Zakładki podstawowe

m0cna

Data publikacji Temat | komentarz Komentarz W dziale
20.08.2015 - 14:30 Gruzja na luzie - kilka pytań.
KOMENTARZ:
Re: Gruzja na luzie - kilka pytań.

Dziękuję za odpowiedzi. Z koników pewnie zrezygnujemy. Celina, dziękuję za zaproszenie, odezwę się do Ciebie, jeśli wyklaruje mi się, czy będziemy nocować w Singagi.
Wypracowałam wstępny plan pobytu, a w związku z nim pytanie o pociągi.

Chcę dojechać z Singagi albo Telawi do Borżomi. W miarę możliwości pociągiem (rano). Czy stamtąd jeżdżą pociągi, czy dopiero z Tbilisi? Ze strony http://schema.railway.ge/ nie mogę się zorientować. Czy pociągi Tbilisi-Batumi zatrzymują się w Borżomi? Wyszukiwarka połączeń zwraca mi tekst w alfabecie gruzińskim, mimo ustawienia języka na angielski…

Będę też wdzięczna za ewentualne komentarze do planu, bo mimo przeczytania różnych informacji o Gruzji, jest to wciąż jednak plan robiony po omacku.

Tbilisi (2 noclegi):
Sobota, 19 września, 4:10 przylot do Tbilisi
Zakwaterowanie, odpoczynek, zwiedzanie miasta
Niedziela, 20 września, zwiedzanie na luzie

Kazbegi (1 nocleg):
Poniedziałek, 21 września, wyjazd do Stepancminda (Kazbegi), - jeśli się uda znaleźć kierowcę z samochodem w rozsądnej cenie to po drodze zwiedzanie Ananuri, oglądanie doliny Truso, dojazd do Kazbegi, zakwaterowanie, wycieczka do Tsminda Sameba, nocleg.
Wtorek, 22 września, spacer po okolicy (do wodospadów?)
Przejazd marszrutką do Telawi lub Signagi, zakwaterowanie

Kachetia (3 noclegi):
Środa, czwartek, 23-24 września, zwiedzanie: Telawi, Singagi, Monastyr św. Grzegorza w Bodbe, Monastyr Alawerdi, Monastyr Ikalto, winnice, Kvareli, Gremi, Udżarma, Monastyr Dawid Garedża.

Borżomi (2 noclegi)
Piątek, 25 września, Wyjazd do Borżomi (przez Tbilisi), zakwaterowanie, zwiedzanie miasta.

Sobota, 26 września, wycieczka kolejką do Bakurani

Tbilisi (1 lub 2 noclegi, zależnie od sposobu spędzenia ostatniego wieczoru…):
Niedziela, 27 września, Rano powrót do Tbilisi, zakwaterowanie.
Poniedziałek, 28 września, wycieczka do Uplisciche i Mtschety
Wtorek, 29 września, 4:55 wylot

Pozdrawiam serdecznie,
Monika

Planowanie podróży do Gruzji
01.10.2015 - 07:54 poczta w Tbilisi
KOMENTARZ:
Re: poczta w Tbilisi

Aby wysłać kartkę z Tbilisi, nie trzeba szukać poczty. Znaczki można kupić w sklepikach z kartkami. Natomiast można się rozejrzeć za skrzynka pocztową. Skrzynki mają kolor niebieski. Jedna jest na placu wolności, po wschodniej stronie (blisko knajpy z ogródkiem).

m.

Turystyka, wyprawy i podróże...
13.12.2015 - 13:42 Gruzja na luzie - jak było.
KOMENTARZ:
Re: Gruzja na luzie - jak było.

Cz. II - Kazbegi

Chciałybyśmy wyjechać w góry rano. Ale zwyczajnie się nie da. Rano dla obsługi hostelu to jest godzina 10.00. O tej porze serwują śniadanie (którego swoją drogą w Hirmasie nie warto zamawiać, bo jest to typowe śniadanie europejskie w skromnej wersji – bułka, dżemik, jajko i kilka oliwek).


Zalew Żniwalski.

Panie prowadzące hostel organizują nam kierowcę, który już o 11.00 (rano – ech…) zabiera nas do Kazbegi. Kierowca ma na imię Dawid i zna dobrze drogę, bo pochodzi z wioski Sno leżącej niedaleko od Kazbegi. Przejazd kosztuje 160 żelków. Po drodze zatrzymujemy się nad zalewem Żniwalskim z widokiem na tamę, potem przy Ananuri, w Pasanauri, Gudauri, …


Gruzińska Droga Wojenna.

