jutro ( o ile znajdziemy most ;) )

Poki co stawiamy namiot w cieniu starych drzew, robimy pranie, szykujemy ognicho i cieszymy sie sielskim, cieplym wieczorem wsrod spiewu ptakow, kląskania cykad i plusku rzeki.

Nasza dzisiejsza obiadokolacja- ziemniaczki ze swanska sola! Troche brakuje masełka ale coz zrobic, do sklepu nikt nie poleci ;)

cdn

jabolowaballada.blogspot.com

Obrazek użytkownika buba
Dżigit
Niedostępny
Ostatnio był(a): 5 miesięcy 3 dni temu
Dołączył: 14.12.2011 - 18:59
13 Grudzień, 2016 - 17:02

Re: Wioski, miasteczka, twierdze i płowe góry Dżawachetii

Akhalseni jest znaczone na mapie jako dawna wies, ktorej juz nie ma. Tereny sa uzywane pod sianokosy przez ludzi z innych, okolicznych wiosek

Faktycznie nie ma tu zadnych domow. Jest tylko jeden baraczek zrobiony ze starej blaszanej przyczepy.

Udaje sie nam znalezc mostek i przeprawic za rzeke do kosciolka na gorce.

Mozna sie tu zupelnie poczuc jak w Armenii- kosciolek jest otwarty! W innych regionach Gruzji obowiazkowym wyposazeniem tego typu obiektow jest duza kłódka. No coz- duzo ludzi mi mowilo, ze Dzawachetia to taka nie do konca Gruzja ;)

W srodku budynku dominuje zapach swiec i wilgotnego muru. Wszedzie sporo swietych obrazkow. Kabak zawiesza sie wpatrujac w pełgajacy płomien swiecy. Nieruchomieje, a na podswietlonym blaskiem swiecy pyszczku widac wielkie zainteresowanie i zadume.

Czesc postaci przedstawionych na sciennych obrazkach ma charakterystyczne i dosc nietypowe twarze.

Kosciol jest zbudowany z nieregularnych kamieni o roznych kolorach. Nie wiem czy celowo takie dobierali czy przypadkiem tak wyszlo, bo takie mieli pod reka.

Czesc z kamieni jest rzezbiona.

Budynek chyba kiedys byl wiekszy, nieopodal wejscia stoja resztki jakiegos filaru.

Jest tez “oklapniety” krzyz

W polach lezy cos co wyglada jak kamienne poidło dla bydła

Widoki na wszyskie strony sa jednolicie plowe, tylko waski pas wzdluz rzeki daje po oczach zielonoscia!

Ze wzgorza udaje sie wypatrzec jakis budynek na gorkach po przeciwnej stronie drogi (mniej wiecej w srodku zdjecia). Moze tez stepowy kosciolek? Moze baszta? Moze bacowka? Na mapie nie ma tam nic. Zatem trzeba isc sprawdzic!

Mała sciezynka wije sie polami. Wysoko nad nami spiewaja jakies ptaki. Ledwo je widac. Dzwiek jakby wiosenne skowronki skrzyzowac ze skrzeczeniem papugi. A poza tym to normalnie- wszystko sie trzesie od cykad, czasem w oddali zaryczy krowa. Trawa pod butami kruszy sie i zamienia w pyl..

Czasem mozna sie natknac na mniej lub bardziej rozlozona padline

Albo zarloczne kolonie żuczkow gnojarzy, lepiacych kuleczki wieksze od siebie i potem mozolnie wpychajacych je pod gorke.

Sa tez inne stworzenia w kolorach maskujacych

W koncu docieramy pod poszukiwany obiekt. Spory szescian z kamieni. Wejscia brak. W srodku zarosly krzakami. Rozpadliska scian upodobaly sobie węże i jaszczurki.

Gdzies w okolicznych polach lezy jakies stare poidlo. Albo inne zastosowanie mogl miec ten kamulec, wyraznie obrabiany ludzka reka?

Za Aspindza skrecamy w boczna droge, ktora widokowymi serpentynami wspina sie na zbocze.

Odwiedzmy tam wies Khizabawra, z dwoma kosciolami i zrodlem z zespolem kamiennych poidel, miedzy ktorymi woda przeplywa kaskadami.

W plot jednego z kosciolow wmurowane sa fajne rzezby.

