Twoje konto

GTranslate

Wpisy

Data publikacji Temat | komentarz Komentarz W dziale
25.11.2019 - 21:05 Góry pachnące tymiankiem czyli Armenia 2019
KOMENTARZ:
Re: Góry pachnące tymiankiem czyli Armenia 2019

Tuptamy dalej drogą pod góre. Asfalt się kończy, zabudowania wioski także. Droga staje się pylista i coraz bardziej widokowa. Suniemy w stronę ośrodka wczasowego zwanego "Apaga Resort", mającego tu opinie bardzo ekskluzywnego. Nie ma innej drogi w interesujące nas miejsce (jak sie jutro okaże jednak jest druga droga, ale dziś jeszcze o tym nie wiemy). Raz po raz mijają nas tłuste SUVy i inne niskopodłogowce lokalnej elity finansowej. Takie co to raczej rzadko się zatrzymują aby brać zakurzonych autostopowiczów..

"Apaga Resort" to zespół hotelowych domków na malowniczym zboczu nad wąwozem. Są tu tyrolki, jazda konna i inne atrakcje dla znudzonych wczasowiczów.


Piwo też jest, więc się na chwile zatrzymujemy.

Miejsce, mimo całej swej komercyjnej natury, nie jest aż takie złe jak przypuszczaliśmy. Mając w oczach różne kurorty, myślałam, że będzie dużo, dużo gorzej! A tu budowle z nietynkowanego kamienia, drogi z nieregularnego bruku, całkiem przyjemna knajpa. Gdyby tak wyszło, że musze tu zanocować, to zrobiłabym to nawet bez specjalnego obrzydzenia.

Ale nie ma takiej konieczności - mamy na oku miejsce noclegowe niedaleko stąd. Miejsce wręcz rewelacyjne, magiczne i jedyne w swoim rodzaju! I tam kierujemy swe kroki, wcześniej podpytując w "resorcie" jak tam iść, bo ni cholery nie możemy znaleźć początku naszej ścieżki. Faktycznie jest ona ukryta, zaczyna się gdzieś przy koniach, między dwoma parkanami. Dalej wiedzie ona skrajem wąwozu, wąską półką i co chwile odsłania sie jakiś fajny widok na skały i strome zbocza. Idziemy troche na czuja, bo ścieżka kilkakrotnie zanika albo się rozgałęzia.

Czasem idzie się samym zboczem pionowej skały i trzeba się czepiać krzaków, żeby nie zlecieć w przepaść..

Chyba najbardziej obrosłe grzybami drzewo jakie miałam okazje kiedykolwiek napotkac!

Na niektórych skrzyżowaniach prowadzą nas przefajne "szlakowskazy", zrobione z podeszw butów. Liczymy litery - ilość się zgadza, więc zapewne pisze "Lastiver", zatem to, czego nam trzeba. Niestety, mimo wielu prób, nie udało mi się ostatecznie nauczyć ormiańskiego alfabetu. Jakoś te wszystkie litery wyglądają dla mnie tak samo! jak modyfikacje "n", "u" i "h". Juz z gruzińskim szło mi lepiej - przynajmniej litery się czymś od siebie różniły - jedna przypominała parasol, inna nożyczki, a jeszcze kolejna klęczącą postać ;)

Tak sobie tuptając docieramy do jaskini, w której jest monastyr. Jaskinia ta pełniła rolę miejsca kultu już od czasów pogańskich. Musi tu byc zatem jakieś dobre miejsce - miejscowi nazywają je "miejscem mocy". Dawniej urzędowali tu Jazydzi, teraz ściany zdobią całkiem chrześcijańskie krzyże i jakieś wyrzeźbione sylwetki. Rzeźby pokrywają cała ścianę.

Do jaskini chodzimy na raty. Zejście jest conieco problematyczne, aby go pokonać z wielkim, rosochatym i ciężkim plecakiem. O! - tędy się idzie:

W tym samym zboczu, nieopodal, można też po drabinie dostać się do prawie całkiem pionowego tunelu, zamkniętego żelaznymi drzwiami. Jak się później dowiadujemy - można wejść od drugiej strony, a nawet wynając tam pokoik z piecem, co robia turyści w zimniejsze okresy roku. Sa też jakieś beczki i inne sprzęty wyłożone pod skałami.

W pobliskim lesie jest też hucząca przepompownia, która narosła na miejscowym potoczku. Z daleka wygląda jak bunkier!

A między drzewami zaczyna majaczyć to, czego szukamy... Więc przyspieszamy kroku! :)

cdn

Relacje z długich wypraw i krótkich wypadów
28.11.2019 - 11:58 Góry pachnące tymiankiem czyli Armenia 2019
KOMENTARZ:
Re: Góry pachnące tymiankiem czyli Armenia 2019

Wędrując zboczem wąwozu docieramy do naszego celu. Zwą go Lastiver. Baza? Kemping? Nie wiem jak to nazwać. Bo drugiego takiego miejsca nie znam. Są tutaj domki na drzewach, na skałach, wiaty, miejsca ogniskowe. I bar. Jakis taki mix najlepszych studenckich baz namiotowych, górskich chatek, schronisk czy barakobarów. Wino z granatów i herbata z okolicznych ziół. Zapach ogniska, podpiekający sie na ruszcie baran, szum wodospadu i drabinka prowadząca "na pokoje".

Przykładowe domki na wysokościach. Są malutkie - dwuosobowe, gdzie cały środek wypełnia materac, są większe, "o podwyższonym komforcie" (tam chyba jest jeszcze stół i krzesełka), są domki dla wiekszej ekipy tzn. 4 takowe połączone współnym tarasem.

Jest oczywiście kibelek typu wychodek. Taki bez szamba, spłukiwany bieżącą wodą.

Miejscowy bar, który zasysa nas na dłużej.

Jest księga wpisów. Jeden z nich szczególnie zapadł mi w pamięć:

Zajmujący sie tym miejscem gość, którego nazywamy "bazowym", przysiada się do nas w barze i na różne tematy snuje opowieści. Opowiada np. że Polacy o nazwiskach zakończonych na "-owicz" tak naprawde są Ormianami. Tak w skrócie - ponoć dawno temu jakis klan ormiańskich wojowników pomógł polskiemu królowi (czy innemu tam księciu) i za zasługi dostał szlachectwo i prawo osiedlania sie na polskich ziemiach. Prawda? Ormiańska legenda? Wyssana z palca opowieść na potrzeby rozmów z turystami? Nie mam pojęcia. Bazowy opowiada też o lokalnych jaskiniach, pasterskich połoninach wznoszących się nad wąwozem, pięknie okołodilidżańskich ukwieconych gór. Myślelismy, że przesadza, mówiąc, że idzie się po szyje w kolorowych kwiatach, a ich oszałamiający zapach wręcz zwala z nóg. A kilka dni później tam byliśmy. I się okazało, że to rzeczywistość przerosła legende... Bazowy opowiada też o niebezpieczeństwach i posępnym uroku wiosek na wschód od Berd i tamtejszych zruinowanych klasztorków, gdzie praktycznie nikt nie zagląda.. Miejsc, do których raczej nie będe miała odwagi pojechać... Dowiadujemy się też dlaczego "domki na drzewach" zaczynają sie powoli przekształcać w "domki na skałach". Ponoć powód jest bardzo prosty - drzewa zaczęły butwieć a domki spadać ;) A że turyści za bardzo nie lubią spadać nocą razem z domkiem, zaczęto sie zastanawiać jak tego procederu uniknąć. Pnie drzew były stopniowo skracane, ale niewiele to pomagało. Klimatyczne dachy ze słomy też ciekły jak durszlak. Zostawili więc kilka takich domeczków na pamiątke (juz nie używanych), ale uznali, że co skała to skała!

Stare, obecnie dekoracyjne już tylko domki.

Najwyżej położony w bazie domek jest nadrzewny, acz ten jakoś specjalnie wzmacniany.

Do naszej chatynki wchodzi sie po "drabinie" zrobionej z pnia!

Wieczorem idziemy popływać w wodospadzie, a bazowy robi nam zdjęcia. Chyba nie każdy turysta kąpie się tu tak ochoczo, bo bazowy bardzo się cieszy naszymi osiągnięciami w walce z nurtem. A nurt jest solidny! Kwicze masakrycznie gdy siadając u nasady wodospadu zaczyna mnie spychać w topiel. Toperz niby mnie trzyma, ale pomocna dłoń bazowego też sie przydaje. A potem pływamy z nurtem niosącym swoje fale w dal! Fajne uczucie zapychać z wodą w takim tempie! Wodospad nieduży, ale moc ma potężną! Nie wspomniałam, że woda jest hmmmm... dosć orzeźwiajaca?? ;) Ale to chyba można się było domyśleć.

Malownicze ujęcie wody.

A to drzwi do szopy. Jakie cudnie wyplatane! :)

Wieczorem idziemy na kolejną herbatke ziołową do baru. Wino mamy jeszcze jedno swoje i mamy dylemat czy wypić je na skale, gdzie jest nasz domek, w wyplatanej wiacie czy może na huśtawce, której wymachy w przód latają nad urwiskiem prowadzącym do potoku?