Kawałek drogi za przełęczą krzyżową widać na skale zabarwione na pomarańczowo nacieki wapienne. Dawid namawia nas, aby spróbować wypływającej stamtąd wody. Ujęcie znajduje się poniżej szosy. Woda jest przepyszna! Lepsza niż ta, której próbujemy na dalszym etapie podróży w Bordżomi. Po drodze do Kazbegi mijamy długaśną kolejkę tirów, które kilka dni spędzają na tym pustkowiu w oczekiwaniu na przejazd przez granicę. Wzdłuż szosy, w rowie walają się śmieci pozostawione przez kierowców ciężarówek.


Różowa góra.

Koło 14.00 jesteśmy na miejscu. Dawid dzwoni do znajomych i za chwilę ktoś nas zabiera do guest house u Omy. Dostajemy wielki, czysty, pokój z widokiem na Kazbek. 20 lari od osoby. U Omy zatrzymujemy się tylko na jeden nocleg i praktycznie nie widzimy gospodarzy ani innych gości. Wynajmujemy natomiast kierowcę z terenówką (50 lari), znajomego Omy, i jedziemy do słynnej cerkiewki Cminda Sameba. Po drodze, zatrzymujemy się przy barze położonym koło głównej szosy i zamawiamy chinkali, które mają być gotowe, gdy wrócimy z góry. Zdaniem miejscowych są tu najlepsze chinkali w miasteczku, co znajduje potwierdzenie w fakcie, że zamawiają je tutejsze gospodynie.

Terenówką dość szybko dostajemy się na górę. Panuje tam spory tłok. Nie podjęłyśmy się wejścia na piechotę, ze względu na słabszą kondycję, ale duży ruch samochodów jest również dobrym powodem by zrezygnować z pieszej wędrówki. Może inaczej jest na szlaku wiodącym stromym skrótem.


Pogoda nam dopisała.

Widoki na górze są nieopisanie piękne, zwłaszcza, że pogoda nam sprzyja. Planując podróż bałam się, że może padać, a góry zostaną przesłonięte chmurami. Tymczasem świeci słońce, a powietrze jest krystalicznie przejrzyste. Wracamy na dół i kierowca zostawia nas pod barem. Chinkali są naprawdę smaczne. Popijamy je zimnym piwem Mtieli.


Widok spod knajpki z chinkali. Sam bar jest niepozorny - murowany baraczek.

Po obiedzie idziemy na kawę do kafejki naprzeciwko dworca marszrutek, a potem kupujemy wino i próbujemy wrócić na kwaterę. Okazuje się, że żadna z nas nie jest pewna drogi, a adresu nie znamy. Z trudem przypominamy sobie imię właścicielki. Ratuje nas tubylec, zdecydowanie wczorajszy, ale zorientowany w terenie. Przyprowadziwszy nas do Omy uśmiecha się czarująco do gospodyni i dostaje szklaneczkę czaczy.

A do naszego pokoju wprasza się mały, czarno-biały kociak, którego nie daje się odciągnąć od stołu. Wyproszony drzwiami wraca oknem miaucząc w niebogłosy. Dostał oczywiście daninę, choć jakoś na zagłodzonego nie wyglądał. Widać, dobrze sobie radzi z turystami.

Wstajemy o 7.00 rano. Rzut oka przez okno i z aparatem w ręku, za to w pidżamie wybiegam na ulicę uchwycić pomarańczowo-czerwony Kazbek budzący się w pierwszych promieniach słońca. O 8.00 jesteśmy już w marszrutce i oglądamy sceny ładowania kolejnych bagaży do już załadowanego samochodu. Ostatni pasażer siada na stołku pomiędzy siedzeniami. Podróż do Tbilisi kosztuje 10 lari.


Kazbek o poranku.

Turystyka, wyprawy i podróże...
15.12.2015 - 10:22 Gruzja na luzie - jak było.
KOMENTARZ:
Re: Gruzja na luzie - jak było.

Dzięki :)
Bo też i kraj piękny.
Jak mi się uda, to wieczorem wrzucę ciąg dalszy.

Turystyka, wyprawy i podróże...
15.12.2015 - 19:58 Gruzja na luzie - jak było.
KOMENTARZ:
Re: Gruzja na luzie - jak było.