Za wsią, w cieniu starych drzew jest tez budynek, ktory poczatkowo bierzemy za kaplice. Dziwi jednak ze jest szczelnie ogrodzony a przed zamknieta furtka siedzi babcia i mowi “zamkniete”. Miejsce to nie daje mi spokoju, obchodze dookola plot i w chaszczu gdzie mnie juz nie widac udaje mi sie go sforsowac. Zaraz za plotem wpadam na kola mlynskie?

Budynek pelni role jakby muzeum, jest poswiecone wojnie z lat 1941-45, w srodku jakies krzesla, stoliki i sciany udekorowane portretami gierojow. Czemu to takie wyzamykane?

Miejsce ma jakas dziwna moc. Albo to zemsta babuszki-strazniczki? Gdy wkladam przez okienko reke aby zrobic kolejne zdjecie- szlag trafia mi aparat.. Zaczerniony podglad, czarne zdjecia. Gasze, włączam, zmieniam baterie.. Dupa… Zdechl.. Bez ostrzezenia, dzialal bez zarzutu.. Az do teraz… Ani nie upadl, ani nim nie uderzylam... Musze wykopac aparat zapasowy… No to sie skonczylo zoomowanie z daleka... :(

W Saro tez ma byc kosciol. Nie mozemy go znalezc. Pytamy o droge miejscowych, ktorzy obsiedli lokalne zrodlo przystrojone gołąbkiem i narzedziami rolniczymi ;)

Chlopak mowi- za trzecim domem w prawo. Babcia - nie bo trzeba sie cofnac i wzdluz murku jechac. Przechodzacy facet- nieprawda! Dopiero za wsia jest skręt! I zaczynaja sie klocic kto ma racje. Chyba zaraz sie pobiją… Dobra.. Poszukamy sami...Damy rade.. Oddalamy sie, donosne wrzaski zbulwersowanych lokalsow powoli cichną. Wjezdzamy pomiedzy wiejskie zabudowania. Coraz bardziej grzasko.. Koła skodusi miela jakąs paste chyba o wiekszej zawartosci gnojowki niz zwyklego blota. Sprzed maski uciekaja stada gęsi i kaczek. Przy domach maja tu ciekawe piwniczki wsparte na palach. Uliczki sa wąskie, co chwile sie rozgałęziaja. Istny labirynt!

Okazuje sie ze kosciol jest w komplecie wraz z klasztorem pelnym zakonnic, ktore postanawiaja nas oprowadzic. Zapalaja swiatlo w kosciele, opowiadaja pare slow o jego historii, ale ogolnie bardzo trzymaja sie na dystans i odnosze wrazenie, ze nie sa zachwycone naszym przybyciem. Jedna cos wspomina “rzadko odwiedzaja nas turysci” a na twarzy ma wypisane “i dobrze nam z tym!”.

Zabudowania "klasztorne" stoja zaraz obok

Kosciol polozony jest na brzegu urwiska. Pare metrow za nim jest jakby uskok plaskowyzu i skarpa waląca sie mocno w dol…

Przy serpentynach na zjezdzie stoja jeszcze ruiny jakiejs fabryczki. Calkiem mile miejsce na biwak, widac slady ognisk.

Ale my wracamy nad “nasza” rzeke. Pranie gdzies trzeba zrobic. Dzis wiekszy ruch nad rzeką- jakis chlopak wyczynia akrobacje na dwoch koniach. Chyba cos cwiczy, z dala od wzroku rodzny i znajomych, jakies przeskoki z jednego grzbietu konskiego na drugi, jakies zbieranie galezi w biegu, jazde w kucki itp. Jest tez ciezarowka i kilku facetow wybierajacych kamienie z rzeki. Biorac pod uwage rozmach przedsiewziecia to chyba ktos sie buduje. Raczej nie na skalniaczek do ogrodka ;) Przypominaja mi sie opowiesci Aszota: “Kazdy prawdziwy facet potrafi zbudowac dom. Najpierw jedziesz ciezarowka w gory po kamien. Gdy nie masz swojej ciezarowki to pozyczasz od kuzyna lub brata…”. Wieczorem zostajemy sami. Tylko za rzeka blyskaja czasem latarki. Chyba dalej zbieraja siano.. Choc kto ich tam wie…

cdn

jabolowaballada.blogspot.com

Obrazek użytkownika buba
Dżigit
Niedostępny
Ostatnio był(a): 5 miesięcy 3 dni temu
Dołączył: 14.12.2011 - 18:59
21 Grudzień, 2016 - 17:03

Re: Wioski, miasteczka, twierdze i płowe góry Dżawachetii

Jedziemy do Ahalkalaki. Na obrzezach wreszcie sie udaje zatrzymac przy pewnym mostku. Most ten jest wyjatkowy bo zostal wykonany z kolejowego wagonu.