Wieczorem na naszej skałce :)

Oprócz nas na noc w bazie zostaje tylko Ormianin z żoną Rosjanką i trojgiem dzieci. Przyjechali tu na wakacje z Moskwy, na dwa tygodnie. Są cholernie chamowaci, hałaśliwi i mam wrażenie, że traktują baze jak swój własny folwark. Robia wokół siebie taki kwik, tumult i zawłaszczenie przestrzeni, że mimo naszego pokojowego nastawienia do świata kilkukrotnie popadamy w konflikt. Mam wrażenie, że sam widok turysty z plecakiem u kolesia wywołuje piane na ustach i żółć strzyka mu uszami. No ale staramy sie nie przejmowac debilami, szkoda sobie psuć nerwy bedąc w tak miłym miejscu i próbujemy przebywać tam, gdzie ich nie ma. A nie jest to trudne bo teren jest duży.

Poranek koło naszego domku jest chyba jeszcze piękniejszy niż wieczór!

Rano też biegniemy nad wodospad sie wypluskać!

Odkrywamy, że kawałek dalej jest jeszcze jeden wodospad i to nawet wyższy.

A tu dziwne znalezisko w pobliskim lesie. Chyba jakiś rodzaj pajęczyny. Ale jej nitki tak wygięły i pociągnęły gałązke, że wygląda jak rakieta do tenisa!

Od bazowego dowiadujemy się, że wracając nie musimy dymać pod góre do "resortu" i Jenokavanu. Można iść też w dół dnem kanionu do Getahovit! I tak zrobimy! :)

cdn

Relacje z długich wypraw i krótkich wypadów
29.11.2019 - 17:02 Góry pachnące tymiankiem czyli Armenia 2019
KOMENTARZ:
Re: Góry pachnące tymiankiem czyli Armenia 2019

Bazowy opowiada nam o drodze alternatywnej - że nie musimy wracać przez Apaga Resort. Cieszy to niezmiernie z dwóch powodów. Raz, że poznamy nowe miejsca, nowe trasy. A dwa, że nie będzie trzeba iść pod góre! Druga droga prowadzi dnem wąwozu i prowadzi w dół. Taaaak! Lastiver to miejsce idealne dla bub! To spełnienie moich górskich marzeń. Miejsce, gdzie idac i tam, i spowrotem, idziesz w dół! Czy można coś wiecej chcieć od górskich wędrówek?

Od bazy kawałek trzeba iść rzeką. Dopiero jakieś kilkaset metrów dalej zaczyna się przejezdna dla terenówek droga. Tu nie ma nawet ścieżki.

Troche przeraża nas, że droga kilkanaście razy przekracza rzekę brodem. W oczach mamy głebokość i siłe nurtu spod wodospadu. Bazowy nas jednak uspakaja - 3/4 wody kawałek dalej wpływa do rury, rzeka jest więc malutka i nie szaleje. No i faktycznie tak jest. Przykładowe brody na trasie.

Rzeczkę nie wszędzie jednak udaje się pokonać suchą stopą. Acz wtedy z pomocą przychodzi nam rura. Dobry z niej most! :)

Nie udaje się nam jednoznacznie ustalić jaki jest cel wpompowania wody do tej rury. Z opowieści różnych osób wersje były przeróżne - "aby osuszyć kanion", "aby w Getahovit mieli wode", "dla elektrowni", "woda dla Sewanu bo wysycha". Każdy promuje swoją wersje, twierdząc jednocześnie, że te pozostałe są głupie. Jedno jest pewne, że w wycieczce towarzyszy nam rura.

Miejscami rura malowniczo zarasta bluszczem, ziołami, krzaczynami..

Czasem mocowanie rury zdaje się być odrobine niestabilne? ;)

Ktoś pomieszkuje w wąwozie, acz niestety nie mieliśmy okazji z nim pogadać.

Droga wije się między skałami. Jest chyba jeszcze ładniejsza niz ta górą, którą przemierzalismy wczoraj. Miejscami nad potokiem wznoszą sie pionowe ściany.

Zbocza czasami sie troche osypują. Jest kilka przesmyków zawalonych gruzem kamieni.

Gdzieniegdzie na skale są miejsca, sugerujące wypływ ciepłego źródla - a przynajmniej mineralnego. Ale przeważnie jest to za rzeką, wiec nie macamy.

Całą droge obżeramy się jeżynami. Są wielkie jak śliwki - i niesamowicie słodkie!

Porzucony i wrośniety w ziemie spychacz. Roślinność zaczyna już na nim rosnąć. Chyba został z czasów budowy rury???

Mijamy kolejny wodospad. Miejsce jest tak malownicze jak z jakiegoś kiczowatego folderku obrobionego za bardzo w fotoszopie.

Pod wodospadem jest bunior zachęcajacy do kąpieli. Woda jest jeszcze bardziej lodowata niz wczoraj. Upalny dzień i piękno tego miejsca powodują, że nie możemy sobie odmówić zażycia kąpieli. I następnej... i kolejnej! Pływamy tak długo, że zaczynają mnie boleć z zimna stawy. Ale jak przestać? W takim miejscu? Woda pod wodospadem jest bardzo głęboka. Ciekawe ile ma metrów? A może tam sa jakieś jaskinie? Skąd te rozmyślania? Wczoraj pod wodospadem koło skalnych domków też nie gruntowaliśmy. Ale tu woda ma inny zapach. Jakby kamieniołomu. Tak pachniała kąpiel pod Strzelinem i koło Vidnavy, gdy pod sobą miało sie kilkadziesiąt metrów lodowatych wodnych odmetów.

Gdy ociągając się kończymy kolejną kąpiel, w okolice wodospadu przyjeżdża wycieczka w dwóch uazach. Wynajęła je grupa znajomych z Giumri i ich rodziny, obecnie zamieszkujace na Uralu, pod Magnitogorskiem. Sporo Ormian, którzy wyjechali do Rosji, akurat teraz przyjechało do Armenii na wakacje. Mam wrażenie, że Armenia w miesiącach letnich podwaja swoją liczbe ludności. A miejscowi to potwierdzają.

Ormianie z uazowej wycieczki nie kąpią się pod wodospadem. Moczą stopy, robią zdjęcia, szykują jakąś wałówe do spożycia.

Kawałek dalej wąwóz się rozszerza w rozległa doline, znikają pionowe skalne ściany - a przynajmniej sie nieco oddalaja od nas i siebie nawzajem.

My tuptamy dalej. Mijamy jakieś bacówki.

I spory budynek przemysłowego użytku. Chyba przepompownia? (albo bimbrownia?) Bo w środku coś solidnie bulgocze! ;) Przy drodze stoją spychacze, ciężarówki.

Widząc te zabudowania juz sie nam wydaje, że jesteśmy na obrzeżach wsi Getahovit. Ech... jak my bardzo jesteśmy w błędzie! Akurat gdzieś tam mijają nas nasi znajomi spod wodospadu i proponują podwiezienie. Cieszymy się bardzo! Jazda na otwartej pace uaza to wielka radość! Rzuca mocno, trzeba się trzymać pałąków oburącz. Kłopot jest jak mijamy inne auta. Wypada odmachać, ale jak tu się puścić jak akurat wjeżdżamy na jakieś wielkie muldy??

Do Getahovit jedziemy jeszcze długo... bardzo długo... Nie byliśmy nawet w połowie drogi. Dziś piechotą byśmy na bank nie dotarli do wioski.

Zajeżdżamy pod jakiś salon piękności. Cała ekipa tam się rozsiada dla odpoczynku od upału i zaczyna obżerać ciastkami z kremem. Wnętrza budynku są chłodne i cieniste. Okazuje się, że kierowca uaza jedzie do Idżewanu, więc może nas podrzucić. Nie omieszkamy skorzystać z okazji. Potem mi mówił, że zrobił to celowo. Ma cukrzyce i nie mógł patrzeć jak wszyscy wpierdzielają torty kapiące od śmietany, kremu, galaretki i szlag wie czego jeszcze. Że to wszystko pachnie a jemu nie wolno.

W Idżewanie robimy zakupy. Miasto nie robi na nas dobrego wrażenia. Drugi raz je widzimy i jest potwornie zapchane, tłoczne, hałaśliwe. Korki, ryk klaksonów, wszędzie biegający jak w obłędzie ludzie. Masakra! Przejść na drugą stronę ulicy to jakaś gra dla samobójców. Jak ja nie cierpie miast! A ich widok po zejściu z gór, wąwozów czy zagubionych gdzieś na zadupiach wiosek - jest jeszcze bardziej traumatyczny..