Cz. III - Signagi

Marszrutka z Kazbegi dowozi nas na największy Tbiliski dworzec Didube. Metrem dostajemy się na Samgori, skąd chcemy dotrzeć busikiem do Signagi (7 żelków). Ani razu nie miałyśmy problemu ze znalezieniem odpowiedniej marszrutki w gąszczu samochodów. Zawsze można liczyć na życzliwość Gruzinów, którzy nie tyle wskażą, gdzie iść, ale zaprowadzą i jeszcze skontaktują z kierowcą. Do odjazdu mamy godzinę, idziemy więc do ulicznego baru na piwo oraz zupkę ostri. Zupka jest smaczna, choć mięso w niej to bardzo różne kawałki, z chrząstkami, powięziami i płatami tłuszczu. Po posiłku dzwonię do Celiny. Celina ogłaszała się na forum Kaukazu oferując noclegi w Signagi. Obejrzałam bloga, który prowadzą razem z mężem i pomyślałam, że wyglądają na fajnych ludzi. Zdecydowałam się zarezerwować u nich noclegi.Brez problemu dogadujemy się przez maila. Cena jest atrakcyjna – 55 lari za nocleg dla 3 osób. Celina odbiera telefon i obiecuje wyjść po nas na dworzec.

W marszrutce do Signagi spotykamy Koreańczyka, który rano jechał z nami z Kazbegi i to właśnie on siedział na dostawionym stołku. Jedzie też Australijczyk, który próbuje swoim telefonem komórkowym nagrać sceny wyprzedzania na szosie. Twierdzi, że mu w domu nie uwierzą jak to wygląda. Faktycznie – momentami jedziemy wprost na czołowe, po czym okazuje się, że jakoś trzy samochody mieszczą się obok siebie na jednopasmówce. Australijczyk pracuje w wytwórni wina i przyjechał do Gruzji poznać tutejsze technologie, nawiązać kontakty i oczywiście popróbować kachetyjskich win.


Tiger, który zadomowił się u Celiny i Piotra.

W Signagi witają nas Celina i Piotr. Piotr bierze do samochodu nasze bagaże, my idziemy na piechotę do domu, bo jest blisko. Zresztą to niewielkie miasteczko. Zostawiamy bagaże w maleńkim, ale czyściutkim pokoiku i lądujemy w kuchni na powitalnej lampce wina i kieliszku czaczy. Wreszcie możemy wypytać na temat Gruzji o wszystko, co nam się zdążyło nasunąć w trakcie podróży. Jesteśmy też niezmiernie ciekawe co małżeństwo z Polski robi w Gruzji. Okazuje się, że wprowadzili się tu dopiero tej wiosny. Opowiadają dlaczego tu przyjechali i jak im się wiedzie.


Signagi przed wieczorem.

Wieczorem, po długich godzinach siedzenia w marszrutkach udajemy się na spacer po miasteczku. Z murów obronnych, które liczą sobie cztery kilometry, widać niknący w zapadającym mroku Kaukaz.


Kaukaz chowający się w mroku. W lewym dolnym rogu widać (ledwo) fragment muru biegnącego w dół zbocza.

Wieczorem idziemy do knajpy. Dania mięsne znów są trudne do zjedzenia, bo zawierają kawałki wszelakie: i mięsne i kościste i powięzi. Kwestię tę wyjaśniają nam potem Celina i Piotr. Otóż rzeźnik nie rozbiera mięsa, ale kroi jak leci. Potrawy są natomiast wspaniale doprawione, a całości dopełnia miejscowe wino.

Wracamy do domu i lądujemy na obszernym tarasie. Tu, przy stole spotykamy czteroosobową ekipę z Trójmiasta. Siedzą w Signagi już kolejny, ponadplanowy dzień, bo bardzo im się podoba. Dzielimy się wrażeniami, opowieściami i żartami. W końcu idziemy spać.

cdn.

Turystyka, wyprawy i podróże...
16.12.2015 - 19:57 Gruzja na luzie - jak było.
KOMENTARZ:
Re: Gruzja na luzie - jak było.

Quote:
hruby » Śr gru 16, 2015 12:30 am[/url]"]Ostatnie zdjęcie z Signagi obudziło wspomnienia.