Kawalek musieli go przytargac- linia kolejowa konczy sie kilka km stad, po drugiej stronie miasta. Co mysmy sie tego mostu naszukali 4 lata temu. Krazylismy kilka godzin, wszedzie rozpytujac i nikt nie byl nam w stanie wskazac wlasciwej drogi. Znalezlismy kilka innych mostow, w tym ciekawa i widokowa kladke nad wąwozem ;)

A wagon mignal nam za oknem gdy juz miasteczko opuszczalismy- stopem, wiec glupio bylo prosic o zatrzymanie sie z tak blahego powodu. Dzis mozemy parkowac gdzie chcemy i delektowac sie czym mamy ochote. Niestety most nie stanal na wysokosci zadania i przez te lata zdazyl na tyle przerdzewiec, ze pokonanie nim rzeki stalo sie niemozliwe. Albo przynajmniej “mocno utrudnione”. Ciekawe jak wygladal 4 lata temu?

Zaraz obok jest zrodelko i kosciolek na skarpie.

Wnetrze swiątyni wypelniaja obrazki tematyczne w ilosci duzo, chyba przynoszone tu przez wiernych. Sa wiec puzzle z ostatnia wieczerzą, trojwymiarowy Chrystus mrugajacy oczami i rozni swieci opisani w przynajniej trzech jezykach. Jest tez rozowa osmiorniczka z plastiku o wielkich zdziwionych oczach. Wygalada na to, ze trafila tu przypadkiem i chyba czuje sie nieswojo. A moze wlasnie ona ma do opowiedzenia najciekawsza historie? Musze nastepnym razem zabrac jakies swiete obrazki z Polski- i bede je zostawiac w takich gorskich kosciolkach!

W Ahalkalaki jestesmy umowieni z Ryzanna. Poznalismy sie dwa lata temu gdy biwakowalismy wsrod ruin lokalnej twierdzy, a ona przyszla tam z rodzina na spacer. Dzis idziemy do niej w odwiedziny, ale dopiero po 15 gdy wyjdzie z pracy. Poki co jedziemy odwiedzic okolice przykolejowe i zobaczyc co tam slychac. Stacyjka jest opuszczona, tory zarasta trawa a nieopodal budynku zgromadzono stare wagony.

Najbardziej mi zal, ze jest juz nieczynna “chinkalnaja” - wyglada na knajpe z gatunku takich, jakie lubie najbardziej.

Po drodze mijamy bloki z kominkami gigantami ujetymi w cale kiście. Wiele razy widzialam bloki gdzie ludzie dogrzewaja sie piecykami a rura przebita jest na zewnatrz. Ale czemu te rury ida az tak wysoko nad dach? Czyzby sasiedzi z wyzszych pieter skarzyli sie na np. okopcone pranie?

Z Ryzanna umawiamy sie przy twierdzy. Bo chyba nie ma szans abysmy odnalezli jej dom w platanie uliczek. Wsrod starych murow bez zmian- krowy sie pasą, atmosfera przyjemna.

U Ryzanny w domu czeka juz stol zastawiony pysznosciami- jest tolma w ciescie, bakłażany nadziewane mielonymi orzechami, chlebek faszerowany kapusta w przyprawami, ktorego smak powoduje, ze czuje sie zupelnie jak na Wigilie, sa kawalki roznych grilowanych mięs, owoce i dzbany domowego soku z malin. W knajpie nigdy jedzenie nie jest tak dobre... Co dziwi nieco w tych regionach- nie ma na stole zadnego alkoholu.