Na półce sklepu zauważam lokalne wino. Idżewan ma swoją fabryke win - więc warto wspierać lokalny przemysł! :) Jedno jest jeżynowe. Napisali na etykiecie "jeżyny zbierane w górskich częściach idżewanskiej obłasti". Kurde! To te nasze jeżyny! Te, których dziś wcieliśmy chyba po 5 kg na głowe! Jak tu takiego posiłku nie poprawić jeżynowym winem? A drugie wino jest dereniowe ("kizył" to chyba dereń??). Będzie dziś miły wieczór! Grunt tylko, żeby znaleźć jakieś godne takich zacnych trunków miejsce na biwak! :)


cdn

Relacje z długich wypraw i krótkich wypadów
30.11.2019 - 23:25 Góry pachnące tymiankiem czyli Armenia 2019
KOMENTARZ:
Re: Góry pachnące tymiankiem czyli Armenia 2019

Naszym kolejnym punktem na trasie i celem wędrówki jest Hagarcin. Jest tam klasztorek, który zapewne nam sie nie spodoba, ze względu na swoja popularność. No ale skoro już jesteśmy w rejonie to zajrzymy. Kawałek za Idżewanem mijamy rowerzyste, który wygląda cholernie sympatycznie. Ma dredy takiej długości, że bardzo sie zastanawiam jakim cudem mu sie jeszcze nie wplątały w szprychy. Zamiast sakw rower jest obwieszony różnistymi koszyczkami, z których każdy jest inny. Sprawiają wrażenie jakby koleś sam je sobie wyplatał jak poczuje taką potrzebe. Niektóre wyglądają jakby były z jakiś liści palmowych. Do kierownicy ma przywiązaną czache o rogach tak wystających do przodu, że jedzie i ma przed soba metrową kopie. Chyba juz kiedyś ich "użył", bo jedna "kopia" jest złamana i troche zwisa na bok. Rowerzysta jest spieczony na skwarek - widac nie pierwszy miesiąc pedałuje na upale. Wygląda na człowieka, który miałby co opowiadać przy ognisku. Oczywiście jakby miał akurat na to ochote.

Po drodze do Hagarcin mijamy duzo biesiadek. To chyba dyżurne miejsce, jak ktoś chce zrobić urodziny czy po prostu napić się z kumplami. Niektóre biesiadki są ogólnodostępne. Inne trzeba wynająć - są szlabany i wiszą numery telefonów. Te wynajmowane często wyglądają jak małe domki - solidne wiaty, ruszty, można wesele wyprawić! (co w jednej z mijanych wiat właśnie się odbywa - panna młoda pozuje do zdjęć na stole stojąc na jednej nodze, a w tle przygrywa skoczna muzyka przerywana przez gwizdy i okrzyki rozochoconych biesiadników).

Mijamy też budynek dawnej kolejki linowej. Podobny do tych z Sanahin czy Achtali. Nie wiem skąd dokąd była ta linia? Jedno wiadomo - już jej nie ma... Kurcze, musiało być kiedyś sporo tych kolejek w Armenii. Ciekawe gdzie jeszcze były? Do budynku kolejki dałoby rade wejść (i mieliśmy taki zamiar), ale ostatecznie z tego rezygnujemy. Mimo że drzwi są otwarte na oścież. Budynek jest cały obłożony ulami, a nad nimi wznoszą się roje pszczół. Niesamowity widok! Te pszczoły uciekły? Zwykle jednak siedzą w domkach albo rozpierzchają sie pojedynczo, a nie lecą zwartym szykiem jak jakiś pocisk! Wokół naszych ruin więc lata kilka czarnych, kłębiących się i buczacych kul - jakoś, nie wiem czemu, nieco tracimy chęc na zwiedzanie. Kurde, one mogą to uważac za swoj teren! Może wewnątrz stacji kolejki są barcie?? Nigdzie w zasięgu wzroku nie ma żadnego człowieka, do którego można by zagadać..

Poniższe zdjęcia stacji kolejkowej nie są moje - są z googlemaps. Jak robiłam zdjęcie to jedna pszczoła wlazła mi w obiektyw, a 4 inne usiadły na ręce. Moje zdjęcie więc wyszło totalnie nieostre, a ja jakoś miałam wieksze parcie na przyspieszenie kroku niż na kolejne próby fotograficzne ;)

Hagarcin, jak sie domyślalismy, to miejsce upiorne. Zwłaszcza w wakacyjnym terminie.

Sam klasztorek może i jest ładny, ale otoczka w postaci dziesiątek autokarów i kłębiących się tłumów (wygląda to nieco jak te roje pszczół ;) ) sprawia, że zwiedzamy miejsce dosyć pobieżnie.

Zaczynamy się powoli zastanawiać nad miejscem na nocleg. Można wrócić na biesiadki. Ale jest też opcja pójść dalej. Za klasztorkiem idzie droga w stronę gór. Tuptamy więc nią. Najpierw wije sie przez robaczywy liściasty las i wygląda mało rokujaco na biwak. Ale tam nie spotykamy już nikogo..

W końcu udaje się wyjść na bardziej odkryty i przewiewny teren. Zaczynają sie odsłaniać widoki.

Wybieramy jedną z górek i zaczynamy na nią włazić. Z daleka wyglądała jak równa połoninka, ale z bliska okazuje się być strasznie stroma, o zboczach z kamienistego osypiska, które w kupie trzyma tylko macierzanka i inne suchorośla - o bardzo aromatycznym zapachu. Pniemy sie do góry, ale im dalej - tym wydaje sie to coraz bardziej bez sensu.

Zbocza stają się coraz bardziej skaliste i strome. Już stąd patrząc nie ma wątpliwości, że na szczycie sterczy skałka. Z drogi było widać, że przeciwległy stok tej górki to urwisko. Nie rokuje to za bardzo na rozbicie namiotu. Toperz wyrywa jednak do przodu i powoli mi znika gdzieś za skałkami. Pić mi się chce jak cholera, a cała woda jest w plecaku toperza.. Poza tym czuje bezsens włażenia tu - wywindujemy sie, klepniemy skałke i trzeba będzie schodzić (a raczej zjeżdżać tym piargiem na tyłku). Bo już stąd widać, ze o spaniu to tam nie ma mowy. Trzeba by znaleźć inną górkę, jakąs bardziej plaskatą! Po kiego diabła toperz tak leci naprzód?? No ale nie mam wyjścia i musze za nim iść do góry...

Na szczycie teren troche sie wypłaszcza i łączka przechodzi w rzadki acz mocno cienisty las pełen starych zbutwiałych pni i powykręcanych drzew. Ale podłoże nadal jest nierówne i co chwile noga wlatuje pomiędzy jakies skalne rozpadliny, kamulce i korzenie.

Jakimś cudem znajdujemy miejsce, gdzie da rade wklinować namiocik między skałe, przepaść a rozłożysty dąb. Zatem tu zostajemy! Jest cudnie! Toperz jednak miał nosa, że go tu tak ciągnęło!

Wokół wszędzie widoki na poszarpane wyższe grzbiety, skały, zwarte kożuchy lasu, a nawet gdzieniegdzie jakieś łachy śniegu sie ostały.

Na zboczu zielonej góry widać bacówki. Tam maja chyba owce, acz od czasu do czasu gdzieś po okolicy niesie sie też donośne muczenie krowy. Jednak jest ono jakieś takie dziwne, jakby tubalne. Chyba echo je tak zniekształca? Toperz próbuje mnie wkręcić, że to niedźwiedź ;)

Bacówki na przybliżeniu też się miło prezentują - kopki siana, gruzawiki i wyraźny dowód na to, że to jednak nie misio muczał :)

Nasze idżewańskie zdobycze :) Jedne z pyszniejszych win jakie piłam. Ustępują jedynie naddunajskim domowym specyfikom o kwaskowatym aromacie. A może w winie najważniejsze jest z jakim widokiem go spożywasz?

Jeżyna i dereń. Z lekką domieszką aromatu czubrycy, macierzanki, bacówki i wiatru lipcowych gór...

Wieczorne klimaty...

W nocy budzi nas potworny warkot silnika. W panice wyskakujemy ze śpiworów, a mi się mylą kierunki i próbuje wyjść z namiotu przez ściane bez zamka, a latarka mi się właśnie teraz gdzieś zapodziała. Ale czy to ma jakieś znaczenie, jak i tak zaraz będziemy rozjechani?? Jakby stado ciężarówek pędziło prosto na nas!! Jest to jednak niemożliwe - tu nie ma drogi - a tym, niemal pionowym zboczem to nawet najlepsza terenówka nie podjedzie. Co się okazuje - to samolot. Lecący tak niesamowicie nisko, że brzuchem prawie czochra o gałęzie drzew. Podmuch mało nam nie zdmuchuje namiotu.. Ki diabeł? Czemu on tak nisko leciał?? One tak tu mają w zwyczaju? Zepsuł się i zamierzał sie rozbić na następnej górze? A! Jak na samolot był bardzo mało oświetlony... Dobrze, że się nam w odciągi z namiotu ogonem nie zaplątał ;) W uszach długo jeszcze dzwoni od ryku jego silnika...

Rano idziemy sprawdzić co jest za dębowym laskiem. Otóż jest tam druga polanka. Wieksza, ale pochyła i strasznie muldowata. Kończy ją skałka. Dalej nie ma jak przejść - można tylko zawrócić. W stronę bacówek, podobnie jak z miejsca gdzie spaliśmy, opada w dół strome urwisko. "Polanka" jest określeniem miejsca, gdzie nie ma lasu. Bo ziół jest po szyje lub wyżej. Niektóre zdjęcia zrobiłam podnosząc aparat nad głowe. Albo wspinajac sie na skałke.

My tymczasem zjadamy śniadanko, dopijamy reszte wina i tuptamy spowrotem.