Widać też postęp, na zdjęciu z Waszej wyprawy widnieje strzecha, na moim jest już blachodachówka ;-).

Turystyka, wyprawy i podróże...
16.12.2015 - 20:22 Gruzja na luzie - jak było.
KOMENTARZ:
Re: Gruzja na luzie - jak było.

Cz. IV - Dawid Garedżi

Ranek zaczynamy śniadaniem, które zdecydowałyśmy się zamówić u Celiny i Piotra (5 żelków od osoby). Śniadanie zdecydowanie przerasta nasze możliwości. Stół zastawiony jest po brzegi – świeży gruziński chleb, biały ser, wędliny, półmisek pomidorów i papryki, jajecznica na sklarowanym masełku, domowej roboty dżem z fig … uff.

Klasztor Dawid Garedżi był prezentowany na wszelkich forach jako absolutne „must see”. Mówimy naszym gospodarzom, że chciałybyśmy tam pojechać, a oni organizują nam samochód z kierowcą (po 30 lari od osoby). Wraz z nami jadą też młodzi ludzie – para z Izraela.


Słone jezioro na stepie.

Najpierw jedziemy drogą wiodącą do Tbilisi, potem jednak zbaczamy na południe. Im bardziej na południe tym bardziej opadają nam szczęki. Krajobraz przechodzi w stepowy. Mamy wrzesień, więc step przybrał rudo-żółty kolor. Rozciąga się na pagórkowatym terenie. Widząc kolorowe słone jezioro prosimy kierowcę, aby się zatrzymał. Na zewnątrz uderza nas mocny zapach ziół. Najbardziej aromatyczny jest tymianek. Jedziemy dalej i robi się coraz bardziej górzyście. W końcu widać zabudowania klasztoru, a ze stepowych traw wyłaniają się pasma różowo-czerwonych skał.


Step i skały.

Są ludzie, których fascynuje architektura, układ cegieł, więzi sklepień itd. Dla, mnie Dawid Garedżi to klasztor jakich wiele. Ale to co prezentuje rozpościerająca się wokół natura, zapiera dech w piersiach. Człowiek w naturalny sposób zaczyna kontemplować, a w duszy otwierają mu się nieznane dotąd zakamarki. Nie dziwię się, że syryjski mnich Dawid Garedżi opuścił pełne dworzan Tbilisi i osiadł właśnie tutaj.


Klasztor Dawid Garedżi.

W oddali, na przeciwległym wzgórzu, po azerskiej stronie widać wieżę wiertniczą. Choć to Azerbejdżan jest kojarzony ze złożami ropy to również i w Kachetii napotykamy na niewielkie wieże wydobywcze, obok których stoją walcowate zbiorniki. Można je na przykład dostrzec z szosy pomiędzy Tbilisi a Signagi.


Wieża wiertnicza.

Przeszło godzinę czekamy pod klasztorem na naszych towarzyszy podróży, którzy poszli na wzgórze nad klasztorem ku granicy z Azerbejdżanem. Jest upalnie, około 30C i zaczynamy się denerwować. W końcu turyści z Izraela wracają, nie świta im jednak w głowach, że należałoby przeprosić sporo starsze od nich kobiety, że musiały tak długo czekać. Powstrzymuję Mamę przed puszczeniem „pedagogicznego smrodka”, ale jakiś czas później żałuję, bo młodzi ludzie wysiadają przesiąść się na autobus do Tbilisi, odwracają się tyłem i odchodzą bez żadnego „do widzenia”. Należał się młokosom porządny „opier”, jak nic.


Widoki spod klasztoru.

Wieczorem lądujemy na tarasie u Celiny i Piotra i dzielimy się wrażeniami.

Turystyka, wyprawy i podróże...
17.12.2015 - 18:39 Gruzja na luzie - jak było.
KOMENTARZ:
Re: Gruzja na luzie - jak było.

Cz. V - Winnice Kachetii

Następnego dnia idziemy z rana na miejscowy cmentarz. Namówili nas na to nasi gospodarze. Cmentarz rozciąga się na północnym skraju miasta. Dotarcie do jego końca wynagradza najpiękniejszym, zdaniem Piotra, widokiem na masyw Kaukazu. Tego dnia jest jednak w powietrzu dużo wilgoci i ograniczona widoczność, mimo słońca, nie pozwala podziwiać szczytów gór.


Cmentarz w Signagi.