Akurat trafilismy w taki termin, ze nie jestesmy jedynymi goscmi u Ryzanny- przyjechala na tydzien rodzina z Rosji- z Krasnodaru. Jest wiec nas spora gromadka- my w trojke, Ryzanna z synkiem Wadikiem, dziadek i dwojka dzieci z Rosji i dwie babki, odnosnie ktorych nie połapalam sie czy sa miejscowe czy przyjezdne. Sprawe identyfikacji utrudnia fakt, ze gdy spotkalismy sie poprzednio- rodzina z Krasnodaru tez byla w Ahalkalaki. Wszyscy oczywiscie sa Ormianami, co w tym miescie nie powinno nikogo dziwic. Najbardziej rozmowny jest dziadek, emerytowany wojskowy, ktory pol zycia sluzyl w Niemczech, w Magdeburgu, a po 90- tym roku zostal przeniesiony na Bialorus. Przez Polske jezdzil pociagiem tranzytowo setki razy. W pamieci zostal mu glownie drobny handel, rozne wymiany z lokalna ludnoscia w czasie dluzszych postojow. Swiat dziadka jest prosty i jednoznaczny. Nie ma w nim miejsca na inne spojrzenia i odcienie szarosci. W jego swiecie wszystkie kraje (z Ameryka na czele) pragna skrzywdzic Rosje, oslabic ją i podbic. Kraj ten jednak nie poddaje sie nikomu i niczemu i na dodatek jeszcze wszystkim bezinteresowanie pomaga (rowniez swoim oprawcom). Jedna jedyna Armenia poznala sie na rosyjskiej dobroci i jest wdziecznym i wiernym przyjacielem. Jakakolwiek dyskusja oczywiscie nie ma racji bytu. Co ciekawe przy probie rozmowy dziadek sie nie denerwuje, najwyzej wpada na wyzsze poziomy uduchowienia.

Wszyscy probuja zabawiac kabaka, ktory jest dzis wyjatkowo niegrzeczny. Zwlekaja dziesiatki zabawek- misie, migajace swiatelkami samoloty, nakrecane myszki i klocki, ktore robia "bip" jak sie na nich usiadzie. Babcie nosza na rekach, Wadik probuje brac na barana. Kabaczę interesuje sie tylko pełzaniem po dywanie w kierunku gniazdek elektrycznych w scianach, przyspieszajac na zakretach.

Zostajemy tez wciagnieci w rozmowe na temat piekna Batumi, ktore wszyscy tu zgromadzeni odwiedzaja kazdego roku. Na tym etapie nie mamy wyjscia i tez musimy potakiwac, bo wyjawienie prawdziwych naszych odczuc na temat tego miasta (jak i calego gruzinskiego wybrzeza) byloby sporym nietaktem i moglo zwazyc mila atmosfere ;)

Z racji na duza ilosc przyjezdnej rodziny nie mozemy zostac na noc u Ryzanny bo w domu totalnie nie ma gdzie nas polozyc a ogrodek nie nadaje sie do rozbicia namiotu (albo kwiatki albo grzadki). Nie krzywdujemy sobie bo od dwoch lat mamy juz upatrzony hotelik, w ktorym koniecznie musimy zanocowac. Polozony jest na obrzezach miasta przy wylocie na Ninoncminde. Co najsmieszniejsze - Ryzanna wogole nie wiedziala o jego istnieniu i polecala nam jakis 5 razy drozszy, twierdzac ze jest najtanszy w miescie :) Najpierw zegnamy sie przed domem a potem jednak cala rodzinka postanawia nas odeskortowac pod hotelik.

Po drodze zagaduje nas jeszcze policja, chyba sa zdziwieni, ze po ciemku w plataninie malych uliczek wlocza sie dwa auta na zagranicznych blachach.

Nasz hotelik to pietrowy budynek z dlugim balkonem. Boczna sciane ma udekorowana starym napisem "slawa trudu". Po korytarzu buszuje maly kotek, babka, ktora dosc nachalnie oferuje swoja pomoc przy kabaku i chlopak, ktory chcialby wyjechac do Polski do pracy i bardzo dokladnie wypytuje nas o rozne szczegoly zycia w naszym kraju a spostrzezenia notuje w kieszonkowym zeszyciku. Kreci sie tez wlasciciel, ktory przyjezdza czarnym merolem, na ktorym nie ma nawet pyłka czy plamki i caly blyszczy sie jak psu... nos ;)

O 6 rano budzi nas hymn ZSRR dudniacy z korytarza. Ja rozumiem, ze napis na scianie budynku zobowiazuje- ale dlaczego u licha o tak nieludzkiej godzinie?? Wylaze na korytarz. Przed wlaczonym telewizorem siedzi ekipa w komplecie- wlasciciel, babka, chlopak i kotek. Leci jakis film historyczny gdzie akurat odbywa sie defilada. Wszystko ladnie pieknie ale z ta pobudka to odrobine przegieli.