Dziś, jak sie oczywiście uda dojechać, to szukamy szczęścia gdzieś w górach nad Dilidżanem. Początkowo myśleliśmy, żeby gdzieś dalej iść w te góry tutaj, ale wypilismy już cała wode. A wszystkie źródła jakie znajdujemy po drodze są wyschnięte lub w postaci błota. Krowy to wprawdzie piją, no ale nas jakoś nie zachęca... Więc kupimy wode w Dilidżanie. No i wino! Bo źródeł wina to juz całkiem w tych górach nie ma! :P

cdn

Relacje z długich wypraw i krótkich wypadów
02.12.2019 - 13:42 prezenty
KOMENTARZ:
Re: prezenty

Ja wam polecam krem matujący na dzień jest to najlepszy krem jaki miałam. Dzieki niemu w końcu się nie błyszcze i nie musze nakładac niewiadomo ile pudru na twarz. Polecm wam również zakup tego kremu poniewaz jest wart. Dajcie znać czy wam też się sprawdził

Turystyka, wyprawy i podróże...
02.12.2019 - 13:48 GRUZJA / ARMENIA / AZERBEJDŻAN - 2016
KOMENTARZ:
Re: GRUZJA / ARMENIA / AZERBEJDŻAN - 2016

na sotronę głowną wejsdz tak wszystko jest zajrzyj też tutuaj ;p www.meblewdomu.pl

Dyskusje o forum i portalu
02.12.2019 - 19:20 Góry pachnące tymiankiem czyli Armenia 2019
KOMENTARZ:
Re: Góry pachnące tymiankiem czyli Armenia 2019

W Dilidżanie zatrzymujemy sie tylko na chwile. Znaczy na zakupy. Plecaki zrobiły sie podejrzanie lekkie, więc sugeruje to, że nie ma co jeść. Pakujemy więc w nie wode, wino, lawasz, ser i kupe lokalnych, aromatycznych warzyw. Z głodu nie umrzemy, ba! czekają nas fajne górskie biesiady przy jadle i napitku. Tylko każdy kij ma dwa końce... Plecaki znów osiągneły mase średnio nadającą sie do noszenia. Najgorsza jest woda! Czy kiedyś wynajdą wode w proszku? ;) A upał jest, więc pić się chce, zwłaszcza jak sie dyma pod góre...

Nasz sklepik położony jest na jakimś peryferyjnym osiedlu Dilidżanu, przy drodze prowadzącej na północ, w stronę gór i leśnych klasztorków, do których dziś kierujemy swe kroki.

Nieopodal chodnika, gdzie leżą nasze plecaki, grupa dziadków rozsiadła się pod drzewem. Grają w warcaby, popijają kawe. Jeden co chwile idzie w stronę zaparkowanej łady, otwiera maske, coś pod nia dłubie, wzdycha, ociera rękawem pod z czoła, zamyka maske i wraca do poddrzewnej kompanii. Sytuacja powtarza sie (za naszego tam pobytu) z 7-8 razy. O co chodzi??

Większym zainteresowaniem dziadków niż warcamy cieszymy sie my. Niby nie dają tego po sobie poznać, ale cały czas czujemy świdrujący w nas wzrok. Chwile później chyba robią wręcz zakłady ze sobą - czy turystom uda się upchać te 3 siatki zakupów w i tak już opasłe plecaki. "Ty zobacz - po co im tyle wody? Bedą sie nia polewać? Wardawar juz przeciez był!", "Może sie bedą w tym myć? Turyści tacy są, do mnie kiedyś tacy przyjechali - to tylko łazienka i prysznic ich interesowała!", "Ty zobacz, on to chyba wszystko tej dziewczynie da do niesienia", "Ona chyba tego plecaka nie podniesie, będzie go ciagnąć, mówie ci, że tak będzie", "Po nich zaraz ktoś przyjedzie, chyba durny by to nosił", "Ty patrz! Oni maja też wino! Przelewają go do plastikowych butelek, ale spryciarze", "O konserwa im uciekła! sie toczy ulicą! ha ha ha! Złapią ją czy wpadnie pod auto??". KURDE!!!!!! Czuje sie jak aktor w teatrze (albo raczej błazen w cyrku ;), który wystawia sztuczki ku uciesze gawiedzi. Na szczeście udaje sie zapakować plecaki i ogłosić koniec przedstawienia. Nie ma jednak oklasków i prośb o bis ;) Potem jak juz idziemy dalej, uświadamiam sobie, że ta sytuacja była jakaś nietypowa... Dlaczego oni u licha nie rozmawiali ze sobą po ormiańsku?? Tak jak wcześniej, przy warcabach? Wygląda na to, że oni celowo chcieli, żebyśmy rozumieli ich głupie komentarze i sie nimi stresowali?

Suniemy wyboista drogą w stronę górskiego klasztorku Matosavank. Na którymś etapie drogę przegradza szlaban. Fajny odciążnik - zrobiony z felgi?? :)

Dosyć stara tablica. Jeśli ktos potrafi przetłumaczyć - byłabym wdzięczna!

Idziemy przez łukowato powyginany młody las..

Kościółek Matosavank to miejsce naprawde urokliwe. Budynek jest zarośnięty, stare kamienie są wkomponowane w przyrodę, że ciężko stwierdzić gdzie się zaczyna naturalna górka, a gdzie zbudowane ściany.

Wyglada to nieco jak jakaś cegielnia?

Oczywiście przy kościele jest miejsce biwakowo - biesiadne. Ech... czemu w Polsce nie ma takiego zwyczaju - aby przy kościołach rozbijać namioty, palić ogniska i robić pikniki??

Fajnie do środka wpada światło przez niekompletna kopułę. Jest kilka pomieszczeń, chaczkary na ścianach, na podłodze. Ściany omszałe, okopcone... zapach tysięcy dawno zgasłych świec unosi się w cienistych wnętrzach.. Patrzą na nas oczy świętych z małych i większych obrazków. Tu nie ma oficjalnego ołtarza. Tu każdy obrazek ma zapewne swoją historie, jakiś odwiedzający go przyniósł i postawił wśród starych murów. Podoba mi się ten zwyczaj, więc i ja zostawiam coś od siebie.

Urokliwy krzyż na dachu. Taki z powyginanych gałęzi.

Kolejny klasztorek na naszej trasie to Jukhatavank (tak jest napisane na mapie, nie mam pojęcia jak tą nazwe sie czyta - bo nigdy jej nie słyszałam wypowiedzianej). Po drodze mijamy dużo biesiadek, malowniczo rozsianych po zaroślach.

Niektóre są wyposażone w źródełka, gdzie uzupełniamy wode - bo na trasie od sklepu juz wypiliśmy trzy litry ;)

Sam kościółek okazuje się być dużo bliżej niż się wydawało z naszej, mocno niedokładnej mapy.

Nie jest to może miejsce tak turystyczne jak Hagarcin, ale odludnym również nazwać go nie można. Kręci się jakaś lokalna rodzinka, która z niewiadomych powodów chyba rozlazła się po krzakach, a teraz nie może się pozbierać do kupy. Chodzą więc po okolicy, okrążają stare mury, zaglądają do środka, nikną za drzewami i cały czas potwornie drą japy. Chyba się nawołują. Najpierw pojawia się starsza babka, potem ona oddala się stromym stokiem gdzieś w górę, a jej miejsce zastępuje dwóch nastoletnich chłopców. Potem chłopaki zbiegają w dół, a przychodzi jakiś brzuchaty facet w średnim wieku. Gdy on drze się pod klasztorkiem, gdzieś w oddali słychać, że jakaś babka robi to samo. Każdy z nich zagląda też do reklamówki leżącej przy ławce, po czym ją odkłada w to samo miejsce. Zaglądamy więc potem i my. W reklamówce są zgniłe owoce. Zastanawiamy się już, że może to jakaś gra terenowa, której zasad nie rozumiemy? Gdy ostatecznie Ormianie ze swoimi okrzykami oddalają się gdzieś poza zasięg ich siły głosu, w okolicy pojawia sie pięciu zagranicznych turystów. Wyglądają dosyć ciekawie bo wszyscy są w bokserkach, za to każdy ma na kiju kamerę. I idą od siebie w odległości około metra i każdy coś innego nawija do swojej kamery, śmieje się, kwiczy albo pokrzykuje. Od czasu do czasu zderzają się ze sobą swoimi kijami i wyglada to troche jak walka na szpady. Zabawnie to wygląda z boku, idzie 5 osób i wszystkie jednocześnie bla bla bla, głosem mocno pretensjonalnym - każdy do swojego pudełka. Tworzy to niesamowitą kakofonie dźwięków, bo starają się nawzajem przekrzykiwać. Ciekawa jestem jak to będzie wyglądało na tych ich filmach? Czy każdy z nich jakoś wytnie to barmotanie w tle? Czy właśnie cel jest taki aby ono było?

Na tym etapie troche żałujemy, że w tej kolejności zdecydowaliśmy się odwiedzać klasztorki. Pomysł biwaku pod Jukhatavank nie napawa nas optymizmem (a pod Matosavank byłoby super!) Ale wracać tam? Bez sensu. Spróbujemy wbijać wyżej, w góry. Toperz wypatrzył na drzewie tabliczke - kierunkowskaz. Pisze na nim "capel" - co ponoć po angielsku znaczy "kaplica". Może więc tam gdzieś jest jeszcze jeden, jakiś bardziej dziki klasztorek? Idziemy poszukać. Chyba jeszcze dwa znaki sa pod drodze a potem znikają. Nic "kaplicopodobnego" po drodze nie wypatrzyliśmy. Trudno. Za to odsłaniają się widoki na obłędnie piękne, płowe, trawiaste góry, udekorowane tu i ówdzie skałkami czy budyneczkami bacówek. Godzina jest wczesna.. Cieszymy się, że nie zostaliśmy pod klasztorkami. Cieszymy się, że napakowaliśmy dużo wody.