Mimo to, wyprawa na cmentarz okazuje się ciekawa. Grobowce dostosowane są do spotkań rodzinnych i ucztowania. Kwatery otoczono niskimi płotkami, a na nagrobkach widnieją wizerunki zmarłych odtworzone ze zdjęć. Wrażenia i atmosfera bardzo odmienne od tych na naszych, nostalgicznych i jednocześnie kolorowych od kwiatów cmentarzach.

Po spacerze pod przewodnictwem Piotra dokonujemy zakupów, które chcemy zawieźć do Polski. W sklepie spożywczym nabywamy czaczę. Sprzedawca wychodzi na chwilę do pobliskiego mieszkania i wraca z kanistrem trunku. Nalewa ile sobie życzymy do plastikowych butelek po napojach. Z kolei na hali targowej degustujemy i w efekcie kupujemy domowej roboty koniak. Też nalany do plastikowej buteleczki. Zaopatrujemy się też w adżikę i swańską sól. Na koniec idziemy do knajpy, gdzie ponownie z wielkiego kanistra, właściciel nalewa nam do butelek wino Saperawi.


Dolina Alazani.

Po zakupach, razem z grupą z Trójmiasta ładujemy się do wynajętego samochodu i jedziemy zwiedzać Kachetię. Na pierwszy ogień idzie twierdza Gremi – zamek, wieża i kościół. Wielkie schody wiodące na wieżę wygrywają walkę z kolanami Mamy. W dalszej części podróży unikamy więc w miarę możliwości wszelkich stopni. Kolejny punkt programu to klasztor Nekresi. Wjeżdżamy wyżej i wyżej podziwiając z góry dolinę Alazani. Obchodzimy zabudowania klasztorne. Mnie najbardziej fascynuje wywieszony na tablicy pod klasztorem plakat prezentujący ikonę ze sceną sądu ostatecznego, z wszystkowidzącym okiem pośrodku. Jakieś to takie mocno niepokojące.


Wnętrze klasztoru Nekresi jest bardzo zniszczone, choć jak widać trwają (niemrawe) prace konserwatorskie.

No i wreszcie clou programu – jedziemy do Kwareli i zwiedzamy wytwórnię win. Piękne, obszerne piwnice wypełnione są potężnymi kadziami na wino, długimi rzędami beczek i półkami, na których leżą i czekają na swój czas butelki z winem. Na koniec zwiedzania bierzemy udział w degustacji. Ze znawstwem, niczym wytrawne kiperki, kręcimy kieliszkami, wdychamy bukiet, potem z namaszczeniem wciągamy mały łyczek i po woli wypuszczamy powietrze nosem, by poczuć na podniebieniu wykończenie. Część gości wypluwa degustowane wino do specjalnych pojemników. Nasze pojemniki jednak jakoś pozostają suche…


Takie to winne piwniczki.

Na koniec jeszcze zajeżdżamy do muzeum wina, w którym nagromadzono sporo eksponatów, niekoniecznie związanych z winem. Pod ścianą stoją stare radioodbiorniki i telewizory. Jest też stos walizek, takich, jakie pamiętam, że były w naszej szafie, gdy byłam dzieckiem. Na ścianach wiszą instrumenty muzyczne.


Muzeum wina. Ogóreczki w spirytusie, takie, prawie korniszonki :>.

Wieczorem idziemy do knajpy na chinkali. Bardzo mi smakują. Mają miękkie ciasto, pyszne mięso i aromatyczny bulion w środku. Mama z Ciocią są znacznie bardziej sceptyczne co do chinkali. Po kolacji tradycyjnie już lądujemy na tarasie i Celiny i Piotra. To nasz ostatni wieczór w Signagi, bo rano wyruszamy w podróż do Bordżomi.


Muzeum wina. Tak wyglądają kwewri osadzone w piwnicznej posadzce.

cdn.

Turystyka, wyprawy i podróże...
18.12.2015 - 17:15 Gruzja na luzie - jak było.
KOMENTARZ:
Re: Gruzja na luzie - jak było.

Cz. VI - Bordżomi

Przejazd do Bordżomi zabiera nam znaczną część dnia. Najpierw docieramy do Tbilisi na dworzec Samgori. Przedostajemy się na Didube i znajdujemy marszrutkę do Bordżomi. Większość drogi wiedzie autostradą na Batumi. W Kaszuri marszrutka skręca na południe i wjeżdża pomiędzy wzniesienia Małego Kaukazu. Niemal całą drogę towarzyszy nam rzeka Mtkwari.