W Ahalkalaki odwiedzam tez apteke. Wogole na tym wyjezdzie odwiedzam duzo aptek- mozna tam kupic gotowe i niepsujace sie zarcie dla kabaka. Biorac pod uwage specyfike wyjazdu to jakbym zaczela sie bawic w gotowanie na marusi- to na zwiedzanie juz by czasu braklo ;) A wiec gruzinska apteka zwykle wyroznia sie tym, ze jest swiezo wyremontowana a wnetrze wyglada bardzo nowoczesnie. (z wyjatkiem tej jednej na trasie Anaklia-Zugdidi, gdzie sprzedawano tez chleb, wodke i plazowe piłki a babka siadywala na fotelu dentystycznym ;) ) Apteka przewaznie jest polaczona jakby ze sklepem dla dzieci i mozna kupic smoczki, nocniki, wózki, zabawki itp. Za okienkiem zwykle uwija sie 5 do 7 osob, ktore biegaja w kolko i ciezko jednoznacznie stwierdzic czym sie zajmuja. Zwykle nie wiecej niz dwie z nich podchodza do komputera i wbijaja tam zakupy. Proces sprzedazy lekarstw trwa kilka razy dluzej niz w Polsce, bo kazdy produkt musi byc kilkakrotnie podany z rąk do rąk, odstawiony i ponownie podniesiony. Leki dostaje sie bez recepty wedle uznania. Antybiotyki, antykoncepcja, silne leki na depresje a nawet psychotropy sa wylozone na polkach. Wiekszosc lekow pochodzi z importu z Rosji i Ukrainy i jest opisane cyrylica, najwyzej ma naklejki gruzinskie. Kilkakrotnie widzialam naklejone odreczne opisy, wykonane chyba przez personel apteki. Zakupy jednak zwykle przebiegaja bezprobemowo, tylko trzeba uzbroic sie w cierpliwosc i poswiecic na nie wiecej czasu niz w Polsce czy na Ukrainie (w innych krajach nie korzystalam z uslug aptek wiec nie mam porownania). Apteka w Ahalkalaki jednak przeszla wszelakie wyobrazenia. Dzis wyjatkowo oprocz kabaczego zarcia chce zakupic nurofen i tabletki na gardlo. Obsluga przynosi mi zupelnie co innego- zamiast nurofenu dostaje lek na potencje, jakis tez na "N". Wlasciwe tabletki musze sobie sama wyszukac w szufladkach, obsluga nie ma problemu aby mnie wpuscic na zaplecze i pozwolic buszowac po polkach. Wystarcza ustna deklaracja, ze ja tez pracuje w aptece i "sobie sama znajde". Naprawde wiara w drugiego czlowieka i zaufanie do niego jest wrecz rozczulajace. Znalezione dwa lekarstwa klade na ladzie a babka pakuje je do dwoch osobnych reklamowek, w ktorych zmiesciloby sie pol swini. Ja grzecznie staje w kolejce. Chwile pozniej dostaje metr paragonu. Moje siatki dalej leza za okienkiem. Na prosbe dostaje siatke z lekarstwami ale inna (wciaz staram sie nie utracic kontaktu wzrokowego z moimi siatkami). Skoro nie odpowiada mi siatka, ktora otrzymalam, prosza mnie o pokazanie paragonu, ktory juz odruchowo zdazylam zmiąć i wywalic do kosza. Nie mam w zwyczaju trzymac tego gownianego swistka gdy kupuje drobne rzeczy, ktorych nie planuje reklamowac i uwazam go za jeden z bardziej idiotycznych wymyslow dzisiejszych czasow. Dla gruzinskich aptekarzy jest to "dokument" i jest bardzo wazny. Mam teraz w rece siatke psychotropow i musze udowodnic, ze ich nie chce. Ide grzebac w koszu. W jego wnetrzu jest juz kilkanascie paragonow, wszystkie metrowe jak moj, wszystkie zmięte. I wszystkie oczywiscie w lokalnych robakach! Ratunku! Chyba gardlo mnie juz przestalo bolec.. Rozwiazaniu calej sytuacji nie pomaga fakt, ze w aptece jest tez Rosjanka, ktora kupila swojemu dziecku 20 jogurtow. Jednym z nich probowala nakarmic synka juz aptece ale jogurt wybuchł. Nie wiem jak kto wygladalo bo w czasie "eksplozji" kopalam za nurofenem na zapleczu. Moge ogladac tylko skutki - w jogurcie jest matka, dziecko, dwie panie z obslugi, szybka ekspedycyjna i spory kawalek podlogi. Na jogurcie poslizgnal sie dziadek. Rosjanka krzyczy, ze ona tych jogurtow juz nie chce, chce je oddac i żąda zwrotu pieniedzy. W dwoch okienkach drukują wiec płachty papieru, ktorymi mogliby sie okrecic (przypuszczam ze sa to protokoly zwrotu na jogurty). I wlasnie wtedy konczy sie tusz we wszystkich drukarkach... Udaje mi sie zakrasc i podmienic siatki, gdy wszyscy sa zajeci wspolnymi probami otwarcia drukarki. Poszkodowana jogurtowo dostrzega we mnie niemiejscową wiec automatycznie staje sie powierniczka jej żalow zwiazanych ze "zmarnowanymi wakacjami". Bo tu ani knajpy, ani stacje benzynowe, ani apteki, ani traktowanie kobiet nie odpowiadaja standardom, do ktorych przywykla w Moskwie. Dlatego dzis jest ich ostatni dzien w Gruzji. Zaraz wjezdzaja do Armenii, z nadzieja ze tam bedzie lepiej.. Coz.. kiwam tylko glowa po przekątnej i tylko sie zastanawiam ile czasu minie zanim zatęskni za Gruzja ;)
Nie wiem czy w tej aptece byl monitoring, ale jesli tak - to duzo bym dala za mozliwosc dostania w swoje rece nagrania z tego dnia!