Z uśmiechem na gębach suniemy więc w strone owych gór i kolejnych przygód, wystawiając pyski ku słoncu i podmuchom wiatru o aromacie łąkowych ziół!

cdn

Relacje z długich wypraw i krótkich wypadów
03.12.2019 - 23:10 Góry pachnące tymiankiem czyli Armenia 2019
KOMENTARZ:
Re: Góry pachnące tymiankiem czyli Armenia 2019

Nasze początkowe ustalenia zakładały nocleg pod którymś z tutejszych klasztorków, ale wydawało nam sie, ze one będą wyżej w górach, dalej od miejscowości, itp. Zatem zmieniamy plany. Na drzewie jest przybita tabliczka "chapel" co ponoć po angielsku znaczy kaplica. Czyli cos tam dalej jest ciekawego. No więc powiedzmy, że owej kaplicy szukamy. Tak naprawdę to szukamy miejsca na namiot na jakiejś górskiej łączce, coby siąść wśród szumu wiatru i przestronnych widoków, wypić wino i na porannym siku zobaczyć malowniczy wschód słońca.

Droga pnie się robaczywym lasem, ale na szczęście ten etap jest krótki i szybko wyłazimy na łączki, a w końcu na rozległe, zielone połoniny.

Mijamy wiate piknikową w miejscu bardzo widokowym. Owa biesiadka:

I widok, który się z niej roztacza...

Jak okiem sięgnąć sterczą szczyty o różnym stopniu szpiczastości, obłości, nachylenia czy pokrycia skałkami.

Stoimy i cieszymy japy. Przed nami morze gór - a my rozważamy, którą z nich wybrać na cel naszej dzisiejszej wycieczki? Czy może ten taki falisty grzbiecik z lewej? Czy może ta górka? taka tłusta? Nie wiemy jak się która z nich nazywa. Nie wiemy dokąd prowadzą wijące się wszędzie wyboiste, gliniaste, serpentyniaste drogi.. Wiemy, że wokół nas jest sporo bacówek i łąk kośnych. Wiemy, że cisze raz po raz przerywa muczenie krowy czy dźwięk gruzawika, który wypełniony po brzegi sianem wraca w dalekie doliny. Gdzieś w oddali silniki zdychają na ostrych podjazdach, piłują, a owce beczą w zagrodach.

Bacówki na dzisiejszej wycieczce w zasięgu naszego wzroku (i zooma ;) )

Wszędzie wokół trwają sianokosy.

Takie oto góry nas tu otaczają - z jednej strony nietknięte komercją, a z drugiej strony kompletnie nie nadające się, aby je nazwać dzikimi - bo takimi nie są. Góry zdecydowanie "zagospodarowane", ale kompletnie nie w takim znaczeniu jak to się obecnie rozumie. Mamy mapy, ale ich skala i siatka nadaje się, aby jeździć od wsi do wsi asfaltem. Samo rozmieszczenie górskich klasztorków jest pewną sugestią. Ale my jakos do chodzenia po górach nie potrzebujemy nazw, wysokości i przewyższeń. Nie trzeba nam wyznaczonych tras. W takich miejscach czuć wolność - pójdziemy - o! tam! A tam może spróbujemy zejść. A jak zejdziemy nie tam, gdzie planowaliśmy - to trudno. Dojdziemy do innej wsi albo dojedziemy stopem z sianem. Albo zawrócimy, jak droga zaprowadzi nas nad brzeg wąwozu.. Ot, idealne góry bubowe.. Nie dzikie, nie puste, nie odludne.. Góry pełne lokalnego życia, ale jednocześnie nie rozdeptane tysiącem górskich butów z ostatniej kolekcji mody..

Na cel naszej trasy wybieramy górke obłą, połoninną, która wygląda jak kupa. Kupa siana w sensie ;) Raz po raz przecinamy głębokie koleiny jezdnych dróg. Takie wstęgi zaschnietego błota snują się na wszystkie strony... Ech... mieć tu niwe - a świat by należał do nas! (tzn. póki owa niwa by się nie zepsuła ;) )

A kawałek dalej nasza górka! I zaraz bęc! niespodzianka! to dopiero garbek! Ta góra jest większa niż nam sie wydawało! No i tak będzie jeszcze ze 3 razy.

Góra nas zwodzi i robi sobie z nas jaja! Oddala się i raz po raz pokazuje swoje nowe oblicze..

Drogi jezdne już dawno poszły w inne strony, ścieżki to tu zwykle maja deseń racic i prowadzą do młakowatych wodopojów. Ku bubowym celom pełznie sie po pas, a nieraz i po szyje, w ziołach.

Ale co to są za zioła! Aromat mijanych kwiatów i suchorośli przypomina nieco tymianek, macierzanke, lawende czy jakieś przyprawy do piernika. Potem dowiaduje się, że głownym współtwórcą aromatu była czubryca. Ni to mieta, ni to cytryna, ni to pietruszka? Widok większości mijanych roslin jest nam niecodzienny, więc wędrówke spowalnia robienie zdjęć każdej wydziwiastej rośliny. To chyba też magia lipca, gdy to wszystko kwitnie i żyje... Wrześniową porą stepowa roślinność była już uschnieta.. Ech... Czuje się jak muminkowy Paszczak, który na widok każdej nowej rośliny woła "ojej, cóż to za okaz" i biegnie z lupą i rozwianym chałacikiem (acz ja lupy nie mam ;) )

Spomiędzy tego kolorowego i pachnącego buszu uderza dźwięk cykad i innych polnych grajków. Robie dużo zdjęć. Ale zdjęcia okazują się być nijakie. One zawierają jedynie formę wizualną - a to oddaje może 10% emocji chwili i klimatu tego miejsca. Bo widok jest niczym bez zapachu, dźwięku, smaku.. Na zdjęciu nie ma cykady, nie ma pociąganego raz po raz łyku idzewańskiego wina, nie ma ciepłego, aromatycznego wiatru smagającego pysk, który nagle przylatuje znad dalekich, bezimiennych dolin... Ale i tak wale zdjęcia bez opamiętania na prawo i lewo - inaczej jakoś w takim miejscu nie potrafię!

W końcu dołazimy na jakiś szczyt. Stoi tu słup w stylu trianguł i nijak iść dalej, bo dalej to tylko ostro w dół, w czeluście jakiejś pustej doliny. Przed nami kolejne pasmo jakiś obłych i poszarpanych gór. Z naszej mapy wynika, że mają one koło 2.5 tys. wysokości. Ale szlag je wie...

Jakieś góry gdzieś bardzo daleko stąd. Zdjęcia pt: "buba bawi sie zoomem w aparacie" ;) Przyblizenia rzędu razy 100.

Gdzieś w oddali się ostro chmurzy i mruczy burza - znaczy na szczycie nie śpimy ;) Dalej tez nie idziemy. Dochodzi godzina 18. Schodzimy w dół szukając jakiejś dogodnej równej półeczki na namiot, oferującej jednocześnie w okolicy jakieś miejsce kibelkowe, gdzie nie grozi atak latających węży ;) Tu też się rozkładamy z kolacją. Zestaw śniadaniowo - kolacyjny wyjeżdża z plecaków. Lawasz, lokalny podwędzany ser (niestety mocno cieknący i ubogacający swym aromatem wszystko w plecaku, co nie siedzi odpowiednio mocno zawinięte w trzy worki ;) ), pomidory, ogórki, papryczki tak ostre, że trzeba się mocno pilnować aby nie potrzeć oka po takiej kolacji, oliwki z pesteczką z puszki i wino jeżynowe. Z takich jeżyn, co mało od nich nie pękliśmy w wąwozie Lastiver. Brakuje troche herbatki - a tu pewnie można by do niej dorzucić pół łąki. Ale troche boimy się rozpalać Marusie w tym miejscu, o ognisku już nie wspominając. Jest masakrycznie sucho, co w połączeniu z silnym wiatrem i małą ilością niesionej przez nas wody, powoduje, że ochota na herbatkę nieco mija ;) Trzeba będzie przeżyć o wodzie i winie ;)

Gdzieś w oddali, w dole, majączą zabudowania Dilidżanu. Dolinny busz zieloności - i bum! nagle i niespodziewanie wyłaniają sie beżowo - szare wieżowce.

Rozbijając namiot mamy odwiedziny. Taki oto jegomość pcha się nam do środka!

Spanie mamy mocno muldowate, ciężko się ułożyć, zwłaszcza, że jedną z moich muld pod plecami jest całkiem rasowy kamień. Ale wszystkie niewygody wynagradza rozgwieżdżone niebo i poranne widoki!

Namiocik z wieczora:

I w porannych promieniach słońca:

Rano znów wyłazimy na szczyt ze słupem.

Po drodze znajdujemy malinisko, które zasysa nas chyba na godzine.

Schodzimy tą samą drogą, snując plany powrotu kiedyś w te rozległe połoniny, które nas tu wszędzie otaczają.. Teraz mamy za mało czasu i za dużo innych planów, aby tu wsiąknąć na tydzień... Zwraca naszą uwage miejsce, które nie wiedzieć czemu wczoraj jakoś przeoczyliśmy. Wypłaszczenie na zboczu porosłe wyjątkowo starymi drzewami, o bulwiastych pniach i powykręcanych konarach.