Mtkwari przepływająca przez Mały Kaukaz.

W Bordżomi musimy znaleźć nocleg. Jeszcze w Polsce wynotowałam sobie kilka adresów i teraz dzwonię na pierwszy z nich – do Roberta. Robert wyjaśnia jak do niego dojechać taksówką spod dworca i czeka na nas na ulicy przed domem. Oferuje nam obszerny pokój z aneksem kuchennym. Pyta skąd mamy jego telefon i uradowany, że go znalazłyśmy opuszcza nam cenę do 15 lari od osoby. Miejscówka jest bardzo dobra. Blisko stąd do głównej atrakcji Bordżomi – parku zdrojowego. Rozpakowujemy się i wychodzimy zapoznać się z miasteczkiem.

Przy głównej szosie, natrafiamy na informację turystyczną, gdzie bardzo sympatyczny, młody człowiek z entuzjazmem opisuje nam wszystkie okoliczne atrakcje, oferuje wycieczkę do Wardzi, z której jednak ze względu na nadwerężone kolana Mamy nie korzystamy, a na koniec obdarowuje nas płytą z muzyką gruzińską.

Po obejściu znacznej części miasteczka decydujemy się na kawiarnio-restaurację niedaleko naszego domu. Zamawiam tam chaczapuri adżaruli. Ma wrzecionowaty kształt, a na jego wierzchu pływa w maśle jajko sadzone. Pycha! Najlepsza wersja chaczapuri, jakiej próbowałam.

Po obiedzie idziemy na spacer do parku zdrojowego. Podobnie jak wiele chodzących tu osób, mamy ze sobą pustą butelkę. Nalewamy do niej wody mineralnej z głównego ujęcia… Jest ciepła i ma silny mineralno-siarkowy smak. Zapewne jest zdrowa, ale do smaku trzeba być głęboko przekonanym. Na terenie parku są też ujęcia z zimną wodą, o bardziej neutralnym smaku. Wracamy już po ciemku kupując po drodze wino i orzeszki. Plan na następny dzień to przejażdżka kolejką wąskotorową do Bakuriani, z podziwianiem widoków i degustacją wina.


Elektriczka.

Kolejka do Bakuriani odjeżdża o dwóch porach – 7.15 i 10.55. Wybieramy tą drugą opcję. Nie jest jednak łatwo trafić na stację. Idziemy główną szosą wzdłuż rzeki, z jej biegiem. Po około 1,5 km przechodzimy przez most, za którym znajdujemy peron. Stoi przy nim śmieszna lokomotywka z dwoma wagonami. Wybieramy drugą klasę. Wagon ma otwierane okna a na końcu platformę, na którą można wychodzić. No i jedziemy nim razem z miejscowymi. Przejazd kosztuje 2 żelki i trwa 2 godziny, choć Bakuriani oddalone jest tylko o 30 km.


Zbocza zdewastowane rosyjskimi bombami.

Z początku wahamy się, czy wypada otworzyć butelkę z winem. W końcu jednak wyciągam korek i polewam, co inni pasażerowie przyjmują z uśmiechem, a nawet unoszą w górę kciuk widząc trzy pancie z winem. Podróż odbywa się na dużym luzie. Pasażerowie w większości się znają, elektriczka toczy się powoli, a razem z ną toczą się rozmowy. Dowiadujemy się, że kilka lat temu Rosjanie bombardowali te tereny. Faktycznie na zboczach gór widać połacie wypalonego lasu. W pewnym momencie ciuchcia staje w środku lasu, a motorniczy wysiada z plastikową butelką i schodzi w dół zbocza. W ślad za nim wybiega większość pasażerów. Okazuje się, że kilka metrów w dole znajduje się ujęcie wody mineralnej. Któryś z pasażerów nalewa jej nam do szklaneczek dla spróbowania. Na trasie elektryczki znajduje się most zaprojektowany przez samego Gustawa Eiffla. Nasi towarzysze podróży nie pozwalają nam go przegapić. Większość czasu w podróży spędzam na platformie na końcu wagonu filmując widoki po drodze.


Dalej i dalej, dolinką parku zdrojowego wprost ku baseniom :).