Sniadanie zjadamy w nowej knajpce "Kavkaz", ktora powstala w budynku obok dobrze znanego nam burdeliku na wylocie z miasta na Turcje.

Zjadamy tam odżachuri jako ze takiej nazwy potrawy jeszcze nie spotkalismy. Okazuje sie to byc grilowanym miesem z zapiekanymi ziemniakami i warzywami. Smaczne acz nie jakies unikatowe. Zapewne wiele razy w zyciu juz jadlam "odżachuri" nie majac tego swiadomosci ;)

Potem jeszcze wracamy do centrum gdzie mamy sie spotkac z Ryzanna, ktora na chwile urywa sie z pracy aby nam pokazac cerkiew ormianska. Dzis przy niej trwaja jakies "prace spoleczne". Dzieci szkolne zamiataja, grabia rabatki.

Jest oczywiscie tez chaczkar

Przechodzimy tez kolo kasyna, na schodkach ktorego stoi babuszka i widac, ze sie waha czy oddac sie hazardowi czy tez nie.

Ciekawe bylo jeszcze ogloszenie. Ktos mial mocne parcie na wynajecie tego mieszkania, bo napisal az w trzech jezykach. A moze tutaj to normalne i wlasnie tak sie robi?

Ahalkalaki jest jedynym miejscem w Gruzji, ktore odwiedzilam juz po raz trzeci. I wciaz nie zmienilam zdania, ze to moje ulubione gruzinskie miasto i zawsze chetnie bede do niego wracac- do pylistych zaułkow oplecionych pajeczyna kabli i rur, do widokow na Gory Samsarskie, do pelnej krow twierdzy i oczywiscie do zapoznanych tu znajomych.

wiecej zdjec z miasteczka

2012
https://goo.gl/photos/4SgaaGve2aLXpoT58

2014
https://goo.gl/photos/uCHRRfQTzoCw7wWU8

2016
https://goo.gl/photos/kXXY56M6SodNxc7d6

cdn

jabolowaballada.blogspot.com

Obrazek użytkownika buba
Dżigit
Niedostępny
Ostatnio był(a): 5 miesięcy 3 dni temu
Dołączył: 14.12.2011 - 18:59
22 Grudzień, 2016 - 22:50

Re: Wioski, miasteczka, twierdze i płowe góry Dżawachetii

W Ahalkalaki musimy podjac ostateczna decyzje na pewien temat- co dalej? Zastanawiamy sie nad tym juz od pewnego czasu, miotajac miedzy roznymi przeciwstawnymi rozwiazaniami. Tu, stojac na skrzyzowaniu, musimy wybrac- albo jedziemy dalej, do Armenii, albo wracamy. Prosta decyzja - albo droga na Ninocminde albo na Achalcyche. Od tego skretu bedzie zalezec przebieg reszty wyjazdu. Armenia kusi bo nie bylismy w niej jeszcze samochodem, ulatwilo by to i przyspieszylo dojazd do wielu miejsc. Z drugiej strony do wielu najfajniejszych miejsc skodusia i tak nie dojedzie.. No i tym samym wciaz bedziemy sie oddalac od domu. Czy potem, na powrocie nie trzeba sie bedzie przez to zaczac spieszyc? Wizja ewentualnej koniecznosci pospiechu przeraza nas najbardziej. Tak latwo przywyknac do sielanki, nieliczenia dni, pozwalania aby los ukladal plany. Skrecamy na Achalcyche… spowrotem ku morzu.. Z perspektywy zimowego wieczoru kiedy to pisze (i mam wizje na kolejny rok juz tylko urlopu o normalnej dlugosci)- troche mi szkoda.. Ale moze wlasnie tak mialo byc? Rozwazajac cala sprawe po czasie zastanawiam sie tez na ile moze bylismy juz troche zmeczeni i podswiadomie tesknilismy za domem?