Między drzewami są rozrzucone kamienie - ba! wręcz głazy! Gdzie indziej ich nie ma w takim zagęszczeniu. Wyglądaja one nieco jak ruiny jakiegoś pradawnego budynku. W ogóle teren kojarzy sie nieco z jakimś miejscem pogańskiego kultu.

Relacje z długich wypraw i krótkich wypadów
06.12.2019 - 23:15 Armenia (2019) - Hankavan, zapomniany kurort, ciepłe źródła..
KOMENTARZ:
Re: Armenia (2019) - Hankavan, zapomniany kurort, ciepłe...

Poranek ostatecznie nas utwierdza, że trzeba tu zostać, a pomysł z wyjazdem do Arzakan, obadaniem tamtejszych źródeł i noclegiem przy klasztorku nad wsią - poczeka na kolejny wyjazd w te strony. Przychodzi burza, pierze piorunami i tak leje, że weranda zaczyna przeciekać jak sito i musimy pośpiesznie ewakuować nasze, prawie już suche, pranie. Na wszelki wypadek pakujemy rzeczy w plecaki i nakładamy pokrowce - szlag wie czy domek za chwile też nie zacznie cieknąć. Wszystko na to wskazuje, że takiego oberwania chmury Armenia nie widziała przynajmniej od miesiąca!

Deszcz przechodzi w grad. Burza nie odpuszcza, a gdzieś tak po upływie dwóch godzin przestaje padać. Chmury i pomruk grzmotów zostają już prawie do wieczora. No cóż - nie leje to idziemy zwiedzać okolice. Za pierwszym razem udaje się przejść jakieś 50 metrów i niebo znowu postanawia zrobić niespodziankę. Chowamy się więc w baraku, który jednocześnie jest kasą biletową dla ciepłych źródeł. Sierioża - opiekun baraczku, chętnie nas przygarnia. Opowiada nam kilka historyjek pomagających zrozumieć różne zawiłości okolicznych terenów, które potem przytoczę przy opisie konkretnych już miejsc. Między innymi dowiadujemy się, że ta, na oko ludna wieś, jest takową tylko przez okres letni. Wiele osób ma tu letnie domki, kupione albo częściej odziedziczone po rodzicach czy dziadkach. Na zimę Hankavan zamiera, a ludność zwiewa do Grecji, Rosji czy Erewania, gdzie jest cieplej i jest więcej miejsc pracy.

Kolejna przerwa w opadach jest dla nas szansą. Suniemy w stronę ruin, które wczoraj tak bardzo przestraszyły Wagrana - kierowcę, który nas tu przywiózł. Teraz już wiemy, że miejsce to się nazywa "Hankavan Osiedle" lub po prostu krócej "pasiołek" w odróżnieniu od "Hankavanu wsi". Tuptamy piechotą, drogą bardzo rzadko cos jedzie. Mijamy jedno sanatorium w remoncie oraz "Resort" zakupiony ponoć przez kolesia z Moskwy, który robi tu, za wielkim murem, SPA dla bogaczy.

Na górce też stoi jakiś budynek, zapewne o równie sanatoryjnej przeszłości i niewiadomym dla nas stanie obecnym.

Dalej wkraczamy w tereny puste, nad rzeką jedynie stoją rozsiane biesiadne wiaty, które po dzisiejszych ulewach w połowie zalała rzeka.

Nagle wśród stepu wyrasta wieżowiec. Idzie się przez takie NIC i nagle bum! wieżowiec! samotny wieżowiec na niewielkim wzgórzu.

Wyglada jak ufo, które tu wylądowało przypadkiem (choć raczej nie ten kształt ;) ) To dawne sanatorium, jeszcze z radzieckich czasów. 5 tysięcy kuracjuszy mogło się tu naraz cieszyć moczeniem dupki w ciepłych wodach. Obecnie jego status jest nieokreślony, tzn. nie do końca znany naszym rozmówcom - Sierioży z kasy źródlanej, Elenie - Greczynce z jutrzejszej marszrutki i Tigranowi, kolesiowi z wózeczkiem, który mieszka w blokach naprzeciw i właśnie go spotkaliśmy pod wieżowcem, na moście o bardzo ogromnych przęsłach. Wyboisty stary asfalt przegradza szlaban. Brak tabliczek czy jakiś innych informacji jakoby obiekt pełnił jakieś funkcje użyteczności publicznej. Wieżowiec po upadku Sajuza został ponoć podzielony - część apartamentów wykupiono na prywatne mieszkania, część nadal jest pod wynajem (ale gdzie, jak, u kogo i za ile - nie udaje się dowiedzieć) Część budynku wygląda na opuszczoną, acz byc może właściciela ma, tylko nie jest obecnie używane. Na szczycie powiewa ormiańską flaga. Chcieliśmy bardzo w tym miejscu legalnie zanocować. Teren jest strzeżony - jest budka z cieciem. Cieć niestety na nasz widok (gdy maszerujemy dziarsko mostem w stronę budki) gdziesik się chowa. Pozostaje tylko biegający po terenie pies (lub psy), z którymi wiem, że na bank się nie dogadamy na temat noclegu - więc zapodajemy odwrót. Pod hotelem nie stoją żadne auta, więc chyba nocujących nie ma zbyt wielu. Z tego co zdążyliśmy się wczoraj zorientować, przyjeżdżanie "do wód" stopem czy taksówką, nie jest tu zbytnio popularne ;)

Na jednym z balkonów jest grill. O długim kominie. Wygląda jakby sąsiad z góry protestował, kiedy mu dym na balkon leci - a ten dwa piętra wyżej juz nie :)

Dostrzegamy wrak autobusu leżący pod mostem. Jest na nim napis "sklep". Pewnie obwoźny spożywczak, który właśnie tu zakończył ostatnią ze swoich tras?

No i można się schronić w jego wnętrzach - a znowu zaczęło padać!

I spod autobusu, i z drogi, widać kilka bloków przylepionych do skarpy. Dziwnie tak wyglądają samotne bloki w pustej dolinie, otoczonej bezkresem obłych, stepowych gór... Jakoś tak nierzeczywiście to się prezentuje. Jak jakaś fatamorgana...

Obecnie bloki są na wpół opuszczone. Czy te napisy sugerują, że część mieszkań jest na sprzedaż?

Niegdyś mieszkali tu pracownicy do obsługi sanatorium giganta - ot hotele robotnicze z dawnych lat.

Sanatorium upadło i przeszło w stan nieokreślony. Robotnicy stracili robotę i rozjechali się po świecie. Puste mieszkania zasiedlili głównie uchodźcy z Karabachu. Kilka mieszkań zostało zasiedlone bardzo niedawno - przyjechały tu 3 rodziny z wioski Tawusz, położonej w północnej części Karabachu, tej, która najbardziej ucierpiała w czasie tzw. "wojny czterodniowej" w 2016 roku. Kuzyni ich ściągnęli - że jest dach nad głową, ściany, nikt nie strzela - a resztę to kumaty gospodarz sam ogarnie. Ponoć nikt tych mieszkań nie chce, nie potrzebuje, więc "dziki lokator" nie jest problemem. No i grunt, że tutaj (póki co) nie ma wojny.. Tigran, z którym gadamy na moście, jakoś tak podkreśla to "póki co", że sie z lekka zimno robi...

Zwraca też uwagę okratowanie okien. Nawet tych na drugiem piętrze? Czyżby jednak nie było tu zbyt bezpiecznie?

Najwiekszym obecnym problemem w blokach jest brak ogrzewania. Kiedyś było, a jakże. Teraz o tych dawnych czasach przypomina rząd kaloryferów tworzących płot.

Kaloryfery nieraz mają też inne, pożyteczne zastosowania.

A tu chyba płot ze starych łóżek!

Wspaniała jest według mnie ta lokalna umiejętność wykorzystywania starych, niepotrzebnych rzeczy i nadawania im nowego życia i wymiaru. Szkoda, że nie jest to trend ogólny i powszechny na całym świecie... Cóż... łatwiej utyskiwać, że śmieci za dużo...

Drewno ułożone starannie na balkonie mówi, że jednak co piec to piec.. W blokach mieszkają również kozy, świnki i osiołki. Gdy przechodzimy przez środek osiedla świnki chowają się pod schodami. Ludzie jakoś mniej się boją wilgoci. Grupka mężczyzn przystanęła przy skrzynce elektrycznej i dłubie w niej różnistymi narzędziami. Iskry lecą jak przy spawaniu ;) Rozumiem, że coś nie styka i wszyscy z bloku się zebrali aby naprawić awarie. Staramy się więc nie przeszkadzać - no bo pomóc to nie za bardzo umiemy..

Uśmiecha sie do nas kolorowa pszczółka!

Tabliczki sprzed lat zapewne co najmniej trzydziestu.

Kilkukrotnie mijają nas gruzawiki wypełnione po brzegi sianem.

Zwykle jednak można paradować środkiem szosy, bez obawy na rozjechanie. Tak... To jest właśnie to miejsce i ten widok, który wczoraj tak bardzo zaniepokoił Wagrana, gościa, z którym przyjechaliśmy tu z Dilidżanu.