W Bakuriani o tej porze roku nie ma nic. Nie ma nawet baru, w którym można by zaczekać na marszrutkę wracającą do Bordżomi. W Bordżomi wstępujemy do domu i bierzemy stroje kąpielowe. Naszym celem są baseny z wodą siarkową w parku zdrojowym. Droga do basenów wiedzie wąską dolinką wzdłuż potoku. Przypomina mi ona dolinki tatrzańskie. Do przejścia jest trochę ponad cztery km. Woda w basenach wynagradza trud wędrówki. Jest ciepła i świeża – wypływa wprost ze źródeł. W basenie zagadują do nas dwie kobiety, siostry, które przyjechały z Kazachstanu na wypoczynek w sanatorium.


Baseny siarkowe.

Z basenów wracamy już o zmroku i wstępujemy na kolację do restauracyjki na terenie parku zdrojowego. Choć to koniec września jest ciepły wieczór, szumi potok, z głośników sączy się muzyka, wśród drzew latają nietoperze, a my totalnie zrelaksowane, sączymy gruzińskie piwko.

Z rana robimy jeszcze jeden wypad do parku zdrojowego, który bardzo nam się podoba. Tym razem wjeżdżamy kolejką linową na wzgórze nad parkiem (drożej niż elektriczka, bo 3 lari). Widać stąd pięknie cały kurort i park. Udaje mi się odnaleźć miejsce, z którego do parku opada wodospad. Z duszą na ramieniu zsuwam się nad samą krawędź i filmuję wodę spadającą kilkadziesiąt metrów w dół.


Bordżomi widziane znad parku zdrojowego.

Koło południa Robert odwozi nas na dworzec marszrutek, z którego wrócimy do Tbilisi.

Turystyka, wyprawy i podróże...
19.12.2015 - 17:23 Gruzja na luzie - jak było.
KOMENTARZ:
Re: Gruzja na luzie - jak było.

Cz. VII - Mccheta

W Tbilisi lądujemy popołudniem. Ponownie meldujemy się w hostelu Hirmas, a że znów jest niedziela (jak ten czas leci!) zdążamy na 18.00 na mszę u Piotra i Pawła. Natrafiamy tam na pielgrzymkę z Polski. Pielgrzymi nas zagadują myśląc, że tu mieszkamy, a po wyjaśnieniach dziwią się, że nie boimy się tak same podróżować. Ja z kolei się dziwię, że oni się dziwią. Wieczorem spacerujemy ulicą Agmaszenebeliego. Pełno tu ludzi. Szczególnie dużo, jak mi się wydaje, Turków. W końcu lądujemy w knajpie na kolacji i piwie.


Mccheta z katedrą Sweti Cchoweli.

W poniedziałek pakujemy bagaże, bo w nocy, a właściwie rano następnego dnia odlatujemy do Warszawy. Zostawiamy walizki w hostelu i jedziemy na Didube. W planach mamy marszrutkę do Mcchety, dajemy się jednak namówić na wzięcie taksówki (50 lari tam i z powrotem). Dzięki temu możemy odwiedzić również klasztor Dżwari wzniesiony wysoko nad ujściem Aragwi do Mtkwari.


Klasztor Dżwari.

Zaobserwowałyśmy, że Gruzińscy kierowcy robią znak krzyża przejeżdżając w pobliżu tej cerkwi. Na miejscu jest dużo pielgrzymów i turystów. Oglądamy cerkiew i delektujemy się widokiem na doliny obu rzek i położoną nad nimi Mcchetę.


Widok spod klasztory Dżwari.

Potem zjeżdżamy do Mcchety. Głównym punktem programu jest katedra Sweti Cchoweli. Zachodzimy najpierw do znajdującej się obok katedry informacji turystycznej. Z broszurki poznajemy legendę o płaszczu Chrystusa przywiezionym tu przez Żydów i spoczywającym ponoć pod kolumną w katedrze. Oglądamy kolumnę, ikony, relikwie oraz grobowce gruzińskich władców. Gdy wychodzimy na zewnątrz, pod tym, jakby nie było najdonioślejszym historycznym i religijnym miejscem Gruzji, przechadza się leniwie kolorowy kogut. Robimy spacer po miasteczku, odwiedzamy jeszcze kościółek Świętej Nino i wracamy do Tbilisi.


Słup w katedrze Sweti Cchoweli, pod którym ma znajdować się płaszcz Chrystusa.

Turystyka, wyprawy i podróże...