Powrot oczywiscie nie oznacza - pstryk i lądujemy w Polsce. Szacujemy, ze zajmie on nam okolo miesiaca.

Kolo miejscowosci Chunchkha (spisalam nazwe z mapy- wiem, ze to nie jest polska pisownia ale za cholere nie wiem jak to przeczytac) mijamy ruiny jakiegos kosciolka. Nie chce nam sie juz do niego wspinac, widac, ze to raczej tylko wydmuszka...

Z daleka przygladamy sie twierdzy w Khertvisi. Juz tam nie idziemy, kiedys bylismy, a nawet spalismy naprzeciwko.

Jedziemy tez zobaczyc cerkiew Sapara kolo Achalcyche. Droga do niej jest bardzo widokowa, przeklada sie przez malownicze przelecze.

W dole Achalcyche, z plastikowa twierdza z klockow Lego...

Sapara ladnie sie prezentuje z oddali, utopiona w buszu zielonosci. Zdawaloby sie, ze to dzika dolina, zapomniana przez ludzi...

Droga dojazdowa jest w przebudowie. Jak wiadomo mnisi, ktorzy postawili monastyr w odludnej dolinie- musza miec dobry dojazd bo to jest potrzebne do zadumy i kontemplacji. Przy cerkwi kreci sie troche turystow. Miedzy nimi lawiruja walce, spychacze, koparki i inne wydziwiaste maszyny. Droga jest wąska wiec te wszystkie giganty sie tu nie mieszcza...

Opasłe ciezarowki wypelnione zwirem mijaja na grubosc lakieru wypasne bryki “noworuskich”.

Po jezdni plynie smoła. Jak czarne, cieple zrodło, tchnace goracem i charakterystycznym dla siebie aromatem. Podeszwy kleja sie do ciemnej brei.

Jakiejs pańci utkwil obcas w miekkiej, supernowej nawierzchni. Jakas matka ciagnie za kaptur wyjacego kilkulatka, ktory zbyt optymistycznie podlazł do pracujacego walca. Skarpa z jezdnia powoli sie osypuje. Do nowopolozonej drogi zostalo jej z pol metra.

Jakos oczy wszystkich sa wpatrzone w droge i jej gladkosc a skarpa nie przyciaga niczyjej uwagi. Kamienie z gory rowniez spadaja i wtapiaja sie w miekki, nowy asfalt, nieruchomiejac tam na dobre. Jeden z robotnikow probuje je wykuc łopatą. Kawalek dalej sobie odpuscili. Ustawili znak “zwezenie drogi” i wrosniete kamienie leza sobie spokojnie.

Budowa drogi utrudni dostep do biesiadek. Widac odchodzace na lewo i prawo bite drogi, ktore teraz odziela od szosy gleboki row. Miejscowi sa jednak zapobiegliwi- widze kilka osob ktore przywiozly grube dechy. Buduja z nich mostek, po ktorych dosc wypasny merol probuje przedostac sie na miejsce piknikowe. Przy jednej z drog do sosnowego lasku row zostal zasypany piaskiem, zwirem i szlag wie czym jeszcze. Ale grunt ze skutecznie. Dla nas to jedyna szansa na zjazd gdzies w bok wiec tam bedziemy szukac noclegu.

Klasztor Sapara siedzi za murem. Jest tam kilka roznych zabudowan, cerkwie sa chyba dwie, jakies ruiny jakby zamku oraz ocembrowane,rzezbione zrodelko.