Dalej jest jeszcze kotłownia, obsługująca sanatorium i bloki. Ona grzała te kaloryfery co teraz są płotem.. Kotłownia, jak można się domyśleć, również jest w ruinie.

Idziemy ją pozwiedzać. W tym celu musimy przejść przez rzekę, która jest w wąwozie. Koryto okołorzeczne jest bardzo rozpaciane. Na moście i w w jego pobliżu nogi grzęzną po łydki w jakiejś mazi. Co to u licha jest? Jakby wleźć na dno jakiegoś wyschniętego jeziora!

Jak sie okazuje, nasze pierwsze skojarzenie i domysły okazują się być jak najbardziej prawdziwe. Niedaleko stąd jest tama. I zbiornik. I tutaj jest ogon tego zbiornika. I ten zbiornik jest napełniony gdzieś w 1/10. Bo ponoć coś jest z nim nie tak. I od lat deliberują - napełniać go do końca czy nie.. I raczej staje na "nie". Że niby coś nie wyszło, coś nie doszacowano. Nie wiadomo czy tama może strzelić czy jakieś inne problemy? Fakt jest taki, że przy tamie jest jezioro o niskim stanie wody, a dalej przechodzi ono w gliniaste bagno. I my właśnie z nim, z tym bagnem, nawiązujemy w tej chwili bliższą znajomość :) Widać jakieś budynki wystające z błota - chyba to pozostałości dawnych, przedzalewowych czasów.

Mielimy więc nogami glinę i staramy się ze wszystkich sił nie plasnąć kuprem w ten kisiel.

W końcu docieramy do kotłowni. Budynek jest nieźle nafaszerowany różną maszynerią, kurde - u nas złomiarze pocięli by to i wywieźli w dwa dni. Tu na szczęście to tak nie działa i wszystko tkwi na swoich miejscach. Jest więc na czym zawiesić oko.

Spokojne zwiedzanie przerywa dźwięk ujadającego psa. No tak.. Tutaj obok były bacówki. Jakiś bydlak ujada u wejścia do budynku, którym wleźliśmy. Ludzi ani widu ani słychu! Toż on nas teraz zeżre jak bum cyk cyk! Nawiewamy więc oknem z przeciwnej strony i ładujemy się w wąwóz stromym zboczem. Tak stromym, że pod toperzem się ono urywa i biedny toperz jedzie w dół wraz ze zwałami gliny hamując nosem. No i cała woda, przeznaczona do picia podczas wycieczki, idzie na doprowadzenia toperza do porządku. Coby nie straszył na szosie - bo a nuż akurat pojedzie jakiś Wagran - i oprócz ruin zobaczy potwora z bagien :) To by dopiero była panika! :D
No ale sukces! Żaden pasterski pies nas nie upalił!

Potem, już z szosy, przyglądamy się bacówkom po drugiej stronie wąwozu. Jest tam kilka pasterskich osad, a psy tam biegają wielkości cieląt. Czy któryś z nich zainteresował się, że ktoś łazi po kotłowni? Fakt jest taki, że psa tylko słyszeliśmy, nie widzieliśmy ni ogona. Śmiejemy się, że może był tam megafon z nagranym ujadaniem - i to odstraszało wszystkich złomiarzy? Lepsze to niż płot, kolczatka czy kamery!

Pasterze siedzą na przyzbach, ćmoktaja fajeczki, kurki dziobią, a nad nimi wznoszą się obłe, łyse góry, po których szczytach wloką się ciężkie brzuchy burzowych chmur...


cdn

Relacje z długich wypraw i krótkich wypadów
11.12.2019 - 12:59 Armenia (2019) - Hankavan, zapomniany kurort, ciepłe źródła..
KOMENTARZ:
Re: Armenia (2019) - Hankavan, zapomniany kurort, ciepłe...

Zwiedziwszy Hankavan Osiedle zawracamy i suniemy w stronę przeciwną. Mijamy nasz domek nad ciepłymi źródłami i idziemy zobaczyć gdzie za wsią kończy sie droga. Bo Hankavan jest ostatnią miejscowością w dolinie - dalej juz tylko jakiś wyboisty trakt pnie się na otaczające, płowe góry.

Po wyjściu z wioski widoki są coraz ładniejsze.

Asfalt w Hankavan jest wyjątkowo dobry, aż tak troche tu nie pasuje taka równa droga. Praktycznie nie ma dziur. Namierzyliśmy tylko jedną dziure - ale za to bardzo konkretną. Poszli widać na jakość, a nie na ilość ;) Wlot ma nieduży - ale głębokość to chyba z półtora metra! Tu wreszcie widać, że pod drogą płynie wartki i miło szemrzący potoczek. Już wcześniej idąc szosą, zastanawialiśmy się - co to jest u licha za dziwny, bulgoczący dźwięk, wydobywający się niewiadomo skąd!

Mamy jeszcze jeden namiar na baseniki - bardziej przy końcu wsi. Nawet mapki z netu podrukowałam. Tylko, że tam jest coś dziwnego. Stoi jakby normalny blok, ale otoczony murem. Na wjeździe jest szlaban i budka ze strażnikiem. Brama zamknięta, a w budce siedzi jakiś kilkunastoletni chłopaczyna, z którym ni cholery nie mogę sie dogadać. Jedyne co z siebie wyrzuca (a dla nas jest zrozumiałe) to że "obóz", że "zamknięte" i że "nie wolno". Blok średnio wygląda na ośrodek wczasowy albo strzeżone osiedle dla bogaczy. Więzienie to też chyba nie jest - bo otaczający go mur jest za niski i bez kolczatek ;)

Na przyzbie siedzą babuszki, biegają stada niedużych dzieciaków, powiewa pranie, a na balkonach leżą pryzmy rzeczy sugerujące, że ludzie mieszkają tu dłuższy czas.

Przy wejściach do klatek schodowych stoją całe rzędy tajemniczych, białych worków. Worki stoją grzecznie, gęsiego, jakby się ustawiły w kolejkę.

Z tyłu za blokiem widać jakby park, latarnie. Może kiedyś był tu ośrodek ze źródłami? Szlag wie...

Więcej dowiadujemy się dopiero kolejnego dnia pod sklepem. Bloki za murem kiedyś były sanatorium. Od kilku lat teren ten kupili prywatni ludzie, ponoć związani z jakąś sektą. Przyjeżdzają tu na okres wiosenno - letni całymi rodzinami i zasiedlają bloki. Żyją we własnym sosie, nie utrzymują specjalnych kontaktów z resztą wsi. Nawet znajomość nazwy tego odłamu religijnego jest wśród miejscowych niespójna: "coś dnia siódmego" albo "jakieś pięćdziesiątniki". Znaczy - coś w nazwie było z liczbami ;) Nie są ponoć agresywni, nie próbują w żaden sposób werbować do swojej grupy, do sklepu chodzą sporadycznie, raczej zakupy dowożą samochodem z Hrazdanu.

Ale teraz nie ma to znaczenia. Po dobroci nie wejdziemy na teren, więc musimy się zadowolić naszym jednym kompleksem ciepłych źródeł - a moja wydrukowana mapa, widać od 20 lat jest już nieaktualna ;)

Zdawało by się, że na owych blokach miejscowość sie kończy. Jednak nie - nitka asfaltu idzie dalej. Wprawdzie jest on coraz bardziej wygryziony i porosły roślinnością (oraz węższy) ale wspina się w stronę porosłych gęstym kożuchem lasu górskich zboczy. Zwykle tej jakości stare drogi miały w zwyczaju dokądś prowadzić, więc tuptamy na rekonesans dalej. W dali, wśród zarosli, pojawiają sie budynki, jakby jakiegos dawnego ośrodka. Czynne to czy nie? W tych terenach nieraz ciężko to oszacować, póki nie zastukasz do drzwi. (w Tbilisi np. weszliśmy do czynnej fabryki, bo nam się z zewnątrz wydawało, że na bank jest opuszczona ;) )

Może tu też jakieś źródło namierzymy??

Stan drogi coraz bardziej sugeruje, że ludzie jednak porzucili to miejsce. Przy drodze stoi opuszczony wagonik - jakby dawnej stróżówki. W środku łóżko, dywanik i święty obrazek. Na tej wysokości drogę przegradza mocno pordzewiały szlaban.

Przy szlabanie stoi też stara tablica, pewnie jakaś informacja z czasów działania ośrodka, ku któremu zmierzamy.

Droga idzie dalej. Za wagonikiem - stróżówką okolice zaczyna wypełniać cisza. Dziwne wrażenie mamy po przekroczeniu szlabanu. Jakby ktoś wyłączył dźwięk. Wcześniej też hałasu nie było, ale w górach dźwięki się niosą. Tu zawył silnik samochodu gdzieś na podjeździe, tu jakieś dziecko nie dostało lizaka i rozdarło jape, tu szczękneła upadająca beczka, a trzask był ubogacony stekiem lokalnych przekleństw, tu ptak zakwilił, tu wiatr zawył w koronach drzew lub w obluzowanym kawałku eternitu. A tu nagle bęc! Cisza. Tłumaczymy to sobie zwężającą się doliną. Bo wiatr też ustaje. Powietrze staje się nieruchome, chłodne, ale jakby troche duszne.