W glownej cerkwi siedza zakonnicy o twarzach obozowych kapo i kategorycznie zabraniaja robienia zdjec. Gdy jakis turysta probuje fotografowac komorką, mnich rzuca sie na niego i sila probuje wyrwac telefon. Pilnujacy twierdzi, ze zakaz wynika z tego, ze to “swiete miejsce”. W samej cerkwi jednak znajduje sie sklepik gdzie mozna zakupic rozne pamiatki. To swiete miejsce czy bazar? Fotografia odbiera dusze ale dojenie dutków juz nie? Na scianach sa calkiem ladne malowidla. Przedstawiaja roznych swietych o smutnych twarzach- nic dziwnego, atmosfera nie jest tu za przyjazna. Szybko wychodzimy na zewnatrz. Tu tez jest wiele ladnych zdobien, ornamentow i podrzezbien- rozne motywy zwierzece, podobizny swietych, napisy, gwiazdy, krzyze. Mozna powedrowac wsrod murkow, kolumn i podcieni juz prawie w samotnosci. Wiele miejsc jest pieknych, pod warunkiem, ze zabierze sie z nich ludzi…

Na nocleg zatrzymujemy sie w przydroznym sosnowym lasku. Jest to jedno z najfajniejszych miejsc noclegowych na naszej gruzinskiej trasie. Niby zwykly zagajnik, ale czasem miejsce jakos tak emanuje dobra energia, ze wyjatkowo milo sie tam siedzi, jedzenie lepiej smakuje a i spi sie cudownie! Aby bylo jeszcze bardziej swojsko rozwieszamy pranie.

Gdy udaje sie zgromadzic opal na ognisko ( a w popularnych miejscach biesiadkowych nie zawsze jest to proste) znienacka przychodzi burza. Nie trwa dlugo, ale wiatr mocno duje. W wyniku tego caly namiot mamy zasypany igliwiem a pachnie jak w Boze Narodzenie :)

Widoki okoloburzowe zwykle sa ciekawe.

Przy drodze wedruja krowy. Ciekawe jest, ze za tunelem juz nigdzie nie spotkalismy bykow na wolnosci.

Rano odkrywamy w okolicy jeszcze wiecej miejsc biwakowo-biesiadkowych, ktore sa chyba jeszcze ladniejsze od naszego- tez w lasku lub na jego skraju- ale jednoczesnie z super widokami. Ale tylko dla wedrowcow plecakowych lub posiadaczy terenowek- droga jest przechylona mocno w bok i ma glebokie koleiny…

Jakos nie chce nam sie szybko wyjezdzac. Skoro wczoraj nie udalo sie nam ognisko to robimy dzis! Drewno przez noc wyschlo! Nie bardzo mamy cos zeby upiec na ognisku, przypiekamy wiec suchy chleb i ogolnie okadzamy sie dymem. Kabak ochoczo dorzuca szyszki do ogniska a co bardziej dorodne okazy probuje uzywac jako gryzak.

Mamy tez teraz czas, zeby na spokojnie zająć sie naprawa naszego dachowego bagaznika, w ktorym powoli acz nieublagalnie zaczyna sie wyłamywac zawias. Byloby niemilo jakby nam spiwory i karimaty pewnego dnia uciekly. Z pomoca przychodzi nam niezawodna srebrna tasma! Bez niej sie nigdzie nie ruszamy! Jak to kiedys nam powiedzial pewien drwal na Ukrainie- byly dwa glowne wynalazki ludzkosci- najpierw koło a potem taśma klejąca!

A po drugiej stronie szosy jest kosciolek. Mielismy do niego isc rano ale zapomnielismy :(

cdn

jabolowaballada.blogspot.com

Obrazek użytkownika kaska_4951
Amator Kaukazu
Niedostępny
Ostatnio był(a): 2 lata 1 miesiąc temu
Dołączył: 03.05.2015 - 18:47
6 Styczeń, 2017 - 14:16

Re: Wioski, miasteczka, twierdze i płowe góry Dżawachetii

Buba, uwielbiam Twoje relacje. Czytając je aż chce się zacząć planować kolejny wyjazd do Gruzji :D

Obrazek użytkownika buba
Dżigit
Niedostępny
Ostatnio był(a): 5 miesięcy 3 dni temu
Dołączył: 14.12.2011 - 18:59
8 Styczeń, 2017 - 23:22

Re: Wioski, miasteczka, twierdze i płowe góry Dżawachetii

kaska » Pt sty 06, 2017 2:16 pm:
Buba, uwielbiam Twoje relacje. Czytając je aż chce się zacząć planować kolejny wyjazd do Gruzji :D

Ciesze sie ze sie podobaja! dziekuje za mile slowa!

Ja tez juz rozmyslam gdzie by tu uderzyc nastepny raz! acz w przyszlym roku chyba jednak wygra Armenia! :mrgreen:

jabolowaballada.blogspot.com