Potem jest zwalony w połowie most i jakby domowym sposobem pobieżnie naprawiony i uszczelniony gliną. W końcu busz roślinności tak zarasta wstęgę asfaltu, że człowiek musi się solidnie schylać, aby kolczaste krzewy nie zdzierały czapki i nie targały za włosy. Żadne auto chyba dawno tędy nie jechało... W końcu busz się przerzedza i wychodzimy na przestronny plac. Oczom ukazuje się ośrodek - ponoć obóz pionierów, gdzie dawniej wypoczywała radziecka młodzież.

Tutaj, po wyjściu z buszu, po raz pierwszy pojawia się nutka dziwnego niepokoju, póki co na tyle niewielka, że ją ignorujemy. Miejsce obiektywnie jest bardzo urokliwe i każdy miłośnik miejsc opuszczonych powinien być tym miejscem zachwycony. Ruiny sporej ilości budynków położone są na polanie otoczonej zboczami, porosłymi gęstym, liściastym lasem. Gdzieś daleko nad nimi majaczą połoninne łąki na szczytach gór. Nieco poniżej słychać szemrzący potok - ponoć mieli tu wodospad - którego nie znaleźliśmy... no bo zabrakło chęci do szukania ;) ... Włazimy dalej, mijamy budynki, boisko, punkt sanitarny.

Błyska wśród zarośli gwiazda na słupie, kiedys chyba była podświetlana? Skoro sterczą z niej kable?

Daleko na skale jednego ze zboczy przyczaiło się dziewczę z dzbanem na ramieniu. Wyglada jakby nosiła wino spragnionym pionierom.

Blaszane parasole z dawnych lat. Nieraz się ten typ spotyka - w poradzieckich bazach oddycha nad morzami i jeziorami, na przystankach autobusowych, a nieraz i na biesiadnym miejscu pod lokalnym sklepikiem.

Jakiś zatarty juz nieco malunek w jednym z korytarzy.

Kolejne budynki, kolejne placyki z popękanego już nieco asfaltu.

Za budynkami - łączka. Równo, trawka, miejsce ciche, spokojne, otoczone przyrodą. Sielanka?

Tak sobie myślę - idealne miejsce na biwak! I natychmiast na samą tą myśl robi mi się nieprzyjemnie - kurde! za żadne skarby! No właśnie... Bo z tym miejscem jest cos nie tak.. Nie wiemy co.. Ale to odczucie narasta.. Stopniowo... Staramy się je odsunąć od siebie, zignorować, wyśmiać.. Nie udaje się.. Wszystkie budynki są otwarte.. Ale póki co nie weszliśmy do żadnego.. Dlaczego? Dlaczego dziś rano ładowaliśmy się ochoczo w stronę wieżowca sanatorium, do klatek bloków, do kotłowni, błotnistego wąwozu, wraku autobusu...i ani nam na myśl nie przyszło, aby z czegoś zrezygnować, w jakąś dziurę nie zajrzeć.. Tu jest inaczej.. Od delikatnej niechęci i zaniepokojenia po wyjściu z krzaków, do wyraźnego wewnętrznego krzyku: "spierdalaj stąd! natychmiast!" To chyba trzecie takie miejsce z Armenii ;) Po Zvaravanku i wąwozie pod mostem w Erewaniu. Z tym, że w erewańskim wąwozie niepokój i chęć ewakuacji był zupełnie realny - narkomanie, dziwne typy, tajemniczy pożar wielkiej rury, gdzie rozważaliśmy czy to zaraz wszystko nie wybuchnie.. Tak... W Erewaniu wiem co nam nie grało... Natomiast dwa pozostałe miejsca są kwestią jakiś irracjonalnych uprzedzeń. Nadmienię tylko, że tu potrzeba szybkiej zmiany lokacji jest chyba dziesięciokrotnie silniejsza niż w Zvaravanku - gdzie po prostu nie mieliśmy ochoty zostawać na biwak i na noc..

Ostatnie miejsce jakie zwiedziliśmy w bazie pionierów..

Toperz początkowo chce iść jeszcze na kolejny mostek, skąd dochodzi szum potoku, ale ja za cholerę nie chce tu zostawać ani minuty dłużej. Na dodatek jeszcze w tej chwili właśnie sobie coś przypomniałam.. Co? Ano słowa Wagrana, który nas tu przywiózł. Który się bał i nie chciał jechać dalej i szukać z nami ciepłych źródeł - bo mu się przypomniało, że "jacyś ludzie mówili, że na końcu tej doliny czai się zło i tam się pod żadnym pozorem nie jeździ". Nieuzasadnione były strachy Wagrana. Ani "pasiołek" pełen ruin, ani wieś Hankavan, ani źródła, nie stanowiły żadnego zagrożenia i są bardzo przyjaznymi miejscami. Ale one nie leżały na końcu doliny. Na końcu doliny jesteśmy teraz my. Droga nie idzie nigdzie dalej, kończy się pionierskim placem. Wokół tylko zbocza gór. Tutaj jest zdecydowanie koniec owej doliny..

Szybkim krokiem zawracamy. Miałoby się ochotę biec, ale jakoś mam poczucie, że lepiej tego nie robić, że biegnąc mogę się bardziej rzucać w oczy. Coraz silniejsze wrażenie ciężkiego wzroku na plecach. I to wzroku skrajnie nieprzyjaznego oraz zdumionego i wkurwionego naszą tu obecnością. Wręcz jakby na tych plecach był juz nie tylko czyjś wzrok ale oddech. Jakby coś się do nas zbliżało. Oczy dookoła głowy wprawdzie niczego nie dostrzegają. Ale na tym etapie dopada nas prawie pewność, że nie jesteśmy w tej chwili tu sami. Jednocześnie po raz pierwszy chyba w życiu mam poczucie jakby ktoś celował do mnie z kałacha.

Ścienny Krecik zdaje sie być posrany jeszcze bardziej ode mnie... Może on wie?? On tutejszy..

Z radością zagłębiamy się w kolczaste krzaki targające za włosy i ubranie. A tak na nie klęliśmy jeszcze pół godziny temu. Teraz bym chętnie uściskała każdy z tych krzaczyn, że nas osłania swoimi splątanym buszem gałęzi. Pionierski obóz zostaje za nami, razem z niewyjaśnioną zagadką naszych irracjonalnych lęków... Pełny spokój ducha odzyskujemy dopiero po przekroczeniu zardzewiałego szlabanu.

Co złego siedziało w górskich ruinach za Hankavanem na zawsze pozostanie dla nas tajemnicą... Na szczęście..

Ułaziliśmy się dziś po tych asfaltach. Nogi włażą nam w tyłek bardziej niż po górskich wycieczkach w poprzednie dni. Z radością więc wskakujemy ponownie do ciepłego źródła, dziś dodatkowo z butelką wina w dłoni - jak nakazuje tutejszy zwyczaj i czynią zawsze miejscowi. Woda jest mętna, aromatyczna i taka cieplutka. Znów zaczyna lać. Przez niepełny dach deszcz spływa w gorące baseniki. Woda na styku ciepłego i zimnego paruje, buchają kłęby. Grzmi.. Jakaś rosyjska rodzinka w sąsiednim baseniku puściła mocne dicho i chyba zabawa się rozkręca, bo panie śpiewają już razem z artystą z głośnika, słychać, że każda z nich stara się być głosem prowadzącym. Cykady tak drą ryja, że zagłuszają nawet ten bumboks. Woda szumi.. Deszcz dudni w falistą blachę dachów, pioruny walą w góry otaczające dolinę Hankavanu... Ja pierdziele.. jakie to szczęście, że my tu teraz możemy być.. Że nic nas nie zeżarło w tej cholernej bazie pionierów...

P.S. O bazę pionierów pytałam kilkunastu, jak nie kilkudziesięciu ludzi w okolicy. Już się na mnie dziwnie patrzyli - o co mi właściwie chodzi? Czy ja ją może chce kupić? Może podobnie jak ten koleś z Moskwy - ona też planuje tu zrobić SPA dla bogaczy? Pytałam przy źródłach, w knajpie, w sklepie, na przystanku, zaczepiałam ludzi na szosie czy w marszrutce do Hrazdanu.. Prawie z każdym napotkanym w Hankavan człowiekiem próbowałam zagaić ten temat. Wszyscy wiedzieli, że "baza pionierów tam jest". I od lat nie działa. Że ponoć kupiła ją jakaś prywatna osoba, ale nic tam nie robi, a nawet nie odwiedza tego miejsca. Nikt jednak z zaczepionych osób nie był na terenie bazy od wielu lat. Ponoć wynieść stamtąd już nie ma co - miejsce zostało rozszabrowane z cennych rzeczy już w latach 90 tych. Biesiadki i dogodne miejsca na ognisko, imprezę i upicie się z kumplami - są ciut wcześniej, jeszcze przed szlabanem. Wygodniejsze - bo z wiatami, ławeczkami, grillami i dogodnym, legalnym dojazdem. Droga w góry, wykorzystywana przez terenówki, traktory czy pasterzy - odbija z asfaltu chwile przed biesiadkami. Po kiego diabła więc leźć dalej? To jest ślepy zaułek. Teraz też uświadamiam sobie, że w obozie pionierów ściany nie były zmalowane sprejami, nie widziałam ani jednego śladu po ognisku. Śmieci również nie było...

cdn

Relacje z długich wypraw i krótkich wypadów